Jezu, czy to już wszyscy?

Moi drodzy,

będę z Wami bardzo szczera… siostra Gosia poprosiła mnie, bym napisała dla Was KRÓTKI artykuł o ostatnim spotkaniu, które miało miejsce w naszym domu przy ul. Chodkiewicza 9 w Lublinie, a konkretniej mówiąc – o AFRICA UNITES. I jeśli ma to być naprawdę krótki artykuł, to napiszę Wam tylko tyle, że był to wieczór dedykowany tym wszystkim, dla których Afryka jest w jakiś sposób bliska; zaczynając od fascynacji nią samą, a kończąc na tym, że najzwyczajniej w świecie dla części z nas jest ona po prostu domem.

16 października 2021 roku od godziny 18.00 aż do późnego wieczora nasz dom zakonny nie tylko że zamienił się w Afrykę – z całą jej różnorodnością, kolorami, radością, tańcem, śpiewami, kulturą – ale także stał się miejscem, gdzie doświadczyliśmy (myślę, że każdy z obecnych), jak bardzo kontynent afrykański może nas do siebie przybliżać, ubogacać i jednoczyć, a dzięki temu my sami możemy stawać się dla siebie bardziej braćmi, siostrami, przyjaciółmi i wspólnotą. I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę krótką wersję…

Nie byłabym jednak sobą, gdybym poprzestała tylko na tym, dlatego że Bóg zawsze zaprasza nas, by zobaczyć, co kryje się w głębi wydarzeń… i właśnie tym chciałabym się z Wami podzielić. Najpierw jednak zdradzę Wam kulisy całego przedsięwzięcia. Musicie wiedzieć, że żadna z sióstr zamieszkujących przy ul. Chodkiewicza 9 nie miała zielonego pojęcia, jak to spotkanie będzie wyglądać, nie miałyśmy żadnego bliżej sprecyzowanego planu działania. Nie wiedziałyśmy ani ilu osób się spodziewać, ani o jakiej dokładnie godzinie. Był tylko wstępny zarys: zapoznanie, poczęstunek, spotkanie, modlitwa. Pamiętam, że tego dnia, kiedy ścierałam schody (a jest ich u nas w domu bardzo dużo J), to zastanawiałam się w sercu, czy w ogóle ktokolwiek przyjdzie, a potem kiedy rozkładałam krzesła w sali muzealnej, to miałam bardzo dużą pokusę, by rozłożyć tylko kilka.  Ostatecznie jednak powiedziałam Jezusowi: „Wiesz co, rozłożę Ci wszystkie. I to od Ciebie zależy, jak bardzo je wypełnisz. A ja w swoim sercu chcę być gotowa na każdego, kto zapuka, by przypadkiem nikomu nie zabrakło miejsca.”

O godzinie 18.00 zadzwonił pierwszy dzwonek do drzwi. Przyszła pani Maria i pani Danuta – emerytowane przyjaciółki naszej wspólnoty, nieustraszone i przełamujące wszelkie schematy. Chwilę później dotarł także Robert z Rwandy, a za nim jeszcze dwie inne osoby. A potem na jakąś dłuższą chwilę dzwonek zamilkł. Byłam wtedy w kaplicy i pytałam: „Jezu, czy to już wszyscy?” Nie wiedziałam, co robić, więc odmówiłam po prostu dziesiątek różańca za tych, z którymi dane mi będzie spędzić ten wieczór. A potem wyszłam z kaplicy i razem z pozostałymi usiedliśmy w muzeum. I wtedy znów zadzwonił dzwonek, a po nim kolejny i kolejny. I nim zdążyłam się zorientować, już połowa krzeseł była zapełniona. Zaczęliśmy od wspólnego przedstawienia się: jak mamy na imię i skąd jesteśmy. I znów zadzwonił dzwonek. Przyszły kolejne osoby, więc powtórzyliśmy w skrócie nasze przedstawienie się, ale nie dotarliśmy do końca, gdy pojawił się następny gość. Zaczęliśmy od uczenia się swoich imion i narodowości: Ghana, Nigeria, Uganda, Polska, Indie, Tanzania, Zimbabwe, Lesotho… Różnorodność była tak wielka, że nawet teraz nie jestem w stanie tego odtworzyć. A ile przy tym mieliśmy radości! Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie krzesła były zapełnione! Następnie siostra Anafrida zaprosiła nas do zabawy, w której nieświadomie odkryliśmy kilka ukrytych talentów pośród nas. To był kolejny krok do tego, by móc jeszcze bliżej się poznać. A potem był czas na poczęstunek. Stół był pełen wszystkiego: przekąsek i napojów – a to tylko dzięki temu, że każdy przyniósł coś od siebie, włącznie z własnoręcznie robionym sosem orzechowym. Znalazł się także czas na wspólny taniec i na chwilę dłuższej rozmowy z jedną wybraną osobą. Mogliśmy dowiedzieć się o sobie czegoś więcej – kim jesteśmy, co lubimy, jak duża jest nasza rodzina, co jest dla nas ważne. Patrząc teraz, z perspektywy czasu, to ten wieczór nie był spektakularny. A jednak… to jak wyglądał jego koniec, jest dla mnie niepodważalnym dowodem, że wszyscy doświadczyliśmy w tym czasie  najpierw daru, jakim jest SPOTKANIE z drugim człowiekiem, a poprzez nie – obecności BOGA, który mimo naszej różnorodności i kontekstu, w jakim każdy tutaj przybył – mówi przez nas JEDNYM głosem. Zarówno dla tych, którzy w Polsce są już od dłuższego czasu, jak i dla tych, którzy przyjechali do niej zaledwie dwa tygodnie temu, ten czas okazał się być doświadczeniem bezpiecznej przystani, wspólnoty, ale też pokarmu. Jedna z osób powiedziała: „możemy umówić się do klubu lub na przyjęcie – ale to nie będzie to samo, co przyjście tutaj”. Myślę, że jeżeli nasze spotkanie nazywało się AFRICA UNITES, to ono namacalnie się w nas wydarzyło. I zupełnie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. A przynajmniej moje. „U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe.” (Mt 19,26). Zakończyliśmy wspólną modlitwą. Pięć minut ciszy, w której każdy z nas mógł w sercu podziękować swojemu Bogu za ten czas. Byliśmy różni nawet pod tym względem! Okazuje się, że jedyną rzeczą jaką On od nas potrzebuje, jest nasza otwartość na Jego działanie. Następnym razem z większą wiarą odmówię cały różaniec. Bóg jest dobry! 🙂

Kamila Róg

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *