Buhoro, buhoro!

Nadszedł sobotni poranek. Za oknem wszystko ukrywa w swojej bieli mgła. Sprawia wrażenie tajemniczości. Tajemnicą jest przecież, co przyniesie ów dzień. Zresztą, jak całe życie, pełne tajemnic. Bożych tajemnic. Może kiedyś będzie dane nam je poznać?

Tajemnicą jest też, co się będzie działo na sobocie misyjnej. To znaczy… tamtego dnia, tamtego poranka dla każdego była to tajemnica. Teraz jedynie dla tych, którzy nie przybyli, a czytają te słowa. Więc… zapraszam na chwilę do Sióstr Misjonarek!

 Wszystko rozpoczęło się od najważniejszego – od spotkania z Panem Bogiem w Jego Słowie z Ewangelii na niedzielę – Mk 13, 24-32. (Osobiście wtrącając, dla mnie chyba najcenniejszy czas, wyciszenia, rozmodlenia, trwania – jakże wtedy inaczej przeżywa się niedzielę! Chciałabym w każdą sobotę robić to samo, może wreszcie się uda?). Niesamowite jest to, że to samo Słowo dotyka każdego w inny sposób, bo przecież sytuacja każdego z nas jest inna. Dzielenie się z innymi tak ubogaca. Obejrzeliśmy także podsumowujący filmik z cyklu „Nowa jakość życia”.

 Modlitwa trochę trwała, zaś po niej można było rozruszać zardzewiałe kości. : ) Potańczyliśmy, śpiewając jak rybacy w Kongo. Oczywiście w rytmach afrykańskich!

W międzyczasie przybył ks. Mieczysław Puzewicz z panią Lidą. Ksiądz opowiedział nam o swoim doświadczeniu pracy z uchodźcami, o tym, że jego rodzinę w przeszłości też dotknęło przesiedlenie. Przypomniał nam także ważne słowa, które nie są do wybranych, a do nas wszystkich: „bo byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie…”. Bliźnim jest każdy, bez wyjątku. Czasem jednak tak trudno zobaczyć nam bliźniego w tym, który obok nas, ujrzeć w nim oblicze Pana… Poruszająca była także opowieść Pani Lidy z Czeczenii. O prześladowaniach, o dramatach rodziny, o ucieczce stamtąd do Polski, o życiowym kryzysie i beznadziei… O odnalezieniu światła i siły na nowo. Chyba tylko robot nie uroniłby łzy, słysząc taką historię! Jak mało jesteśmy wdzięczni, że urodziliśmy się w kraju, w którym nikt do nas nie strzela, nie zabija naszych bliskich na naszych oczach…

 

Po tych trudnych słowach przyszedł czas na świadectwo Klary, uroczego dziewczęcia rozpoczynającego studia medyczne. Niesamowite, że tak młoda osóbka tuż po maturze znalazłą się na misji w Rwandzie na dwa miesiące! Pełna pasji, uśmiechu, odwagi! Podziwiam takie osoby. Najpierw Klara opowiedziała nam o samej Rwandzie, o dramatycznej historii tego państwa. Pokazała także zdjęcia przyrody, zwierząt. Prawie zapachniało też apetycznym jedzonkiem! Zrobiło się kolorowo dzięki barwnym strojom tamtejszych mieszkańców. Sama Klara miała przepiękną sukienką uszytą właśnie tam z kitengi. Podzieliła się z nami swoją codziennością, życiem u sióstr, pracą w przedszkolu, radościami i trudnościami. Nie byłą pierwszą osobą, która wracając, stwierdza, że więcej otrzymała niż dała. Relacja była tak bogata, jakby ona sama przebywała tam co najmniej z pół roku, a nie dwa miesiące. U nas w Polsce mówi się ciągle: szybciej, szybciej! Wszystko goni, pędzi, umyka. Natomiast tam?… Buhoro, buhoro – powoli, powoli. POWOLI. Jak zrobić, by żyć wolniej i smakować każdą chwilę? Chyba każdemu z nas przydałaby się lekcja od Ruandczyków.

 Pyszna pizza to kolejny punkt dnia. Ekhm… nie jedna, tyle do wyboru!

A potem, przed pożegnaniem, spotkaliśmy się z Panem Jezusem w kaplicy. Każdy pobył z Nim sam na sam. I na modlitwie Koronką do Bożego Miłosierdzia.

 Przepiękny dzień. Takie właśnie krył tajemnice. Choć to, co każdy stamtąd „zabrał” ze sobą też jest pewną tajemnicą.

Przeczytałeś lub przeczytałaś te słowa. I… co dalej? Przyjdziesz za miesiąc ze swoimi bliskimi? Polecam!

Wiola M.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *