Wywiad z Klaudią i Mateuszem

 

O działalności w Fundacji AfricaMed, miłości do Tanzanii i chipsi mayai opowiadają  Klaudia Biesiada i Mateusz Maciąg – studenci medycyny, których urzekła Tanzania.

 

Czy możecie nam się przedstawić?

Klaudia: Nazywam się Klaudia Biesiada, jestem studentką VI roku medycyny UM w Lublinie. Pochodzę ze Staszowa.

Mateusz: Mam 24 lata, jestem studentem VI roku kierunku lekarskiego na UM w Lublinie. Pochodzę z Pawłowa w woj. świętokrzyskim.

Podczas wakacji udaliście się do Tanzanii. Czemu zdecydowaliście się na wyjazd właśnie tam?

Klaudia: O wyjeździe na wolontariat do Afryki myślałam od bardzo dawna, bo już od liceum. Sądziłam jednak, że uda mi się wyjechać dopiero po studiach. Kiedy byłam na czwartym roku, usłyszałam o Fundacji AfricaMed, która wspiera placówki medyczne w Afryce. Dołączyłam do Fundacji i po roku pracy i przygotowań udało mi się pojechać do szpitala w Tanzanii.

Mateusz: Wybraliśmy Tanzanię, ponieważ w tym państwie znajduje się szpital misyjny wspierany przez Fundację AfricaMed, do której należymy.

Czy spełniły się Wasze oczekiwania?

Klaudia: Jadąc do szpitala naszym najważniejszym celem było nauczyć personel korzystania
z KTG, aby zwiększyć szanse przeżycia noworodków i ułatwić  opiekę nad ciężarnymi kobietami. Jednak na miejscu okazało się, że nie wystarczy opowiedzieć, jak dany sprzęt działa, tylko potrzeba wiele czasu, aby zarówno pracownicy, jak i pacjenci przyzwyczaili się do nowych rzeczy, nie bali się ich używać. Tak więc plany były nieco większe niż to, co udało się zdziałać, jednak teraz, po powrocie, możemy, nauczeni doświadczeniem, lepiej planować naszą pomoc szpitalowi.

 

Jakie było Wasze pierwsze wrażenie po przybyciu do Tanzanii?

Klaudia: Że strasznie muszą boleć ich głowy od noszenia wszystkiego na nich!

Mateusz: Wszędzie rosną banany!

Na czym polegała Wasza praca w Tanzanii?

Klaudia: Do szpitala w Tanzanii przywieźliśmy bardzo dużo sprzętu medycznego. Od podstawowych rzeczy, jak stetoskopy i ciśnieniomierze, po aparat KTG. Przeprowadziliśmy kurs z lekarzami i położnymi z obsługi oraz interpretacji badania KTG. Codziennie towarzyszyliśmy lekarzom w ich pracy i pomagaliśmy w diagnostyce trudniejszych przypadków. Razem
z pielęgniarkami jeździliśmy na wizyty w wiosce, gdzie przeprowadzany był bilans i szczepienia dzieci.

Mateusz: Pracowaliśmy w szpitalu Rubya. Przeprowadziliśmy szkolenia dla lekarzy
i pielęgniarek z kardiotokografii. Braliśmy też udział w codziennej pracy szpitala, szukając razem z lekarzami diagnozy i pomagając w leczeniu.

Jakie trudności towarzyszyły Wam podczas tego pobytu?

Klaudia: Mimo że wolontariusze z naszej Fundacji, którzy byli już w tym szpitalu, opowiadali nam, jak tam jest, jednak osobiste doświadczenie tamtejszej biedy i bezsilności było naprawdę bardzo trudne. Najgorsze było to, kiedy ludzie nie mając już pieniędzy na kolejny dzień pobytu w szpitalu (w przeliczeniu na polską walutę to 2 zł), wypisywali się na własne żądanie, mimo że nie byli wyleczeni i nadal potrzebowali opieki lekarskiej. Najbardziej dotknął mnie przypadek 10- letniego chłopca z ropniem na nodze, który musiał codziennie mieć opracowywaną ranę
i dostawać antybiotyki. W szpitalu leżał od początku naszego pobytu. Pewnego dnia w czasie obchodu zauważyliśmy, że na jego miejscu leżało inne dziecko. Nie wiedzieliśmy, co się stało, bo poprzedniego dnia byliśmy w wiosce na szczepieniach dzieci. Okazało się, że ojciec zabrał chłopca, gdyż już nie miał z czego opłacać pobytu w szpitalu. Lekarze stwierdzili, że bez oczyszczenia rany i antybiotyków w najlepszym przypadku chłopiec straci nogę. Takich przypadków było mnóstwo.

Mateusz: Trudności w komunikacji z ludźmi spoza szpitala – nie znaliśmy wystarczająco dobrze języka swahili.

Czy pamiętacie jakąś szczególną osobę, której udało się Wam pomóc?

Mateusz: 13-letni chłopiec z zespołem Stevensa-Johnsona. Był w ciężkim stanie. Konsultując się ze specjalistami w Polsce, pomogliśmy dobrać leczenie w miarę dostępności leków obecnych
w szpitalu. Chłopak wyzdrowiał, miał sporo szczęścia, bo zespół ten bywa śmiertelny nawet
w najlepszych szpitalach w Polsce.

 

Czego nauczyliście się będąc w Tanzanii?

Klaudia: Dzięki temu, że mieszkaliśmy w domku takim samym jak personel szpitalny, na własnej skórze mogliśmy się przekonać, jak się żyje w Afryce. Nauczyłam się doceniać to, co
w Polsce wydaje mi się oczywistością, czyli bieżącą, ciepłą wodę, pralkę czy różnorodne, pełnowartościowe jedzenie. Obserwując jak żyją ludzie w wioskach, nauczyłam się być wdzięczną za to, co mam, za buty, dach nad głową, możliwość edukacji. Nauczyłam się mniej przejmować się jutrem. Oprócz ogromnego bogactwa duchowego przywiozłam też większe doświadczenie medyczne.

W Polsce badania laboratoryjne i obrazowe są powszechnie dostępne, coraz częściej więc właśnie na nich skupiamy uwagę, a badanie fizykalne i wywiad z pacjentem przeprowadza się pobieżnie. W Tanzanii, gdzie musieliśmy poważnie zastanowić się nad zleceniem każdego badania, gdyż wiązało się ono z dużymi kosztami dla pacjenta, na własnej skórze przekonałam się, że w pracy lekarza najważniejsze jest badanie fizykalne i rozmowa z pacjentem.

Mateusz: Że rzeczy dla nas oczywiste, niekoniecznie takie są w innych kulturach i na odwrót – Tanzańczycy czasem nie rozumieli naszych przyzwyczajeń i zachowań 🙂

Z czego cieszycie się najbardziej?

Klaudia: Cieszę się, że zdecydowałam się wyjechać jako studentka. Praca w szpitalu w Tanzanii nie różni się tylko tym, że jest mniej leków, sprzętu, a pacjenci sami płacą za pobyt, każdy lek i każde zlecone badanie. To zupełnie inna kultura, inne podejście do wielu spraw i trzeba to szanować.  Cieszę się, że kiedy będę jechała tam jako lekarz ze specjalizacją, wiele rzeczy nie będzie dla mnie już zaskoczeniem i dzięki temu będę mogła się lepiej przygotować do kolejnych wyjazdów.

Mateusz: Że nasze spostrzeżenia z pobytu w Tanzanii pomogą rozwinąć Fundację w dobrym kierunku.

Wasze ulubione danie z Tanzanii?

Klaudia: Mam dwa ulubione dania. Jedno z nich to sambusa, czyli smażone pierożki
z warzywami i mięsem. Są przepyszne, jednak jadłam je tylko dwa razy, gdyż w naszej wiosce niestety nie można było ich dostać. Drugie z dań to chipsi mayai. Jest to jakby połączenie frytek z omletem, brzmi dziwnie, ale smakuje naprawdę dobrze. To danie z kolei jadłam bardzo często, było sprzedawane w sąsiedniej wiosce.

Mateusz: Chipsi mayai – omlet z jajek i frytek, polany ostrym sosem, często posypany siekanymi warzywami.

Co odkryliście w Tanzanii jako jej piękno?

Klaudia: Piękne powitania. – Habari za asubuni? – Mzuri! Powitania w Tanzanii są cudowne, zamiast dzień dobry pyta się drugą osobę, jak jej mija dzień, a ona zawsze odpowiada – Mzuri, czyli dobrze, czasem odpowie  – Safi, czyli lepiej być nie może 🙂 i jak tu się nie uśmiechać i nie mieć pozytywnego nastawienia, kiedy się kilkanaście razy powtórzy, że wszystko jest dobrze.

Mateusz: Ogromna różnorodność natury i krajobrazów. Ciekawa roślinność, mnóstwo owoców i małpy skaczące po naszym domku. Bardzo serdeczni ludzie!

Czy macie jakieś dalsze plany związane z Afryką?

Klaudia: Oczywiście cały czas będziemy dalej działać w Fundacji, wróciliśmy z wieloma nowymi pomysłami. A do Afryki wrócimy, gdy będziemy już lekarzami, aby służyć naszą wiedzą
i umiejętnościami.

Mateusz: Myślimy o ponownym wyjeździe jako wolontariusze, ale raczej już jako lekarze
w trakcie specjalizacji. Wtedy będziemy w stanie więcej zrobić i będziemy mogli pracować samodzielnie, np. w miejscach, gdzie na co dzień nie ma lekarza.

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *