S. Heidi Arnegger

W czasie ostatnich rekolekcji odprawianych przeze mnie w Częstochowie zaproponowano nam kontemplację fragmentu Ewangelii o powołaniu uczniów.
Polegała ona na znalezieniu w naszej osobistej historii osób, które tak jak „Andrzej” z fragmentu Jn.1,40 pokazali nam Jezusa.
Zastanawiając się w czasie tego ćwiczenia, kto odegrał w mojej historii rolę Andrzeja, znalazłam wiele osób. Najpierw to byli rodzice, następnie nauczyciele, księża i przyjaciele. Mój ojciec z wielką pasją prowadził gospodarstwo a ja z braćmi i siostrami pomagaliśmy mu w tym, zgodnie z naszymi możliwościami i naszym wiekiem. Przykład ojca, zaangażowanego w parafii i gminie miał na pewno wpływ na moją ciekawość świata. Pamiętam też, że sprawa misji w Afryce była ciągle obecna, ponieważ tata płacił regularnie jakąś kwotę na formację kleryków w Afryce. W parafii słyszałam często modlitwy o powołania, ponieważ od 100 lat nie było żadnego.
Długo próbowałam zapomnieć to pierwsze wzruszenie, jakie poczułam, kiedy jakiś misjonarz z Indii prowadził u nas w szkole katechezę. Przecież miałam wtedy zaledwie 12 lat. Jednego dnia znalazłam w domu czasopismo wydane przez Ojców Białych w Trewirze. Był tam artykuł o Siostrach Białych. Przeczytałam go, lecz znowu „zapomniałam”, ponieważ poznałam chłopaka i to było bardziej fascynujące. Odbywałam wówczas trzyletnią formację z zakresu przygotowania do życia w gospodarstwie rolniczym a w jej ramach pracowałam przez dwa lata w jednej rodzinie protestanckiej mieszkającej w sąsiedniej parafii. To właśnie tam usłyszałam świadectwo afrykańskiego księdza. Od tego czasu nie było takiego, dnia, kiedy, nie myślałabym o wezwaniu, które słyszałam w sercu coraz wyraźniej. Należałam do grupy katolickiej młodzieży i tam również sprawa powołań była ciągle poruszana. Po dwóch latach, kiedy miałam 23 lata, zdobyłam się w końcu na odwagę i napisałam list do Sióstr Białych z pytaniem o warunki przyjęcia do klasztoru… Jeszcze w tym samym roku rodzice towarzyszyli mi samochodem do Trewiru położonego ok. 300 km od nas. Przy spotkaniu z pierwszą siostrą poczułam ulgę i miałam przekonanie, że moje miejsce jest wśród nich. Następnego dnia rano przy pożegnaniu z rodzicami mama powiedziała: „Wiesz, jeżeli nie spodoba ci się to życie, zawsze możesz wrócić do domu”. Formację zakonną rozpoczęłam wraz z trzema innymi postulantkami i wielkim pokojem w sercu. Po pół roku, na rozpoczęcie nowicjatu do Trewiru przyjechali moi rodzice z rodzeństwem i delegacją z parafii. To była dla mnie wielka radość zobaczyć tych, którzy mnie wspierali modlitwą.
Dwa lata późnej przeżyłyśmy pierwsze zmiany liturgiczne i zakonne wprowadzone po Soborze Watykańskim II. W klasztorze ciągle miałyśmy nauczanie, aby dobrze zrozumieć te zmiany i pogłębiać nieustannie naszą wiarę i powołanie. Takim „Andrzejem” była dla mnie wówczas mistrzyni, która powtarzała: „Najważniejsze jest to aby pamiętać, gdzie jest Źródło naszego powołania i aby każdego dnia mówić „tak” Temu, który was zaprasza, aby iść za Nim”.
Potem nadszedł czas wyjazdu do Francji, aby uczyć się języka. Pierwszy poważny szok w zetknięciu z inną kulturą zrodził we mnie wątpliwość czy naprawdę nadaję się do tego, aby wyjechać do Afryki. Na początku nie potrafiłam wyobrazić sobie Bożego Narodzenia celebrowanego w inny sposób niż ten, w jaki robiliśmy to w Niemczech. Wówczas inny „Andrzej” zadając mi pytanie, co jest naprawdę ważne w obchodach Bożego Narodzenia uświadomił mi, że najważniejsza jest radość, że Bóg stał się Człowiekiem! Pomógł mi wówczas docenić inny sposób świętowania i otworzyć się na coś nowego.
W roku 1972 odpłynęłam statkiem do Algierii gdzie zaproponowano mi pracę z siostrami Dobrego Pasterza. Odwiedzałam z jedną siostrą nieletnie dziewczyny w więzieniu. Szukałyśmy ich rodzin, proponowałyśmy im praktyczne zajęcia tak jak szycie, haftowanie albo wyroby wykonane metodą „makrame”. Tutaj wielu „Andrzejów” stanęło na mojej drodze, pomagając mi odkryć sercem bogactwo i problemy kultury muzułmańskiej. Musiałam zrezygnować z różnych stereotypów i uprzedzeń. Bardzo wzruszyło mnie świadectwo jednej kobiety po zakończeniu Ramadanu, która mi powiedziała: „Po 15 latach kłótni z moją siostrą mogłam jej przebaczyć i prosić o przebaczenie i to Bóg dał mi tę siłę!”. Żyjąc w tym kraju i pracując z tymi ludźmi codziennie odkrywałam tę prawdę, że my chrześcijanie możemy doceniać ich religię i jednocześnie pogłębiać naszą tożsamość i wiarę.
Pewnego dnia, już po latach, kiedy dobrze rozumiałam ich język, ja sama mogłam być ‚Andrzejem” dla koleżanki z Domu Dziecka. Młoda Salima, mająca 17 lat, zapytała mnie czy to dobry pomysł, aby zaakceptować propozycję od kolegi jej brata. Chodziło o wyjazd do jakiegoś miasta w Niemczech, aby tam studiować i pracować. Salima była ładna i miała za sobą tylko cztery lata edukacji. Od razu zapaliło mi się czerwone światło czy to nie jest próba wywiezienia jej z kraju w celu prostytucji. Zapytałam ją czy chciałaby robić coś takiego. „Nie, absolutnie nie! – odpowiedziała – nie myślałam, że coś takiego istnieje w twoim kraju”. Salima nigdzie nie wyjechała… W krajach muzułmańskich nazywamy to „dialog w życiu” z ludźmi z naszego otoczenia. Podziękowałam za to Bogu!
Po 10 latach życia w Algierii pojawiło się nowe wyzwanie – tym razem bardzo dla mnie nieoczekiwane. Zgromadzenie miało zamiar otworzyć wspólnotę w Polsce. Był to rok 1990, 25 lat od moich pierwszych ślubów zakonnych. Przed wyjazdem do Polski pracowałam rok w domu formacyjnym w Bukavu (Kongo). Tam miałam okazję poznać wielu rodzimych chrześcijan z tego kraju i obserwować żywe zaangażowanie wspólnot parafialnych.
Po roku, razem z siostrą Dolores z Kanady wyruszyłyśmy z Belgii pociągiem do Lublina, gdzie miałyśmy przygotowane przez Ojców Białych miejsce, najpierw w męskim a następnie w żeńskim akademiku KUL. Rozpoczęłyśmy kurs języka polskiego i czasami wyjeżdżałyśmy z jednym z misjonarzy na animację misyjną do różnych parafii. Pomogło nam to zaadaptować się w nowym kraju i przyjąć nowe obyczaje. Kilkakrotnie w czasie naszego pobytu zmieniałyśmy miejsce naszego zamieszkania aż w końcu kupiłyśmy i wyremontowałyśmy jeden z domów na Sławinku. W tym domu mieszkamy i spotykamy się z młodzieżą, której opowiadamy o Afryce. Najważniejsze jest jednak to, że ten dom jest miejscem, gdzie „rodzą” się nowe misjonarki, które zasilają grono sióstr już pracujących w Afryce. Jest to dla mnie powód do wdzięczności Bogu za dar powołania mojego i innych i za wszystkich Andrzejów w moim życiu. Proszę Go nieustannie, aby przysyłał do nas kobiety gotowe zostać misjonarkami Afryki i głosić Dobrą Nowinę aż po krańce ziemi…
                                s. Heidi Arnegger Siostry Białe Misjonarki Afryki

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *