Byłem w więzieniu, a wy przyszliście do mnie.

Przygotowuję się do cotygodniowej wizyty w więzieniu. Zabieram  teksty ze Słowem Bożym na niedzielę, listę nazwisk tych, którzy przychodzą na spotkanie (aktualnie 20 osób), artykuły, o które mnie prosili, wiadomości od rodzin i przyjaciół przesłane mi na Messengera – to bardzo ważne, aby pozostawać w jedności  z rodziną, by umożliwić pojednanie z tymi, których opuścili. W ten sposób  dane mi jest uczestniczyć bardzo aktywnie w życiu wielu rodzin. Jestem z nimi w częstym kontakcie, co kilka dni, z niektórymi osobami nawet codziennie. Odkrywam braci, których odwiedzam w więzieniu, również przez relacje z ich bliskimi.

Sobota, godzina 14.00. Jestem gotowa. Wchodzę do kaplicy. Proszę: „Panie, poślij mnie. Idę tam w Twoje imię, Panie”. Wychodzę z domu, idę  pieszo,  w rytm odmawianego w drodze różańca.  Odwiedziny są zawsze w soboty, więc medytuję tajemnice chwalebne, rozmyślam o zmartwychwstaniu, o tym, że życie odradza się po śmierci, zbawienie jest owocem cierpienia… Proszę też aniołów, aby przygotowali drogę przede mną (Psalm 91).

To tu… Przechodzę przez pierwszą bramę. Witamy się, rozmawiam z ochroną. Przechodzę przez drugą bramę: tylko krótkie „dzień dobry”. Przechodzę przez trzecią bramę: rozmawiamy, żartujemy, wymieniamy uprzejmości. Tutaj oddaję do kontroli wszystkie przedmioty, które przyniosłam, zdjęcia, listę osób, które trzeba zawołać na spotkanie, kartkę ze Słowem Bożym. Przechodzę przez czwartą bramę. Idę do poczekalni. Czekam. Wykorzystuję ten czas, aby kontynuować modlitwę za moich braci. Czytam Słowo Boże, które im przynoszę. Słowo, którym będziemy się karmić podczas naszego spotkania. To Ono stanie się źródłem naszej wiary, nadziei i mocy.

Słyszę jak odblokowują się drzwi i osoby wchodzą jedna za drugą. To chwila radości. Prawie wszyscy mają uśmiech na twarzy. Witamy się, ściskamy, podajemy sobie ręce. To jest ważna chwila. Każde spotkanie jest świętem. Podchodzę do każdego z nich, słucham, czym chce się podzielić, co chce mi powiedzieć, notuję, to co mam później przekazać rodzinie, znajomym, przekazuję im również wiadomości od ich bliskich. W tym czasie oni też rozmawiają ze sobą nawzajem. Po godzinie ktoś woła: „czas na modlitwę!”. Modlimy się. Czas mamy ograniczony. Czytamy jeden czy drugi tekst z liturgii niedzielnej. Na początek kilka  wskazówek i  kilka słów katechezy. Po czytaniu słuchacze reagują spontanicznie, zadają pytania, wyrażają swoje uczucia, dzielą się tym, co ich uderza w Słowie. Często ktoś wraca do psalmu, przeczyta kilka zdań, które go najbardziej poruszyły. Psalmy są ich ulubioną modlitwą, niektórzy uczą się ich na pamięć, tak dobitnie wyrażają to, co jest ich codziennością. Dzielimy się tym słowem.. Dzięki dzieleniu odkrywamy, w jaki sposób Bóg działa w życiu każdego z nas. Świadectwa są często poruszające. Pan odpowiada na modlitwę, działa, zbawia, przemienia serca… To  pobudza nas do oddawania chwały Bogu, uwielbienia i śpiewu. Śpiew jest bardzo ważny. Śpiewamy, aby wyrazić  słowami i muzyką naszą wiarę, dziękczynienie, wielbić Bożą obecność wśród nas. Wzrastamy razem, aby całkowicie  zawierzyć Panu. W tej dziedzinie to oni są moimi mistrzami, uczę się tego zawierzenia od nich. Słowo Boże „uprawia” nasze życie jak glebę. Modlitwa jest żarliwa, mimo cierpienia i trudnych doświadczeń, jakie są udziałem wielu z nich.   Mówią mi jak bardzo już w piątek wieczorem cieszą się i przygotowują na nasze popołudniowe  sobotnie spotkanie. Kiedy zdarza mi się (na szczęście rzadko), że nie mogę przyjść, informuję ich o tym wcześniej, aby nie zawieść ich oczekiwań.

Moje życie bardzo się zmieniło od czasu, kiedy chodzę do braci w wiezieniu. Wielu z nich odwiedzam od roku, dwóch, trzech lat. Nasze spotkania budują między nami mocne więzi. Proszą mnie o modlitwę za nich,  szczególnie wtedy, kiedy mają być sądzeni. Wierzą w siłę modlitwy. Oni również modlą się za mnie każdego dnia i rzeczywiście czuję moc tej modlitwy poprzez otrzymywane łaski, radość, która we mnie jest. Wiele dostaję w czasie naszych spotkań. Moja wiara umacnia się. Czuję się członkiem  wielkiej rodziny. Akceptuję to, by wziąć z nimi na barki ciężar, który niosą.

Wracam do domu na piechotę z tym ciężarem, ale z każdym krokiem jest mi lżej.  Ktoś zdejmuje go z moich ramion. Jestem w domu o 17.00. Wypijam herbatę. Potrzebuję tego czasu, aby z jednej rzeczywistości wejść w drugą. Siadam przy biurku, wyświetla się Facebook. Przeglądam notatki starając się niczego nie pominąć. Wysyłam wiadomości do bliskich tych, którzy kilkanaście minut wcześniej byli ze mną, dzwonię do ich przyjaciół w Algierii. Umawiamy się na spotkania w ciągu tygodnia, aby każdy mógł przynieść mi to, co chce przekazać mężowi czy bratu. Jest  godzina 22.00.

Nie chodzę do wiezienia z lekkim sercem, ale gdybym nie miała tego zaangażowania, czegoś bardzo ważnego brakowałoby w moim życiu i moim powołaniu do pójścia za Chrystusem.

s. Danuta Kmieciak (Misjonarka NMP Królowej Afryki)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.