Jesteśmy zwyczajną rodziną z Lublina, skupioną na codzienności, czyli w naszym wypadku wychowywaniu 2 nastoletnich córek (12 i 15 lat) oraz na pracy zawodowej. W natłoku obowiązków staramy się jednak zwracać uwagę na niesienie pomocy zarówno z potrzeby serca jak i nauczenia dzieci empatii oraz wrażliwości. I właśnie te potrzeby sprawiły, że postanowiliśmy pojechać na wolontariat. Pomocną dłoń wyciągnęła do nas siostra Celina Natanek, która po uruchomieniu swoich kontaktów umożliwiła nam wyjazd do Sióstr Białych do Ghany, co wiązało się z rocznym przygotowaniem. I tak pod okiem Siostry raz w miesiącu w sobotnie popołudnie zgłębialiśmy Biblię, prowadziliśmy rozmowy dotyczące naszej motywacji oraz spotykaliśmy się z osobami, które miały doświadczenie pracy na różnych kontynentach. Przygotowanie było procesem, w czasie którego uczyliśmy się otwierać serca na nieznane i wyzbywać jakichkolwiek oczekiwań i odgórnych założeń. Mieliśmy być jak otwarta karta, zapisana na miejscu. I tak też się stało.

Wyjechaliśmy w lutym 2026 wykorzystując czas zimowej przerwy w szkole. Oczywiście przed wyjazdem konieczne były szczepienia oraz wyrobienie wizy w Czechach, co wcale nie było łatwym doświadczeniem . Nasza grupa składała się z 6 osób. Poza naszą czwórką leciała też moja mama- 77letnia emerytowana nauczycielka oraz pani Teresa- farmaceutka z Lublina. Stanowiliśmy zwarty zespół gotowy na to , co Pan Bóg przed nami postawi. A postawił pewne wyzwania. Na pewno był nim przejazd ze stolicy kraju do domu Sióstr, który zajął nam dwukrotnie 17 godzin, co było dla nas szczerym zaskoczeniem, brak wody na miejscu, konieczność umycia się deszczówką, przerwy w dostawie prądu, nieustanny głód, dziki upał i panująca malaria. A poza tym było świetnie! Dlaczego? Bo było to nieustanne spotkanie z drugim człowiekiem. Ciekawym świata i nas. Życzliwym, otwartym i uśmiechniętym, pomimo ewidentnych niedostatków finansowych.

Naszą rolą było pomaganie w dużej szkole katolickiej, do której chodziło 940 dzieci. Co ciekawe za każdym razem dzieciom wystarczała tylko nasza obecność. Byliśmy atrakcją samą w sobie, gromadzącą tłumy gdziekolwiek się pojawiliśmy. Oczywiście staraliśmy się być potrzebni prowadząc lekcje angielskiego, geografii, plastyki i w-fu oraz organizując dzień sportu dla całej szkoły, podczas którego uczyliśmy dzieci gry w badmintona oraz prowadziliśmy konkurs skakania w workach, co wywoływało eksplozję szalonej radości. Brak pomocy dydaktycznych w szkole oraz jakiegokolwiek sprzętu sportowego dla dzieci poruszył serca wielu naszych znajomych, dzięki którym udało nam się kupić na miejscu kilkanaście piłek oraz kilkadziesiąt książek nie tylko dla uczniów ale przede wszystkim dla nauczycieli. Niestety przez brak jednego z podręczników wielu uczniów nie zdawało ważnego egzaminu.

Wizytowaliśmy także mniejszą szkołę ( ponad 400 uczniów) w której dyrektor pozwolił nam prowadzić zajęcia sportowe oraz zorganizował wspólne spotkanie całego grona pedagogicznego. I tak siedząc pod drzewem mangowca wymienialiśmy uwagi na temat systemów edukacji w Polsce i Ghanie. Do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy, iż ghanijski rok szkolny podzielony jest na trzy semestry, po których następują wakacje, w czasie których dzieci oczywiście nigdzie nie wyjeżdżają. Ponieważ okoliczne tereny zamieszkują głównie analfabeci, to pomimo oficjalnego obowiązku szkolnego rodzice decydują, które z 3 czy 4 rodzeństwa ewentualnie posłać do szkoły. Z tego powodu jeżeli rodzice pragnął zapisać dziecko, nawet na dwa dni przed zakończeniem semestru dyrektor zgadza się wiedząc, że jeśli odeśle rodzica, ten już prawdopodobnie nigdy nie wróci.

Kolejnym miejscem w którym pracowaliśmy była Shekhinah Clinic. Miejsce związane z Davidem Fuseini Abdulai który jako jedyny z 11 rodzeństwa przeżył, żywiąc się resztkami jedzenia, nierzadko znajdowanymi w rynsztoku. Dzięki pomocy dobrych ludzi, wytrwałości i sile charakteru ukończył studia medyczne i został zatrudniony przez ghanijski rząd. Jednak zrezygnował z intratnej posady i zdecydował się leczyć za darmo wszystkich tych, których nie było na to stać. Po wielu latach mając czwórkę małych dzieci umarł na raka zostawiając żonie ośrodek utrzymywany wyłącznie z datków, pozbawiony jakiejkolwiek systemowej pomocy.

W klinice pracowała głównie pani Teresa z naszą 15 letnią córką Marysią. Każdego poranka wsiadały do przejeżdżającego tuk-tuka, aby po paru kilometrach znaleźć się na miejscu. Ich zadaniem była segregacja często przeterminowanych leków, nadesłanych przez darczyńców, mierzenie ciśnienia oraz inne zlecone zajęcia. Niedaleko ich apteki znajdowała się kuchnia, która w niczym nie przypominała kuchni europejskich, w której w wielkich kotłach każdego dnia przygotowywano 100 porcji jedzenia dla najbiedniejszych. Mieliśmy okazję pakować jedzenie do worków, a póżniej rozwozić je po slamsach Tamale oraz dostarczyć 40 porcji do pobliskiego więzienia. To, co uderzyło nas przy tym najbardziej, to wszechobecna wdzięczność. Za wszystko, za najdrobniejszy gest, za każdy uśmiech, za okazaną życzliwość. Takim przykładem na pewno było spotkanie młodej, zapewne 18letniej dziewczyny, która wyłoniła się z lasu, w którym śmieci sięgały jej prawie do kolan. Po otrzymaniu jedzenia kobieta ukłoniła się do pasa, uśmiechnęła szeroko i zniknęła w chaszczach. Gdzie ona spała, z czego żyła? Mogę tylko zgadywać.  Zostaliśmy też zaproszeni przez mieszkających nieopodal księży i seminarzystów na uroczystą kolację, podczas której opowiadaliśmy o życiu w Polsce. A także zaprosiła nas do siebie rodzina jednej z Sióstr Białych- siostry Wiktorii, gdzie poznaliśmy  życie codzienne dobrze sytuowanej ghanijskiej rodziny, spędziliśmy czas w lodziarni oraz udaliśmy się  do oddalonego centrum sztuki i kultury aby obejrzeć przedziwne muzeum.

Kolejnym niesamowitym momentem było spotkanie polskiego misjonarza- księdza Józefa, który od ponad 30 lat pracuje w Ghanie i z którym pojechaliśmy do jego wioski na północy, niedaleko granicy z Togo. Mieliśmy jedyną sposobność aby zobaczyć zbudowaną od podstaw na sawannie parafię, uczestniczyć w tradycyjnej mszy, pełnej śpiewów i tańców, poznać mieszkańców wioski oraz spędzić z nimi całe popołudnie jedząc tradycyjne ghanijskie potrawy.

 Każdego dnia działo się coś ekscytującego i nowego. Nie sposób opisać wszystkich wydarzeń, które były naszym udziałem. Wspomnę tylko o poznanych kobietach uczących się szyć, które dzięki swej skromnej nauce nie były ofiarami handlu ludżmi, czy o kobietach, które w prymitywnych warunkach wytwarzały masło shea, odsprzedawane potem za grosze koncernom kosmetycznym z Europy. Osobą, która także zapadła nam  w sercu był ojciec James, z którym przez dwa dni odkrywaliśmy uroki Ghany i który opowiadał nam przy okazji o historii, polityce i życiu codziennym. Dzięki niemu poznaliśmy tragiczną historię niewolnictwa i odwiedziliśmy Cape Coast- miejsce, w którym zginęły 44 miliony niewinnych ludzi. Przemierzaliśmy Toxic City, teren na którym najbiedniejsi mieszkańcy przerabiają elektrośmieci z Europy, pracując w całkowicie skażonym środowisku, czy też Kakum Park, gdzie wędrowaliśmy po mostach wiszących nad lasem deszczowym.

Podsumowując można powiedzieć, że Ghana była dla nas po prostu spotkaniem. Spotkaniem z człowiekiem. Otwartym, ciepłym i uśmiechniętym. Umożliwiła nam wgląd w cudze życie i poznanie codziennych potrzeb, które dla Ghanijczyków są często bardzo trudne do zaspokojenia, a dla nas ludzi z Europy wręcz niezauważalne. Nauczyła nas uważności i wdzięczności. Dała poczucie spełnienia.

PS. Pomimo upływu wielu tygodni nie sposób zapomnieć o tych, których spotkaliśmy oraz o potrzebach z którymi mierzy się Shekhinah Clinic. Dzięki pomocy ludzi dobrej woli udało nam się zorganizować  stałe dostawy leków dla najbiedniejszych i mam nadzieję, że realna pomoc dopiero się zaczyna.

                                                                                           Ewa Kaznowska- Ponczek