Życie w Mali – takie jak wszędzie a jednak inne…

Życie w Mali – takie jak wszędzie a jednak inne…
Pierwszy miesiąc mojego pobytu na ziemi malijskiej mam już za sobą i nie mogę uwierzyć, ze to jedynie 30 dni – tyle się w tym czasie wydarzyło: wiele spotkanych osób i usłyszanych historii, milion różnych emocji, tak wiele myśli w głowie funkcjonującej jeszcze na sposób europejski i to co najcenniejsze – doświadczanie obecności Boga, którego odnajduję w uśmiechu dzieci, mądrości starszych i w pustynnym krajobrazie Sahelu posiadającym swoje piękno…

Kiedy przyleciałam było już całkiem ciemno i nie widziałam gdzie samolot wylądował ale jak tylko zeszłam z pokładu nie miałam wątpliwości, ze jestem w Afryce – cieple powietrze na twarzy i zapach natury. Poczułam, ze jestem u siebie… Po załatwieniu formalności na lotnisku i po rutynowym badaniu w kierunku eboli polegającym na pomiarze temperatury (z wrażenia zrobiło mi się nagle gorąco i bałam się, że zostanę objęta kwarantanną ale na szczęście termometr pokazał 36,6) mogłam wyjść z lotniska i z radością przywitać się z moim komitetem powitalnym w postaci dwóch sióstr z mojej wspólnoty: Antonii i Brigitte oraz o. Darka i o. Pawła – Ojców Białych z Polski, pracujących w Mali.

[nasz dom w Bamako Kalabankura]

Pierwsze dni upłynęły mi pod znakiem orientacji w naszym domu i najbliższym otoczeniu oraz na poznawaniu rożnych osób związanych z naszą wspólnotą: sąsiadów, przyjaciół, księży z naszej parafii. Potrzebowałam tez czasu, aby dojść do siebie w związku ze zmianą klimatu, wody, jedzenia…

W święta już czułam, ze jestem w dobrej formie i mogłam radośnie świętować Boże Narodzenie w czasie trzygodzinnej Pasterki odprawianej w języku francuskim z pięknymi śpiewami w języku bambara w wykonaniu chóru parafialnego przy akompaniamencie klawiszy i lokalnych instrumentów – coś fantastycznego!!! To jest tutaj piękne, że ludziom nie szkoda tracić czasu dla Pana Boga… Po Pasterce ludzie wracają do domu i całą noc świętują, tańczą i cieszą się z Narodzenia Jezusa. Następnego dnia rano przychodzą znowu na mszę, która jest trochę krótsza tzn. trwa ok 2 godzin…  I znowu jest świętowanie… Po południu poszłyśmy z siostrami do naszych sąsiadów muzułmanów (nie mylić z islamistami!) zanieść im ciasto świąteczne. Tutaj jest taki zwyczaj, że ta religia, która ma swoje święto obdarowuje drugą świątecznymi przysmakami i licznymi błogosławieństwami. Niektórzy z naszych sąsiadów byli również na Pasterce bo tutaj często jest tak, że w jednej rodzinie pod jednym dachem mieszkają i chrześcijanie i muzułmanie i wszyscy świętują wszystkie święta – tylko w czasie liturgii chrześcijańskich jest informacja, że komunia święta jest przeznaczona wyłącznie  dla osób ochrzczonych w wierze katolickiej. Wszyscy, których odwiedziłyśmy przyjęli mnie bardzo życzliwie a ja od razu przeszłam skrócony kurs lokalnego języka bambara…

[chłopcy ulicy objęci pomocą Caritas w Bamako]

Święta minęły mi bardzo szybko tym bardziej, że 26 grudnia nie jest tutaj dniem świątecznym więc dosyć szybko weszłam w moją nową codzienność, o której w żadnym wypadku nie da się powiedzieć, ze jest szara czy nudna – o nie!
Pierwsza ważna rzecz w związku z moją misją to jazda na motorze i musiałam sobie tę umiejętność przypomnieć bo do mojej pracy mam dosyć daleko. Wszystko odbyło się według schematu ? wsiadłam-spadłam-wsiadłam i pojechałam… Miejsce mojego apostolatu to Centrum dla Dzieci Ulicy Kanuya (to znaczy Miłość), które przyjmuje wszystkie dzieci – od kilkulatków zarażonych AIDS, których rodzice zazwyczaj nie żyją, chłopców, którzy są ofiarami wojny, uchodźców, sieroty, po nastoletnie dziewczęta, które są samotnymi matkami i wylądowały na ulicy  z rożnych powodów; w tym momencie w Ośrodku jest ok 50 osób i ta liczba każdego dnia się zmienia…

[na terenie szkoły w Kadiolo]

Mój zakres działania jest dosyć szeroki – każdego dnia będę pracować z inna grupa docelowa – jednego dnia będę się zajmować maluchami, uczyć ich literek, bawić się z nimi a przede wszystkim poświęcać im uwagę i kochać; innego dnia będę się zajmować chłopakami – produkować z nimi mydło, hodować warzywa, grac w gry, rozmawiać i pokazywać, że mają szanse na szczęśliwe i godne życie; jeden dzień będę poświęcać dziewczętom, które nie chodzą do szkoły – będę ich uczyć francuskiego, robienia bransoletek, dbania o siebie i o porządek, będę z nimi tańczyć, rozmawiać o życiu, o ubraniach i przypominać, że mają swoją godność; kolejny dzień będę w ekipie, która pomaga naszym podopiecznym wrócić do rodziny jeśli to możliwe a jeśli nie to zdobyć zawód i znaleźć jakieś zatrudnienie żeby mogli opuścić nasze centrum i  nie musieli wracać do życia na ulicy…

[dzieci z kolokani – wioski oddalonej od Bamako 120 km]

Jeden dzień będę spędzać w Centrum Rozwoju Kobiet prowadzonego przez nasze siostry, które znajduje się obok naszego domu – są to zajęcia typu: produkcja batików, produkcja obrusów i serwetek, nauka kroju i szycia, haftowanie, gotowanie. W związku z tym, że często te kobiety nie potrafią czytać a nawet się podpisać poprowadzę dla nich podstawowy kurs języka francuskiego a one dla mnie języka bambara.

[z wizytą u przyjaciół]

Przede mną jedenaście kolejnych miesięcy w Mali, w Bamako, które z pewnością przyniosą radość, smutek, fascynacje, zmęczenie, poczucie sensu i bezsensu bo takie jest życie tutaj – takie samo jak wszędzie a jednak inne…

Iwona Cholewińska

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *