Alicja Toton

 Nazywam się Alicja Toton.Jestem lekarzem. Mieszkam i pracuję w Krakowie.
Dokładnie dwa lata temu Pan Bóg spełnił jedno z moich największych marzeń –  wraz  z koleżanką początkiem grudnia 2008 roku wylądowałyśmy na lotnisku w Bangui –  stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, jednego z najuboższych krajów świata.
  W sango – języku urzędowym –  jego  nazwa brzmi trochę poetycko – „Serce Afryki” –  Beafrica.  Jak więc przystało na serce – jest gorące i tętni życiem- ale jakże to życie  jest inne od naszego!  W tym tak mało znanym kraju więcej niż  połowa ludności nie umie czytać i pisać i nie ma dostępu do wody pitnej. Rzadko spotyka się tam staruszków, bo średnia wieku to niecałe 45 lat.  Ponad 70 % ludności utrzymuje się z bardzo prymitywnego rolnictwa, a na terenie dwukrotnie większym od Polski jest tylko kilkaset kilometrów asfaltowych dróg. ..
Zanurzyłyśmy się więc na sześć miesięcy w ten zupełnie inny, tropikalny świat, często zachwycający swym pięknem, prostotą i  radością,  ale nierzadko też  przerażający zasadami, które w nim panują. Świat, w którym przyczyną choroby jest zły czar, kobieta bezpłodna nie ma wartości, gdzie największą uroczystością w rodzinie jest pogrzeb, a bieda atakuje wszystkie sfery życia, świat w którym dzieci nadal nie mają głosu i umierają z głodu…
Wyjechałyśmy z ramienia diecezji tarnowskiej, która ze środków zebranych przez „Kolędników Misyjnych” wybudowała we wiosce Bagandou położonej w środku dżungli mały szpital.  Z braku personelu medycznego na dłuższy czas był on  zamknięty, na krótko przed naszym przyjazdem ponownie rozpoczął swą działalność. Poza Polakami (dyrektorka szpitala, położna i my dwie jako lekarki) pracował tam też miejscowy chirurg oraz pielęgniarze. Z personelu miejscowego jedynie nasz chirurg mający tytuł technika chirurgii (nie lekarza!) oraz położna po dwóch latach szkoły mieli jakiekolwiek wykształcenie medyczne, niektórzy z pielęgniarzy ukończyli jedynie kilka klas szkoły podstawowej.  Dlatego też jednym z naszych podstawowych zadań było prowadzenie tzw. formacji –  czyli po prostu krótkich lekcji prostej anatomii, higieny i  podstaw rozpoznawania i leczenia najczęstszych chorób. Nie było to łatwe, także ze względu na nasz słaby francuski, ale radością i mobilizacją był dla nas fakt, że oni bardzo chcieli się uczyć. Nie mieli właściwie żadnego dostępu do literatury medycznej, nawet jeśli coś znaleźli to niewiele potrafili zrozumieć, dlatego wykładów słuchali bardzo uważnie i byli za nie bardzo wdzięczni.
Szpital liczył wówczas około 20 łóżek, ale chorych w nim przebywających czasem było dużo więcej –  dzieci leżały po dwoje na łóżkach, a dorośli po prostu na ziemi.  To miejsce jest jedyną szansą na leczenie dla Pigmejów, licznie zamieszkujących okolicę Bagandou. Ośrodki państwowe nie przyjmują ich, są  zbyt biedni żeby za leczenie zapłacić. To grupa dość specyficzna, ludzie lasu, ubodzy  i bardzo pogardzani przez inne plemiona. Mieszkają w szałasach zbudowanych z liści, ubierają się dość skąpo, żywią tym co uda się znaleźć w dżungli. Pigmej nie zna daty swojego urodzenia, a wiek swojego dziecka liczy w „sezonach na gąsienice” – raz do roku bowiem ma miejsce zbiór gąsienic –  tutejszego przysmaku.  Niektórzy więc  żeby dostać się do naszego szpitala pokonywali kilkadziesiąt kilometrów pieszo. Pigmeje leczeni są za symboliczna kwotę 100 CFA (kilkadziesiąt groszy) ale często nie mieli nawet jednego pieniążka –  dlatego zapłata przybierała  formę  drewna na opał bądź liści manioku. Niezwykły dla mnie było to zetknięcie się z tymi ludźmi –  tak prostymi i pokornymi. Często nie potrafili wyjść z gabinetu lekarskiego bo klamka to dla nich wynalazek nieznany. Pozostają  ciągle jeszcze ludem bardzo tajemniczym, nawet doświadczeni misjonarze nie znają dobrze ich zwyczajów i wierzeń. Wynika to po części z ich trudnego języka, ale przede wszystkim chyba z nieufności Pigmejów do białego człowieka, do jego kultury.
Ważną częścią naszej pracy w szpitalu była opieka nad dziećmi niedożywionymi. Plagą tamtejszego regionu jest choroba głodowa najmłodszych –  mimo, że ziemia jest żyzna, dieta  jest tak uboga w białko, że bardzo często po odstawieniu od piersi małe dziecko nie ma szans na przetrwanie. Stopniowo odbarwiają się jego włosy, pojawiają się obrzęki, duży brzuszek, rany na skórze. Traci chęć do zabawy, nie ma apetytu.  Dopiero po kilku dniach ostrożnego karmienia odpowiednio przygotowanym mlekiem zaczyna znów się uśmiechać i nabierać chęci do życia. Taka „rehabilitacja” trwa nieraz długo i matki nie chcą spędzać tyle czasu w szpitalu. W domu na mleko dla jednego malucha czyha jednak starsze rodzeństwo, czasem matka nie umie mu go dobrze przygotować –  w rezultacie nierzadko dzieci te  wracają ponownie z objawami ciężkiego niedożywienia. Trudne było dla mnie to uczucie bezsilności, czasem bezsilnego gniewu –  bywało, że matki sprzedawały na rynku mleko podarowane im dla dzieci w szpitalu. Miałam wrażenie, że niektórzy rodzice zupełnie zobojętnieli na cierpienie swoich dzieci, że nie zależy im na tym aby je leczyć czy lepiej odżywiać. Sytuacji trudnych było w szpitalu bardzo wiele –  poczucie bezradności towarzyszyło nam niemal codziennie –  brakowało nam leków, sprzętu, możliwości wykonywania nawet prostych badań. Ze względów finansowych i organizacyjnych praktycznie niemożliwe było przekazanie kogokolwiek do większego szpitala czy specjalisty. Jednocześnie miałyśmy świadomość, że już dzięki tym prostym środkom  udaje się uratować życie wielu młodszych i starszych pacjentów.
    Pracowałyśmy i mieszkałyśmy przy misji katolickiej prowadzonej przez polskiego księdza i możliwość poznania  tamtejszego kościoła z tak bliska sprawiała nam ogromną radość. W naszej wiosce  liczącej sobie ok. 4 tysiące mieszkańców  poza katolickim kościołem mieściło się  jeszcze aż 9 innych świątyń różnych wyznań –  katolików było więc ok. 10 procent.  RŚA jest krajem pierwotnej ewangelizacji, ciągle bardzo wiele osób w ogóle nie słyszało o Jezusie Chrystusie mimo obecności misjonarzy od ponad 100 lat. Tak bardzo trudno zmienić  tutejsze przekonania i wierzenia które pielęgnowali przodkowie. A przekonałyśmy się, że są  one źródłem ogromnego lęku, skłaniają do rzucania  fałszywych oskarżeń i wzajemnego zabijania się. Republika Środkowoafrykańska jest  krajem w którym więzienia pełne są ludzi oskarżonych o czary! Dobra Nowina dociera powoli jednak i do systemu sądownictwa –  jeden z wysoko postawionych sędziów –  chrześcijanin –  z narażeniem życia codziennie walczy aby zniesione zostało prawo skazujące człowieka z tak absurdalne przewinienie.
W kościele w RŚA nabożeństwa odprawiane są najczęściej w najpopularniejszym w tym kraju języku czyli w sango. Z jednej strony jest on bardzo prosty –  słowa krótkie, często jednosylabowe – tak jakby tworzyło go dziecko. Ma – to słuchać, ba to widzieć,  ijo ijo –  to szybko,  kutu kutu  –  samochód, a baba na jaju – to po prostu ojciec w niebie… Z drugiej strony trzeba się nieźle nagimnastykować żeby wytłumaczyć bardziej skomplikowane teologiczne treści za pomocą tak ubogiego słownika.
Bardzo lubię modlitwy w sango- są piękne właśnie przez swoja prostotę.  Mo yeke nde – jesteś inny –  to śpiew zamiast Święty święty….A na początku Mszy Świętej –  niech Pan przyjdzie do Waszych serc –  Do twojego serca też…I ciągle chodzą mi jeszcze po głowie radosne pieśni z liturgii –  Idźcie szybko, powiedzcie ludziom, Pan Jezus zmartwychwstał!  

    Moja tęsknota za Afryką po powrocie była tak silna, że w tym roku wybrałam się po raz kolejny, tylko na 6 tygodni – ale radość moja z ponownego postawienia stopy na czerwonej ziemi była ogromna!  I mimo zmęczenia i masy problemów czekających na mnie w szpitalu byłam szczęśliwa, że znowu mogę tam być. Jestem ogromnie wdzięczna Panu Bogu, że pozwolił mi zrealizować to marzenie, które od dziecka nosiłam w swoim sercu. Za to, że mimo całej góry moich lęków poprowadził tak wspaniale, że przygotował dla nas tak niesamowite miejsce. Za to że spotkałyśmy tak niezwykle życzliwych misjonarzy, którzy z wielką cierpliwością wprowadzali nas w tajniki życia na skraju afrykańskiej dżungli, w każdym momencie gotowi nam pomóc.
Za całe to afrykańskie doświadczenie, za dobro, którego doświadczyłam –  Chwała Panu!
Alicja Toton

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *