Tylko miłość!
Nazywam się Celina Natanek i należę do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki. Od stycznia tego roku, po szesnastu latach poza krajem, jestem posłana do pracy w naszej wspólnocie w Polsce, a konkretnie w Lublinie.
Wyjeżdżając po raz pierwszy do Afryki w 1998 roku, chciałam pomagać, budować, nauczać słowem, zbawiać świat. Czułam się pełna energii, miałam mnóstwo pomysłów jak pomóc innym lepiej żyć. Dzisiaj, mogę powiedzieć, że bez miłości jestem tylko cymbałem (zob. 1 Kor 13,1). Jestem sługą nieużytecznym, wykonując to, co było moją powinnością (zob. Łk 17,10).
Bezustannie uczę się miłości, uczę się kochać jak Bóg i to On sam udziela mi lekcji. Pragnę w tym artykule podzielić się kilkoma doświadczeniami z mojego życia, które były dla mnie takimi lekcjami miłości.

Na samym początku mojej przygody misyjnej pracowałam z bezdomnymi, ludźmi żyjącymi na ulicy w Arusha, w Tanzanii. Spotykaliśmy się w centrum miasta, w dolinie rzeki, zwykle około południa, kiedy oni schodzili się na posiłek, mycie i pranie. Rano i wieczorem, jak sami mówili, byli w pracy, to znaczy żebrali na ulicy, gdzie każdy miał swoje miejsce. Byli to w większości ludzie chorzy na trąd lub cierpiący z powodu postępu tej choroby. Towarzyszyłam im często w drodze do szpitala, ale także w ich troskach życia codziennego. Pewnego dnia, szef tej grupy zaprosił mnie na wspólny posiłek. Nie byłam gotowa na to, aby jeść z nimi to, co oni przygotowali, gdyż każda z osób nosiła na sobie ślady choroby. Odpowiedziałam grzecznie, że ja już jadłam, że w domu czeka na mnie kolacja i że oni potrzebują tego pożywienia bardziej niż ja. Szef przyjął moją odpowiedź z wielką cierpliwością. Po chwili powiedział, że jeżeli myślę, że posiadam więcej, niż oni to powinnam również wiedzieć, że każdy człowiek na tym świecie, nawet ten, co nie ma nic, ma coś, czym może się podzielić, ponieważ każdy ma serce. Tak, kochać może każdy, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajduje. Potrzeba było kilku tygodni na to, abym znowu została zaproszona na wspólny posiłek. Radość wspólnego jedzenia i bycia razem wynagrodziła mi poczucie, że początkowo odrzuciłam ich miłość. Zobaczyłam też, że to oczekiwanie na ponowne zaproszenie było dla mnie wewnętrznym cierpieniem potrzebnym do oczyszczenia moich motywacji.

Kolejną lekcję miłości otrzymałam idąc z Komunią Świętą do starszego schorowanego małżeństwa. Po modlitwie i dziękczynieniu starszy pan zawołał chłopca biegającego koło domu i poprosił go, aby złapał kurę otrzymaną na święta od wspólnoty chrześcijańskiej, która wspomagała materialnie tę parę. Ci państwo podobno mieli dzieci, ale ich życie tak się potoczyło, że one odeszły, a córka, która mieszkała blisko, sama miała trudności. I tę właśnie kurę gospodarz ofiarował mnie i mojej wspólnocie na święta. Moją pierwszą spontaniczną reakcją była odmowa i to bardzo radykalna, bo przecież oni potrzebują tej kury dużo bardziej niż ja. Wtedy ten pan poprosił, abym usiadła i zadał mi pytanie: „Siostro, dlaczego tutaj przyjechałaś?”. Moja odpowiedź przypominała słowa dziecka uczącego się mówić: „Czułam się zaproszona przez Boga, aby dzielić się radością życia, dzielić się tym, czym jestem i co posiadam”. On odpowiedział: „ My doceniamy dar twojej obecności wśród nas, bo wiemy, że dzielisz się tym, co masz najcenniejszego i przyjmujemy wszystko. My mamy tę kurę, która jest dla nas cenna, bo tylko ją mamy w tym momencie, ale kiedy chcemy Ci ją ofiarować ty odmawiasz…” Były łzy… Potem udzielił mi lekcji, którą zapamiętam na całe życie: jeżeli nie będę na tym samym poziomie co ludzie do których idę, misja będzie bezowocna. Dało mi to wiele do myślenia i pozwoliło stanąć w prawdzie ze sobą, z moimi motywacjami jak również z moim rozumieniem misji.

Kolejne lata były dla mnie nauką dawania i przyjmowania: dawania bez oczekiwań i przyjmowania z wdzięcznością, były nauką budowania relacji. Kiedy byłam na studiach we Francji, otrzymałam wiele pomocy ze strony kolegów i koleżanek, których hojność bardzo mnie wzruszała. Dzielili się ze mną swoim czasem i pomysłami, nigdy nie oczekując nic w zamian, w prostocie kogoś, kto ma więc naturalnie daje innym…
Mój pobyt w Mauretanii, wśród społeczności muzułmańskiej żyjącej na pustyni, gdzie wszyscy mieszkają w jednym namiocie i gdzie praktycznie nie ma przestrzeni dla siebie, był dla mnie czasem dawania siebie i przyjmowania daru innych. Ich wierność modlitwie była dla mnie bodźcem do głębszej relacji z naszym Stwórcą. Przyznam, że brakuje mi wezwania na modlitwę, które wytyczało rytm dnia. Będąc na pustyni, poza wioską, uczyłam się przede wszystkim bliskości Boga poprzez ciszę i poczucie bycia pyłkiem w tym ogromie piasku, a w nocy poprzez gwiazdy, tak pomocne w swoim bezmiarze, w kontemplacji Boga, który stal się jednym z nas a teraz mieszka we mnie.

Ludzie pustyni uczyli mnie prostoty codziennych potrzeb takich jak mycie się czy wizyta w toalecie. Zgodnie z obyczajem, należało mówić co idzie się robić, po to aby inni wiedzieli i mogli uszanować tą przestrzeń. Inną wartością, której się od nich nauczyłam jest hojność, takie dawanie po prostu drugiemu tego, czego potrzebuje i czego pragnie. Mogłam zostawić wszystko, włącznie z paszportem i z Biblią, bez obawy, że ktoś będzie zaglądał do mojego plecaka. Tylko jeden raz, przybyły z zewnątrz znajomy rodziny, bardzo zaintrygowany tym, że jestem chrześcijanką, grzebał w moich rzeczach w czasie mojej nieobecności. Kiedy to odkryłam i gdy dowiedział się o tym gospodarz, wymierzył mu surową karę: zabroniono mu wstępu do domu, gdyż złamał prawo gościnności.

W stolicy gdzie mieszkałam, pracowałam w centrum dla dzieci z niepełnosprawnością fizyczną i psychiczną a popołudniami z dziećmi ulicy w Maison du Quartier. Większość tych niepełnosprawnych dzieci nie kontrolowała swoich odruchów ani swojego ciała, ale kiedy wyrażały wdzięczność, miłość, radość życia robiły to całymi sobą, niektórzy unieruchomieni, uśmiechali się tylko oczami. Miałam tam też trudne doświadczenia, które były lekcją jak kochać i przebaczać, na przykład wtedy, kiedy z samochodu zabrano mi teczkę z dokumentami, prawdopodobnie w przekonaniu, że były tam pieniądze. Działo się to na oczach policji, na skrzyżowaniu, w samym centrum, ale nikt nie zareagował, nikt nie przyszedł mi z pomocą. Poczucie bezradności i osamotnienia było w tym momencie bardzo silne i jedynie skonfrontowane z prawdziwą Miłością, Jezusem, który został odrzucony przez uczonych w Piśmie i opuszczony przez swoich uczniów, okazało się życiodajne. Przygotowało mnie ono na inne sytuacje, w których doświadczyłam złości, nietolerancji czy agresji skierowanych nie tyle w moją osobę, co w system kolonialny, który reprezentuje tylko dlatego, że mam białą skórę.

W Burkina Faso, gdzie pracowałam przez ostatnie trzy lata, otrzymałam bardzo dużo przyjaźni i wdzięczności od ludzi z ulicy, dzieci z niepełnosprawnością, osób z marginesu społeczeństwa. Spacerując po mieście, wczesnym niedzielnym rankiem, bo tylko wtedy nie było dużego ruchu, powietrze było jeszcze w miarę czyste i znośna temperatura, bo już od ósmej mocno grzało, poznałam wiele osób mieszkających na ulicy. Każda z nich miała swoją historię, a łączyła je ulica i ta sama potrzeba przeżycia. Był wśród nich Bernard, katolik. Miał wiele przezwisk, miedzy innymi dlatego, że był niepełnosprawny umysłowo, być może z powodu doświadczeń z dzieciństwa albo z powodu używek, jakich na ulicy nie brakowało, trudno powiedzieć. Mnie rozmawiało się z nim dobrze i kiedy się spotykaliśmy, często szedł ze mną jakiś odcinek drogi, co było nie lada widowiskiem. Pewnego razu jeden sklepikarz, myśląc, że on mnie atakuje, chciał go przegonić i wezwał swoich kolegów, aby mnie ratować. Kiedy Bernard był trzeźwy, spacerowaliśmy i rozmawialiśmy często o Bogu. On zapewniał mnie, że Bóg kocha wszystkich ludzi, że jest dobry. Kiedy zapytałam, skąd on to wie, utrzymywał, że tak jest. Zapytałam więc, czy on doświadcza tej miłości i w jaki sposób. Czy wie, że Bóg go miłuje takim, jakim jest, w tej jego nieporadności, jego Bernarda, który jest Jego umiłowanym dzieckiem? Nastała cisza i kątem oka dostrzegłam na jego policzkach łzy. Innym razem, biegł za mną, na pożegnanie uścisnął mi dłoń i włożył do niej pieniążek, prosząc, abym ofiarowała go Bogu. Pytałam się w duszy gdzie złożyć ten pieniążek, na tacę czy do puszki? W końcu zaniosłam go do groty maryjnej obok katedry, gdzie była puszka i oddalam go pod opiekę Maryi. To i wiele innych doświadczeń pokazuje mi oblicze Boga w każdym człowieku i uczy mnie jak kochać bez rozgłosu, tak prosto, zwyczajnie.

Dla nas, Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki, pierwszą misją i pierwszą przestrzenią wzrastania w miłości i jej praktykowania jest życie wspólnotowe. Nasze wspólnoty są międzynarodowe, więc do różnicy charakterów dochodzą jeszcze różnice kulturowe i wiele innych. W naszych Konstytucjach czytamy: „Nasza konsekracja konkretyzuje się we wspólnocie, żywotnym środowisku, w którym autentyczność osobistego zaangażowania i wzajemnego wsparcia jest weryfikowana poprzez pokorną, codzienną rzeczywistość. Autentyczność daru z siebie wymaga od nas, abyśmy dzień po dniu, pozwalały się przemieniać i oczyszczać. Tylko wtedy radość z przynależności do Chrystusa będzie mogła jaśnieć i być przekazywana, a nasze życie konsekrowane stanie się znakiem mocy Ewangelii, która już przemienia świat.” Każda wspólnota jest dla mnie darem a każda siostra posiada coś, czego mogę się od niej uczyć.

Obecnie, będąc od stycznia w Polsce, uczę się na nowo życia w naszym kraju. Doświadczam wiele dobra od sąsiadów, znajomych i nieznajomych i za to wszystko dziękuje Bogu Ojcu. Polecam się Waszej modlitwie w tej nowej dla mnie misji wierząc, że jak mówiła nasza pierwsza Przełożona Generalna, Matka Maria Salome: „W każdej chwili otrzymujemy łaskę na czyn, którego mamy dokonać, i w każdej chwili otrzymujemy inną, bardziej znaczącą” i nieważne jak mały jest czyn, oby był dokonany z Miłości i dla Miłości.
Pozdrawiam wszystkich czytelników i zapraszam do naszej wspólnoty w Lublinie przy ulicy Powstańców Śląskich.
s. Celina Józefa Natanek
źródło: Głos Afryki