Z malijskiego pamietnika…

Z mojego tak jak zwykle glebokiego snu przywoluje mnie do codziennosci glos muezina wzmocniony glosnikami zawieszonymi na wiezy najblizszego meczetu. Jest ok piatej czasu uniwersalnego a ten muzulmanski duchowny przypomina braciom w wierze, ze „Bog jest wielki, wazniejszy niz sen i nalezy oddac mu czesc”. Dobrze jest to uslyszec, zwlaszcza o tej porze… Za chwile dzwoni moj budzik i slowami piosenki „Jaki piekny swiat” przekonuje mnie ostatecznie do tego zeby wstac. Nie ma czasu na poranne marudzenie bo za kilkanascie minut wyjezdzamy z siostrami na msze swieta sprawowana w naszej parafialnej kaplicy, ktora znajduje sie w sasiedniej dzielnicy…

Miasto trwa jeszcze w ciemnosci i w poluspieniu choc przed niektorymi domostwami kobiety juz zamiataja podworko, gdzies pali sie ogien potrzebny do przygotowania lokalnego sniadania, ktore w smaku i w wygladzie przypomina nasza owsianke. Na ulicy juz widac pierwsze samochody, motory, rowery, wozki ciagniete przez osiolki lub przez ludzi wypelnione tym co dla nich jest nieodzowne, aby zdobyc troche pieniedzy i przezyc jakos ten dzien…

Codzienna Msza Swieta z Jutrznia gromadzi ok 30 osob, w wiekszosci siostry zakonne i osoby zycia konsekrowanego ale takze osoby swieckie, ktore przybywaja nieraz z oddalonych zakatkow Bamako np Barthelemy, ktory kazdego dnia rano potrzebuje 45 minut, aby przyjechac do kaplicy na swoim rowerze, tyle samo, aby wrocic i pojsc do pracy. Po zakonczonej liturgii wszyscy sie witaja, chwile rozmawiaja a nastepnie zycza sobie dobrego dnia i kazdy udaje sie w swoja strone. Kiedy wracamy do domu towarzyszy nam wschodzace slonce, czasem piekne i blyszczace, niekiedy, tak jak dzisiaj, blade i zakurzone przez harmatan przynoszacy nam pyl pustyni…

W domu jestesmy pare minut po siodmej, po sniadaniu i indywidualnej modlitwie wyjezdzam motorem do miejsca mojej pracy. Centrum dla Dzieci Ulicy i Ofiar Przemocy „Kanuya” znajduje sie w dzielnicy oddalonej ok 10 km i w czasie pokonywania tego dystansu mam przeglad roznych drog- od asfaltowej dwupasmowki po ubita droge osiedlowa miejscami piaszczysta, kamienista lub pelna wiekszych i mniejszych dolkow, w ktore-juz to wiem- lepiej nie wpadac jadac jednosladem. W czasie podrozy pozdrawiam i jestem pozdrawiana przez osoby, ktore trwaja niezmiennie na codziennie mijanych przeze mnie miejscach i sa czescia tego krajobrazu, ktory zapisuje sie w mojej pamieci i w moim sercu. Zaczelo sie od prostych gestow, pomachania dlonia, skinienia glowy, usmiechu a konczy na tym, ze trzeba przystanac, uscisnac sobie dlonie lub przybic piatke, zapytac jak leci, zyczyc sobie dobrego dnia…

Do Kanuya przyjezdzam po dziewiatej i natychmiast zanim zdaze zsiasc z motoru i zdjac kask oblegaja mnie dzieci, ktore czekaja na mnie przed wejsciem. Ktos ciagnie mnie za reke w swoja strone, ktos gramoli mi sie na kolana a starsi chlopcy chca pomoc w zaparkowaniu mojego motoru i zaopiekowac sie moim kaskiem-to sie nazywa prawdziwe powitanie… Otoczona moimi malymi przyjaciolmi ide przywitac sie z moimi kolezankami i kolegami z pracy, z ktorymi poza pozdrowieniami i obowiazkowymi pytaniami o zdrowie nasze i naszych bliskich wymieniam uwagi na temat pogody, stanu drog czy ruchu ulicznego… W miare rozwoju naszej znajomosci pojawiaja sie zarty zwiazane z wyborem mojego malijskiego nazwiska lub moimi „postepami” w nauce jezyka bambara. Nastepnie ide do kuchni to znaczy zadaszenia z dwoma paleniskami i wielkimi zeliwnymi kotlami zeby pozdrowic dziewczeta, ktore dzisiaj maja tam dyzur, zapytac co jest dzisiaj w jadlospisie i jak to sie przygotowuje oraz zglosic moja chec pomocy lub nie, w zaleznosci od rozkladu dnia.

Wreszcie ku radosci dzieci, ktore nie odstepuja mnie ani na krok przechodze do budynku, gdzie znajduje sie cos w rodzaju swietlicy, ktora sluzy nam jako sala zabaw. Z pomoca ktoregos z pracownikow rozkladam maty i otwieram pudelko z klockami, samochodami, piankowymi cyframi i zestawem kuchennym dla dziewczynek. Dla starszych chlopcow i dziewczat, ktore tez sie pojawiaja w sali wyjmuje karty i kosci choc wiem, ze wiekszosc z nich bedzie sie bawila zabawkami dla maluchow by choc przez chwile miec namiastke powrotu do dziecinstwa, ktorego nie bylo…

Dwie nastepne godziny spedzam siedzac na macie, budujac pociagi, samoloty, garaze z klockow, jedzac i pijac przygotowane pozywienie na-niby, chwalac prezentowane mi nieustannie wytwory rak i wyobrazni, rozstrzygajac konflikty dotyczace podzialu zabawek, rozdzielajac walczace strony, wycierajac zakatarzone nosy i pilnujac zeby zabawki pozostaly w pomieszczeniu i mogly sluzyc wszystkim przez kolejne dni. Dzieciaki nie znaja francuskiego a ja nie znam bambara ale o dziwo to nie jest dla nas zadna przeszkoda i czasem mam wrazenie, ze mowimy sobie duzo wiecej niz to mozliwe przy uzyciu slow…

W poludnie rzucam haslo „Habana” to znaczy koniec a dzieci skrzetnie sprzataja zabawki, porzadkujac je wedlug przynaleznosci i wkladajac do pudelka. Kiedy wszystko jest sprawnie posprzatane zostaje jeszcze chwila czasu na wspolny taniec, zabawe w berka czy karuzele, ktora musze zrobic kazdemu dziecku. Potem dzieci biegna na obiad a ja ide do biura, gdzie znajduje moich wspolpracownikow-chrzescijan i muzulmanow, ktorzy opowiadaja mi o dzieciach z centrum, dziela sie swoimi historiami i tym czym zyja, wyjasniaja niektore malijskie zwyczaje oraz zadaja pytania dotyczace mojej osoby, religii, zycia w Polsce. Ten moment dnia przypomina mi, ze jestem tutaj dla wszystkich: malych, wiekszych i calkiem duzych i ze ja potrzebuje tych relacji niemniej niz oni. Dzisiaj zastaje tutaj moja kolezanke Diariyatu-mloda muzulmanke, ktora jako pierwsza zona poligamisty cierpi w tym momencie z powodu drugiego ozenku swojego meza. Jest tez Sambali-mlody muzulmanin, absolwent socjologii, tata malego chlopca, ktory zaczal wlasnie zabkowac…

Dzisiaj opuszczam Kanuya z historia Fatimaty w glowie, osmioletniej dziewczynki, ktora jest u nas od dwoch dni. Jej rodzice mieszkajacy w wiosce niedaleko Bamako przyslali ja do miasta, do jej ciotki, ktora obiecala, ze posle dziewczynke do szkoly w zamian za pomoc w obowiazkach domowych. Po przybyciu do domu ciotki dziewczynka byla traktowana jak niewolnica,byla maltretowana fizycznie i psychicznie, ciezko pracowala nie dostajac pozywienia i oczywiscie nie bylo mowy o zadnej szkole. Kiedy ciotka zorientowala sie, ze dziewczynka chodzi w czasie jej nieobecnosci jesc do sasiadow, probowala ja zrzucic ze schodow chcac ja zabic, przestraszona tym, ze prawda o znecaniu sie nad Fatimata moze wyjsc na jaw. Dziewczynke uratowala jedna z siasiadek, ktora wszystko widziala i zdazyla zlapac dziecko, po czym zadzwonila na policje a ta skierowala je do naszego centrum. Obecnie ustalany jest adres rodzicow Fatimaty, ktorzy prawdopodobnie nie wiedza o niczym i mysla, ze ich corka buduje sobie dobra przyszlosc zdobywajac edukacje w stolicy…

Po powrocie do domu jem pozostawiony dla mnie przez siostry posilek (dzisiaj kuskus z sosem i fasolka szparagowa), myje sie bo jestem nieludzko brudna i kladac sie na chwile zasypiam natychmiast by po pol godzinie obudzic sie z energia wystarczajaca na reszte popoludnia, ktore uplywa pod znakiem roznych spotkan, drobnych prac i obowiazkow wspolnotowych takich jak pranie czy zakup chleba…
Wieczor to czas przeznaczony dla wspolnoty, ktory rozpoczynamy modlitwa w naszej kaplicy z odglosami modlitwy muzulmanow w tle. W czasie kolacji jest okazja do tego, aby podzielic sie wrazeniami minionego dnia, ustalic to, co trzeba, zapytac o rade, rozsmieszyc sie nawzajem lub pomilczec na jakis temat.

Po posilku i zmyciu naczyn ogladamy wspolnie wiadomosci z kontynentu afrykanskiego na kanale TV5Monde a potem rozchodzimy sie kazda ze swoim bagazem przezyc tego dnia by jeszcze przed snem zobaczyc co darowal, co wzial… Wchodzac po schodach na pietro gdzie znajduje sie moj pokoj moge podziwiac oswietlona panorame Bamako i czuje, ze nie chcialabym byc w tym momencie w zadnym innym miejscu na swiecie… Dobranoc…

Iwona Cholewinska

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *