Jezus przyszedł na świat, byśmy mieli życie i mieli je w obfitości (por. J 10, 10). Te słowa są moim programem misyjnym, ale i naszym zakonnym. Służymy bowiem, aby ci, do których jesteśmy posłane, mieli życie i mieli je w obfitości.
Przed wstąpieniem do zgromadzenia wiodłam życie podobne do wielu innych młodych ludzi: nauka, obowiązki domowe, dyskoteki, praca za granicą. Jednak w moim sercu wciąż pojawiały się pytania: Kim jest Bóg? Jaki jest sens życia? Czym jest niebo? Już jako dziecko odczuwałam obecność Boga, szczególnie w przyrodzie, w ciszy kościoła i podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. W moich wyobrażeniach Bóg był potężny, ale również surowy, co nie zawsze pasowało do doświadczeń Jego bliskości. Mój dziadek uczył mnie dostrzegać piękno w narodzinach zwierząt, w kiełkującym ziarnie fasoli, a nawet w odrzucanych ludziach – w pijaku z naszej wioski czy kimś trudnym do polubienia. Ta jego wrażliwość ukształtowała moje serce.

To wielkie pragnienie Boga zaprowadziło mnie do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki, czyli Sióstr Białych. Chciałam się dzielić Bożą miłością z ludźmi, którzy żyją poza znanym mi horyzontem. Jednocześnie miałam konkretne prośby do Boga, – by zgromadzenie było misyjne i pod wezwaniem Matki Bożej. Matka Boża bowiem od zawsze była dla mnie przewodniczką. Od dzieciństwa modliłam się przed wizerunkiem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, a później Matki Bożej Częstochowskiej. Kiedy pojechałam na Jasną Górę prosić o światło rozeznania, spotkałam właśnie Siostry Białe. Bóg w taki zwyczajny, a zarazem cudowny sposób wskazał mi dalszą drogę. Przez jakiś czas dojrzewałam do tej decyzji, zmagałam się ze sobą, ale On zawsze stawiał na mojej drodze ludzi, którzy byli dla mnie wsparciem.
Przygoda z Bogiem
Życie zakonne to nieustanna przygoda z Bogiem i z ludźmi. Nigdy nie sądziłam, że spotkam tak wielu ludzi z różnych kultur, religii i narodów. Pracowałam w Tanzanii, Mauretanii i Burkinie Faso, byłam też jeszcze w kilku innych krajach. Pracowałam z ludźmi ulicy, którzy nauczyli mnie wdzięczności i hojności. Mieszkańcy tanzańskiej wioski Mwanga byli dla mnie przykładem wiary w Boga i życia Bogiem w codzienności. Zostałam również posłana do Mauretanii, muzułmańskiego kraju na pustyni, choć wcześniej nie pragnęłam, a wręcz nie interesowałam się krajami północnej Afryki. I był to jeden z piękniejszych prezentów od Boga. Pustynia i ludzie na niej żyjący pomogli mi bardziej zrozumieć słowo Boże, Ewangelię. Ich zaangażowanie w modlitwę i pytania o moją wiarę były dla mnie motywacją do głębszej relacji z Jezusem. „Trwając w Nim” niemożliwe stawało się rzeczywistością. Na przykład sadziłam z młodzieżą drzewa na pustyni. Ja wyjechałam, a oni nadal sadzą. Rozwinęliśmy projekt nauczania dzieci z rodzin ubogich i migrantów, a dziś wielu z nich ukończyło już studia i opuściło ulice. Bóg powołując i posyłając na swoje żniwo, daje odpowiednie narzędzia i ludzi do pracy.

Chrystus, „chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał” – mówi autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 5, 8). Na mojej drodze Bóg stawia ludzi, by mi przypominali, jak ważne jest posłuszeństwo Jego Duchowi. Tak było z Paulette, kobietą prostą, bez wykształcenia, ale o ogromnej wierze. Przyszła kiedyś do mnie, żebym pomogła jej wnukowi dostać się do szkoły w Senegalu. Nie wierzyłam, żeby było to możliwe, ale w końcu zadzwoniłam, a efekt przerósł moje oczekiwania. Dzięki temu kilku chłopców dostało szansę na edukację, a nasza świetlica zaczęła współpracę z tamtejszą szkołą i internatem.
Dawać i otrzymywać
Misje to nie tylko dawanie, ale też przyjmowanie. Uczyłam się przyjmować jedzenie, zwyczaje, muzykę, prezenty, ale także odrzucenie. Po latach spędzonych w Afryce czuję, że mam rodzinę na tym kontynencie – ludzi, którzy są dla mnie jak bracia, siostry i przyjaciele. Kiedyś starsze małżeństwo chciało mi podarować na święta Bożego Narodzenia kurę. Odmówiłam. Wtedy mężczyzna zapytał, dlaczego nie chcę ich daru. Powiedział, że oni z radością przyjmują to, co im ofiarowuję, czyli moją wiarę, a nie chcę przyjąć od nich tego, co mają najlepszego. Dodał: Jeśli chcesz być misjonarką, musisz nauczyć się przyjmować to, co ci ludzie ofiarują, nawet ci najbiedniejsi. Nie ma na świecie człowieka, który nie miałby nic do ofiarowania, bo każdy ma serce, jak mi kiedyś powiedział jeden ze znajomych żebraków w Arusha, w Tanzanii.

Doświadczenia trudności, jak np. wojna, nauczyły mnie, jak ważne jest trwanie w Bogu (zob. J 15,17), który jest Miłością, aby trwać w miłości do ludzi, którzy mnie odrzucają. Na początku na takie zachowania reagowałam złością i buntem, tłumacząc, że przecież nie wybierałam miejsca swoich narodzin. Jednak modlitwa i rozmowy z Jezusem pozwoliły mi spojrzeć na ich cierpienie i współczując im, pracować dla ich dobra, przezwyciężając zło, które ich rani.
Misje uczą mnie, że każde cierpienie mojego bliźniego dotyka również mnie. Trudności nie są po to, by nas złamać, ale by pomóc nam wzrastać – w wierze, miłości i zaufaniu do Boga, w naszej wędrówce ku niebu, ku życiu wiecznemu w Bogu.
Każdy dzień przypomina mi, że jestem narzędziem w rękach Boga, że niebo jest tu i teraz kiedy trwam w Nim. Nawet najmniejsze działania mogą mieć ogromny wpływ, jeśli są inspirowane Jego miłością. I to właśnie sprawia, że życie zakonne nie jest nudne i nie tylko pełne wyzwań, ale też radości, która wypływa z bycia blisko Boga w Jego słowie, w drugim człowieku i w modlitwie Kościoła .
tekst i zdjęcia: s. Celina Natanek MSOLA