Wywiad z Agnieszką Klimek

Agnieszko, czy możesz nam się przedstawić?

Nazywam się Agnieszka Klimek. Mam 40 lat. Pochodzę z Południa Polski. Chociaż mieszkałam w wielu miejscach, to chyba łącznie najdłużej w Warszawie. Cieszę się, że miałam też możliwość wyjazdu na dwa lata do Ameryki Południowej jako misjonarka świecka – do Argentyny i Ekwadoru. Obecnie jestem na studiach doktoranckich z misjologii.

Agnieszko, jak odkrywałaś  swoje powołanie misyjne?

Są dwie wersje.  Mniej świadomie – w dzieciństwie, a bardziej świadomie około trzydziestki. To „mniej świadomie” było wtedy, gdy odkryłam, że „palma mi odbiła” . Kiedy jako mała dziewczynka siedziałam na balkonie w domu rodzinnym i zauważyłam, że na pięknych wzgórzach, wśród których mieszkałam, na horyzoncie jedno z drzew ma kształt palmy. Bardzo mi się spodobał ten widok – w pewnym sensie mnie przyciągał. Często później tam siadałam
i patrzyłam, bardzo chcąc wyjechać „do kraju z palmami”.

Bardziej świadomie – gdy szukałam swojej drogi i myślałam, gdzie w końcu jest moje miejsce. Akurat studiowałam wtedy teologię i tam poznałam Monikę, która przeznaczyła rok ze swojego życia na pracę w wolontariacie w Ugandzie. Chłonęłam jej opowieści. I co najbardziej mi się podobało – ona wyjechała na placówkę misyjną jako osoba świecka i także mogła swoją pracą
i postawą świadczyć o Bogu. Była bardzo energiczna, radosna i tym się dzieliła – opowiadała też, ile otrzymała od ludzi, pośród których mieszkała przez rok, ile ją nauczyli. Często sami mieli niewiele, ale ich człowieczeństwo było przebogate. To była naprawdę piękna wymiana darów.
W jej postawie nie było poczucia wyższości, przeświadczenia, że jest bohaterką, „bo się poświęciła” i wyjechała. Wiedziała, ile otrzymała i podziwiała tamtych ludzi. To było coś, co mi bardzo zaimponowało i chciałam tak właśnie podchodzić do sprawy misji i też tego doświadczyć. Ale musiałam przejść jeszcze kilka zakrętów, aby się ustabilizować i móc wyjechać. Były też poważne problemy zdrowotne –konieczna była diagnostyka i leczenie, bo to jest warunek wyjazdu.

Pełniłaś  posługę misyjną w Ekwadorze. Czemu właśnie Ekwador?

Bo akurat tam była potrzeba . Najpierw przebywałam w Argentynie, ale gdy siostra, która mnie zaprosiła do współpracy, wyjechała do Polski, również musiałam wyjechać. Szukałam innej placówki, gdzie mogłabym się przydać. Z wykształcenia jestem nauczycielką religii, więc szukałam miejsca, w którym ktoś potrzebowałby pomocy w pracy pastoralnej w parafii, wśród polskich misjonarzy. W ten sposób nawiązałam kontakt z ks. proboszczem  (franciszkaninem)
z rejonu Amazonii w Ekwadorze.

Jakie były twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe do Ekwadoru?

Że wody to tu nie brakuje! Zwykle jest pochmurno i bardzo często mocno pada deszcz. Ale jest ciepło. Czasem są dwa dni słoneczne, ale wtedy… więcej pada… Kiedyś był tydzień bez deszczu – tylko słońce. Mieszkańcy chodzili zmartwieni, kręcąc głową – „to zmiana klimatu” –  takie to było dla nich niezwykłe. Piękna przyroda, którą obserwowałam, gdy płynęliśmy łodziami do wiosek, ma w sobie tyle harmonii, spokoju, ale i grozy. Podczas mojego pobytu  w różnym czasie utonęło 8 osób. Nie jest to łatwy klimat – bywa depresyjny; a i uprawiać można nie aż tak wiele, bo za wilgotno i za mało słońca.

 Jakie jest oblicze Kościoła w Ekwadorze?

Bardziej zróżnicowane niż w Polsce. W stolicy Ekwadoru i większych miastach jest dostęp do posługi kapłanów, do sakramentów. Ludzie, jeśli chcą, mogą wiele dowiedzieć się o Bogu, należeć do wspólnot przy parafii.

W dżungli Mszę Indianie mają co jakiś czas, gdyż księża nie są w stanie objąć posługą duszpasterską tak dużego terenu. W naszej parafii – największej w wikariacie –  mieliśmy 30 wiosek i miasteczko. W miasteczku Msza była zwykle codziennie, w jednym miejscu dwa razy
w tygodniu, w 2 innych raz na tydzień, a w pozostałych zwykle raz na miesiąc. Jest też problem
z formacją katechetów parafialnych – ludzi chętnych, by przygotowywać dzieci do sakramentów, ale często mających bardzo małą wiedzę religijną. To nie są warunki, w których ludzie mogą naprawdę rozwinąć życie duchowe… Możecie zobaczyć, ilu kapłanów ma każda diecezja w Polsce… W wikariacie, gdzie pracowałam, było ich 34; a i katechetów odpowiednio przygotowanych niewystarczająca liczba.

To też powoduje, że ludzie, pragnąc religijnego życia, ale nie mając wystarczającej wiedzy
i opieki ze strony Kościoła, tworzą nowe grupy religijne (niekiedy nazywane sektami) -zakładane przez ludzi, którzy na bazie Pisma Świętego budują swoją naukę. Biorą
z katolicyzmu czy protestantyzmu, co im pasuje, ale fragmenty Biblii, których nie chcą uznać, traktują tak jakby o nich nie słyszeli
i jakby ich nie obowiązywały. W pewnej osadzie prawie wszyscy mieszkańcy należeli do takiej grupy – była tam tylko jedna naprawdę katolicka rodzina. W innych wioskach więcej czy mniej osób chodziło na spotkania sekt.
W religijności Ekwadorczyków jest duża emocjonalność i czasem na niej się kończy – u wielu osób widziałam brak wytrwałości w praktykach religijnych, w czytaniu Pisma Świętego czy
w  modlitwie. Myślę, że częściowo wynika to z braku wystarczającej katechezy, dzięki której można poznać piękno i głębię wiary, z braku możliwości wprowadzenia w życie modlitwy – często nie było nawet miejsc do tego przeznaczonych, ale spotykaliśmy się w domu zebrań wspólnoty. Żeby wymagać od kogoś, najpierw trzeba stworzyć do tego warunki i pokazać, że warto podjąć ten trud, o który prosimy i stworzyć przestrzeń spotkania z Bogiem.

 Czy wiara w Boga pomogła ci w pracy misyjnej?

Bez wiary w Boga nie ma pracy misyjnej!!!  Wiele osób jeździ przecież pomagać w bardzo owocnych, ważnych akcjach humanitarnych i czyni to bez wiary. Kiedy jednak mówimy o misji ewangelizacyjnej, to jej istotą jest wiara. Chociaż moja wiara z pewnością jest jeszcze słaba
i  trzeba by ją rozwinąć (chociaż może jest nawet połówka ziarnka gorczycy  ), to ona nadawała sens temu, co robię – bo jak tu mówić o Bogu, jeśli nie wierzyłabym w to, co mówię? Nie lubię jak ktoś mi „kity wciska”, więc ja ich nie wciskam innym. Wiem, że wiara w Boga uratowała sens mojego życia, gdy zdarzały się rzeczy bardzo dla mnie trudne i niezrozumiałe jeszcze przed misjami, ale też podczas wielu trudnych sytuacji na misjach czy kiedy doskwierała mi bardzo samotność. Wiara też pomagała ufać w Opatrzność Boga, że On się o mnie zatroszczy, skoro nie szukam swojego interesu. Oczywiście swoją część trzeba zrobić, ale wydarzenia zewnętrzne od nas nie zależą – tu już On musi zadziałać. I działa… po swojemu… i w swoim czasie.

Co urzekło cię w tamtejszej kulturze, ludziach, a co było wyzwaniem?

Urzekła mnie troska tamtych ludzi – poczucie wspólnoty, ufność, jeśli kogoś zaakceptują jako swojego przyjaciela. Radość i o wiele większy dystans do wielu spraw niż w Europie. Nie widziałam tam takiego pośpiechu jak w Europie – szczególnie u Indian Shuar.
Z kolei wyzwaniem było nie dać się ponieść emocjom, gdy kolejny raz przez niektórych ludzi byłam potraktowana jako „bank” od pożyczania czy dawania rzeczy materialnych. Niestety tego nauczył poprzedni wieloletni misjonarz z bogatszego niż Polska kraju – inwestował tam ogromne sumy, budował i w końcu europejski misjonarz chyba bardziej niż z posługą duchową zaczął im się kojarzyć z pomocą materialną. Czasem wręcz niektórzy chcieli naciągać
i oszukiwać („mam chore dziecko” – po sprawdzeniu okazywało się, że jednak nie…). Czasem warto i trzeba pomóc, ale mądrze, rozeznając sytuację. Ogromnym wyzwaniem albo raczej bólem było wielokrotne poczucie bezradności wobec problemów tamtych ludzi – najpierw tych bytowych. Pracowałam wśród Meztisos, plemienia Saraguros i plemienia Shuar (ci ostatni są tubylcami z dżungli i najuboższymi ludźmi). Trudno było patrzeć, jak nawet między samymi tamtejszymi ludźmi liczyło się, kto z jakiego jest plemienia – tych z Shuar najczęściej uznawano za najgorszych. Trudno było patrzeć na wyzysk ludzi w kopalniach złota, na których bogacą się zagraniczne koncerny. A ci nieliczni (wyzyskiwani!) biedni, którzy mieli pracę i tak uważali się za szczęściarzy… By wyrwać się z biedy, rodzice z dżungli wysyłali dzieci i młodzież na edukację do miasteczka, na stancję, na której spali po kilkoro w jednym pokoju, skromnie jedli. Byli oddzieleni od rodziny, bo rzadko wracali do wiosek – bilety autobusowe są zbyt drogie. Niestety wielu młodych schodziło na złe drogi, np. rozpijało się. Inicjacja seksualna zaczynała się
w bardzo młodym wieku i było też wiele bardzo młodych mam. Sporo dziewczyn miało za sobą aborcję lub stale stosowało antykoncepcję (z dużą zapadalnością na depresję z powodu zaburzeń hormonalnych – przy tym klimacie o to łatwo). Tą młodzieżą nikt się nie zajmował. Brakowało tam internatu – rzucałam takie hasło w parafii, ale … nie było warunków do realizacji. Tak, najbardziej było mi żal młodych bez przyszłości, którzy podejmując złe wybory
z powodu braku opieki, będą kiedyś ponosić tego konsekwencje. Część młodzieży przystępowała do bierzmowania chyba bardziej dlatego, że trzeba, niż naprawdę miała takie pragnienie. Jednorazowe rozmowy to za mało, należałoby stworzyć cały system wychowawczy na tym terenie.

Czego się nauczyłaś podczas pracy na misji?

Na pewno większej otwartości i serdeczności. Uważniejszego słuchania. Wielu ciekawych rzeczy o innych kulturach i tego, że mogę dodać tylko małą kropelkę wobec morza potrzeb, ale warto ją dawać.
Nauczyłam się też, że Kościół może być wspólnotą otwartą i pokorną, świeccy członkowie parafii mogą wiele wnosić w jej działanie, szczególnie katecheci w wioskach, i decydować wspólnie z księżmi, a nie tylko realizować ich plany.

Co to znaczy być misjonarzem?

Można być misjonarzem w sercu (jak np. św. Teresa od Dzieciątka Jezus) i misjonarzem, który wyjeżdża  (jak np. św. Jan Beyzym). Każdy powinien znaleźć swoją formę zaangażowania w misje – bo misje to nie dodatek – Kościół jest z natury misyjny, a my od chwili chrztu mamy misyjne zobowiązania. Trochę za mało się o tym mówi. Dodam jeszcze, że coraz bardziej obecna jest myśl, że istnieje jedna misja Kościoła, ale w zależności od warunków przybiera ona postać:
– misji ad gentes (skierowanej do narodów nie znających Chrystusa);
– nowej ewangelizacji (w krajach, gdzie Ewangelia była znana, ale ludzie odeszli od niej);
– duszpasterstwa zwykłego (co ma miejsce w naszym kraju).
Jednakże skupiając się zbytnio na ostatnim, nie możemy zaniedbać dwóch pierwszych – bo tamci ludzie mają o wiele mniej możliwości spotkania Boga niż my.

Być misjonarzem to znaczy być POSŁANYM – przez Boga za pośrednictwem przedstawicieli Kościoła. W przypadku księdza diecezjalnego czy misjonarza świeckiego posyła biskup diecezjalny do biskupa misyjnego (jest to zapisane w tzw. kontrakcie misyjnym). W przypadku zgromadzeń zakonnych posyła przełożona czy przełożony generalny do biskupa misyjnego.

Na misjach realizuje się projekty ewangelizacyjne, charytatywne, edukacyjne i medyczne, ale cokolwiek się robi, trzeba to robić w duchu Ewangelii. Cóż by to była za misjonarka Jezusa, która niosąc pomoc medyczną ludziom, sama żyłaby latami w grzechach ciężkich i nie miała czasu na modlitwę?  Misjonarz to ten, który jest posłany z orędziem o Bogu i ma o Nim mówić słowem
i życiem – zgodnie z nauką Kościoła, a nie w oparciu o swoje poglądy. Tak przynajmniej powinno być…

 

Agnieszko, czego możemy ci  życzyć?

Teraz pewnie dokończenia studiów i obrony doktoratu, a później znalezienia miejsca posługi,
w którym Bóg by mnie chciał widzieć.

 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *