Z Muzungu stałam się po prostu Klarą.

Klaro, czy możesz nam się przedstawić?

Witam, jak już wiadomo, jestem Klara. Mam 18 lat i pochodzę z Gdańska, gdzie mieszkam wraz z moją siedmioosobową rodzinką i psem, choć lada moment będę się żegnać z tym miastem i przeprowadzać do Bydgoszczy, gdzie zaczynam studia medyczne.

Niedawno wróciłaś z Rwandy. Powiedz, jak to się stało, że tam wyjechałaś?

Oj, moja droga do wyjazdu pełna była wybojów, zakrętów i zwrotów akcji. Tak naprawdę marzenie o wyjechaniu gdzieś, żeby poznawać ludzi z różnych kultur, miałam w sobie od małego, a zaszczepili je we mnie rodzice, którzy też dużo i bardzo chętnie podróżują. W 3 klasie postanowiłam zostać „lekarzem bez granic” i od tamtego czasu to pragnienie we mnie było, a w miarę jak rozwijałam się w wierze, czułam, że chciałabym te rzeczy połączyć. I kiedy kończyłam liceum, a przed sobą miałam perspektywę długich wakacji, uznałam, że jest to idealny moment, by poszukać sposobu wyjazdu na misje. Dosłownie kilka dni później jedna z moich znajomych zadzwoniła do mnie i spytała, czy to prawda, że chcę jechać na misje, bo ona wraz z grupką kilku innych dziewczyn też to planuje i jest w kontakcie z siostrami misjonarkami, więc mogę do nich dołączyć. Tak trafiłam na Siostry Białe i zaczęłam przygotowania do wyjazdu poprzez uczestnictwo w „sobotach misyjnych” (w tamtym czasie online z powodu pandemii), rozmowy z siostrami i wyjazd na weekendowe rekolekcje. Oczywiście nie wszystko było takie różowe i trudności było sporo, zaczynając od pandemii, przez którą wjazd do wielu państw był niemożliwy lub bardzo utrudniony, a skończywszy na tym, że z różnych powodów z wyjazdu wycofały się wszystkie dziewczyny z grupy, z którą miałam jechać, co sprawiło, że wyzwanie organizacyjne było większe, a także fakt, że jechałam sama, był trudny do zaakceptowania dla moich rodziców (choć przez cały czas bardzo mnie wspierali). Finalnie jednak wszystkie papiery udało się załatwić, powinności covidowe spełnić, rodzinę uspokoić i okazało się nawet, że pewien znajomy ksiądz leci w tym samym czasie do Rwandy, więc mogłam podróżować razem z nim. Jestem pewna, że to Pan Bóg czuwał nade mną i prowadził przez ten czas, naprawdę.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przylocie do tego kraju?

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam Rwandę. Mój samolot lądował w nocy, a właściwie z naszej perspektywy wieczorem, bo była to godzina 19, ale w Rwandzie (ponieważ leży prawie na równiku) o tej porze jest zupełnie ciemno, co mnie bardzo zdziwiło. Tak więc pierwszym widokiem, którego doświadczyłam, było nocne Kigali. Tysiące światełek na ciągnących się daleko wzgórzach. Coś pięknego.

Moje pierwsze dni były niezbyt łatwe, ponieważ ze względu na nagłą zmianę covidowych przepisów, okazało się, że nie mogę przedostać się z Kigali do miasta mojego przeznaczenia – Butare (znajdują się one w różnych dystryktach) – bez pozwolenia policji. Byłam więc w obcym kraju, nie znając języka, kultury i w oddaleniu 130 km od swojego rwandyjskiego domu. Jednak w tym właśnie czasie spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy mi pomogli i właśnie to wspomnienie ogromnej życzliwości, jakiej doznałam, jest moim najsilniejszym wrażeniem z pierwszych dni w Rwandzie.

Ile czasu spędziłaś w Rwandzie i czym się tam zajmowałaś?

W Rwandzie spędziłam 2 miesiące i pracowałam w świetlicy dla ubogich dzieci w wieku mniej więcej przedszkolnym, o wdzięcznej nazwie Akarabu, co oznacza kwiatuszek.

Co cennego odkryłaś w czasie tego pobytu?

Ojejku, o tym mogłabym pisać i pisać. Dla mnie był to czas najintensywniejszej i najważniejszej szkoły w moim życiu, której owoce nadal obserwuję i myślę, że będę je jeszcze odkrywać. Odwiedziny w Rwandzie rozwinęły mnie w wielu aspektach: w kontekście kulturowym, poszerzającym horyzonty, w kontekście wiary, a także w kontekście poznawania samej siebie. Aby się za długo nie rozwodzić, mogę powiedzieć, że na pewno nauczyłam się (właściwie wciąż się uczę) patrzeć głębiej w drugiego człowieka, podchodzić do niego bez wyobrażeń i oczekiwań, tylko z otwartością i chęcią lepszego poznania. Zrozumiałam, że chociaż jako ludzie jesteśmy inni (co jest cudowne), to w głębi jesteśmy też do siebie podobni, więc naprawdę wystarczy chcieć, by móc się zrozumieć i uczyć się od siebie nawzajem. Dużo by jeszcze wymieniać… Rwandyjczycy nauczyli mnie też odmiennego podejścia do czasu – że to on jest dla nas, a nie my dla niego, o czym w Europie zapomnieliśmy. Uczyli mnie też tego, jak naprawdę słuchać drugiego człowieka, z uwagą i zaangażowaniem, co jest sztuką, a także jednym z piękniejszych darów, jakie można komuś dać.

Pobyt w Rwandzie pomógł mi również ustalić priorytety. Odkryłam też u siebie samej cechy, które mnie zaskoczyły i pokazały mi, że potrafię sobie poradzić w różnych sytuacjach (oczywiście póki ufam Tacie). Mogłabym jeszcze długo wymieniać… W każdym razie nauczyłam się mnóstwa rzeczy –  od gotowania bananów po zrozumienie, że można się przyjaźnić z kimś nie mając wspólnego języka.

Czy możesz nam opowiedzieć o jednym z ważniejszych spotkań z drugim człowiekiem, które coś w Tobie zmieniło?

Było ich dużo, ale najważniejsze dla mnie były spotkania z dziećmi ze świetlicy, w której miałam swój apostolat. Oczywiście na samym początku kiedy zaczęłam tam przychodzić, byłam swego rodzaju atrakcją, jedynym Muzungu (czyli białym) w okolicy. Jednak wraz z upływem czasu stawałam się coraz bardziej częścią codziennego życia w Akarabu, a dzieciaki traktowały mnie jak swoją (co cieszyło mnie jak nic innego) i zaczynały zachowywać się przy mnie naturalnie. Z Muzungu stałam się po prostu Klarą. Maluchy z naszej świetlicy to trudne dzieciaki, ponieważ pochodzą z bardzo biednych rodzin, w których często oprócz biedy są też inne kłopoty. Ciężko je więc nauczyć współpracy czy rozwiązywania konfliktów w inny sposób niż bójka. Zdarzało się, że wracałam z apostolatu sfrustrowana i zmęczona zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jednak za każdym razem po momentach pełnych trudności, przychodziły te pełne piękna. Pamiętam jak Benjamen, bardzo hardy i uparty chłopiec, chodzący własnymi drogami, nie słuchający się nikogo i zawsze będący w centrum każdej bójki (który początkowo traktował mnie z dużą dozą nieufności, co mozolnie starałam się zmienić zagadując do niego i poświęcając mu podczas zajęć na tyle dużo uwagi na ile mogłam), spotykając mnie rano po drodze do świetlicy, uśmiechnął się na mój widok i przybiegł się przytulić. To był najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam i jednocześnie ugruntował on we mnie naukę, żeby nigdy nie szufladkować ludzi. Bo Benjamena łatwo byłoby wrzucić do szufladki „niegrzecznego dziecka” i nie zauważyć tego, jak wrażliwym i bystrym chłopcem jest tak naprawdę. Umocniło mnie to też w przekonaniu, że każdy człowiek ma w sobie mnóstwo dobra i swoje własne, wewnętrzne piękno. Czasem potrzebuje tylko pomocy, żeby je wydobyć.

Jakie są Twoje marzenia, plany na przyszłość, czy są one związane z powrotem do Afryki?

Ja jeszcze zanim wyjechałam z powrotem do Polski, to mówiłam wszystkim, że wrócę do Afryki. I lecąc samolotem do Europy, już tęskniłam. Moim największym marzeniem jest skończenie studiów medycznych, praca w organizacji Lekarze Bez Granic i wyjazd do Afryki, do miejsc, gdzie są ludzie w potrzebie. Ale zobaczymy, jakie plany ma Pan Bóg, bo On lubi patrzeć na te, które ja układam i wywracać je do góry nogami.

Co chciałabyś powiedzieć osobom, które zastanawiają się nad wyjazdem na wolontariat na inny kontynent?

Powiedziałabym, że jest to doświadczenie pełne wielu trudności, ale też niesamowitego  Piękna, którego nie sposób zaznać nigdzie indziej. Po prostu warto jechać, żeby samemu się przekonać. Jeśli masz pragnienie, by pojechać, to znaczy, że coś tam na ciebie czeka i warto się dowiedzieć, co to takiego, bo może to zmienić Twoje życie.

Wszystkich którzy chcieliby posłuchać nieco więcej Klary lub zadać jej pytania, zapraszamy już dzisiaj na sobotę misyjną 13 listopada 2021r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *