Praca i wypoczynek wolontariuszy w Tanzanii

Korespondencja misyjna

Czas stażu misyjnego w Tanzanii płynie wolontariuszom z Centrum Duszpasterstwa Młodzieży szybko i pracowicie. Nauczanie dzieci w szkole, odwiedziny u chorych – a w nielicznych chwilach wolnych, zwiedzanie i podziwianie piękna Afryki. Dziś opis podróży do Morogoro i wizyty u podopiecznych Sióstr Białych, autorstwa Mateusza Żuławskiego i Justyny Majcher

Morogoro leży ok. 200 km od Dar es Salaam. Jedzie się tam z największego w mieście dworca autobusowego – Ubungo. Stąd pojazdy rozjeżdżają się po całym kraju, jak również do przygranicznych państw – Zambii, Kenii, Ugandy. Do Ubungo można dojechać wieloma daladala, np. Ubungo-Msasani. Już wysiadając z daladala Mzungu zostaje otoczony przez całą masę naganiaczy, proponujących różne kierunki podróży. Są to przedstawiciele linii autobusowych, ich zadaniem jest znalezienie klienta, zaprowadzenie go do właściwego okienka biletowego oraz doprowadzenie do samego autobusu. Jako że nie mieliśmy żadnej upatrzonej uprzednio firmy, zgodziliśmy się na pierwszą propozycję, Islam Bus. Bilet kosztował 5 tys. szylingów tanzańskich. Wypisywany jest ręcznie i trzeba go pokazać, żeby zostać wpuszczonym na teren dworca. Potem nikt go już nie sprawdzał. Autobus odjeżdża wtedy, gdy się zapełni, nigdy wcześniej – rozkładu jazdy oczywiście nie ma.

Oprócz kierowców, naganiaczy i pasażerów, ruch dworcowy tworzy również spora liczba ulicznych sprzedawców. Chodzą oni wokół autobusów z rękami wyciągniętymi wysoko w górę, usiłując sprzedać to, co mają. Wybór jest spory: klapki, t-shirty, gazety, orzeszki, ciastka, napoje… Nie trzeba się ruszać z miejsca, żeby coś kupić, bo to sklep przychodzi do klienta. Tak samo jest w miejscach, gdzie autobus zatrzymuje się, aby wysadzić pasażerów i zabrać nowych. Kiedy tylko nadjeżdża pojazd, kilkunastu handlarzy biegnie za nim, aby jak najszybciej znaleźć się przy oknach. Potem błagalnym wzrokiem i głośnymi okrzykami starają się zdobyć klientów. Oni z tego żyją, pracują tak całymi dniami. Nigdy jednak nie mogą przewidzieć wysokości dziennego zarobku. I chociaż taka praca nie jest tak ciężka jak praca w polu, to nie pozwala jednak na nic więcej niż na życie z dnia na dzień. Postanowiłem, że w drodze powrotnej coś kupię, żeby dać im zarobić. I kupiłem m.in. kiść 20 bananów za równowartość 4 zł. Owoców jest tu mnóstwo, dlatego są tanie.

Widoki po drodze do Morogoro są przepiękne. Często widać gliniane chatki otoczone plantacjami bananów. To nie skansen, tylko realne życie. W środku nie ma światła ani bieżącej wody, ale ludzie sobie doskonale radzą, jeśli tylko jest co jeść. Gdzieniegdzie widać pasące się stada krów. Po drodze mijaliśmy kilka małych miasteczek, które stanowią jeden spory targ, tłumnie odwiedzany przez wszystkich mieszkańców. Najlepsze było jednak dopiero przed nami – natura. Pasma górskie pojawiają się kilkanaście kilometrów przed Morogoro. Miasto jest otoczone górami Uluguru. Na dworcu można podziwiać góry z każdej strony. Teoretycznie, bo w praktyce utrudniają to taksówkarze, dosyć głośno zachęcający do skorzystania z ich usług. Trzeba albo iść przed siebie i odpowiadać: Sihitaji, asante (nie potrzebuję, dzięki), albo skorzystać. My tym razem odstąpiliśmy od reguły chodzenia na piechotę i wzięliśmy taksówkę na Kola Hill, do ojców Salwatorianów. Po 20 minutach dotarliśmy przed bramę ?Salvatorian Institute of Philosophy and Theology?, gdzie zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci. Mogliśmy porozmawiać po polsku, gdyż pracuje tu dwóch księży Polaków i jedna siostra. Po posiłku ksiądz Marek podwiózł nas pod ścieżkę prowadzącą w góry. Stoi tam też kościół, który rok temu został zamknięty przez władze. Ma to związek z polityką władz – coraz częściej pojawiają się wiadomości, że prezydent Kikwete chce zapisać w konstytucji, że Tanzania jest państwem islamskim.

Później wspięliśmy się na górę i zjedliśmy obiad w przydrożnej restauracji. Ziemia miała przepiękny czerwony kolor. Kiedyś oglądałem ten kolor na zdjęciach z Afryki, teraz mogę tej ziemi dotknąć. Na zboczu góry było sporo plantacji bananów. Kiście owoców przykryte potężnymi liśćmi. W Europie importowany banan może leżeć na oknie kilka dni i nie zepsuje się, bo nafaszerowany jest środkami konserwującymi. Tutaj trzeba go jeść po jednym dniu, ale smak jest doskonały.

W niedzielę rano po śniadaniu i Mszy w kaplicy zapakowaliśmy się w drogę powrotną, wcześniej jednak ks. Marek obwiózł nas trochę po mieście, pokazując Morogoro. Krótki czas tam spędzony wystarczył, bym mógł powiedzieć, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem – doskonałe na odpoczynek po hałaśliwym Dar es Salaam.

Mateusz Żuławski

Wyjazd jest bardzo owocny, czas mija szybko. Mój dzień zaczyna się o 5.00, wracam do Mikocheni po 18.00, prosto na modlitwy i kolację, potem rozmowy z siostrami, zmywanie, do pokoju dochodzę ok. 20.00. Jeszcze trzeba przygotować lekcje na następny dzień – i zasypiam o 22.00 jak dziecko.

Siostry białe mają dwa domy, ten w Tandale jest jakby filią domu w Mikocheni. Jedna z sióstr z Mikocheni, od ponad 20 lat w Tanzanii, przez wiele lat zajmowała się niepełnosprawnymi. Obecnie ze względu na wiek i stan zdrowia zajmuje się głównie prowadzeniem domu i kuchni, ale wciąż regularnie odwiedza swoich podopiecznych. Miałam okazję wybrania się z nią i spotkania kilku z nich.

Denis ma 14 lat, właściwie od pierwszego roku życia pozostaje pod opieką s. Jean. Kiedy przychodzimy do jego domu, siedzi na podłodze, na widok siostry uśmiecha się, od razu rozpoznaje swoją przyjaciółkę. Jest niepełnosprawny umysłowo i fizycznie – nie może chodzić, wcześniej nie mógł nawet siedzieć, dzięki rehabilitacji zorganizowanej przez siostry teraz jest znacznie lepiej. Kiedy liczy się głośno ?raz, dwa, trzy…? pokazuje na palcach kolejne cyfry, to duże osiągniecie wymagające od niego wiele fizycznego wysiłku. Nie mówi, ale słyszy i wydaje się, że często rozumie. Mieszka z mamą, siostrą i siostrzeńcem – jego ojciec opuścił rodzinę, kiedy dowiedział się, że syn jest niepełnosprawny. Tutaj dzieje się tak bardzo często.

W domu Denisa w kącie stoi wózek dla niepełnosprawnych, zakupiony przez siostry, wciąż jednak rzadko używany. Trzeba przekonać mamę, by wyzbyła się stereotypu, iż niepełnosprawne dzieci trzyma się w domu, by odważyła się wyjść na ulicę, nie przejmowała się postrzeganiem przez otoczenie, ale jest to trudne.

Byłyśmy też u niepełnosprawnej fizycznie dziewczynki, która nie może chodzić. Jest bardzo zdolna, lubi się uczyć i spotykać z rówieśnikami, niestety duża odległość do szkoły i brak środków, by zapewnić transport uniemożliwiały jej uczęszczanie do podstawówki. Siostry zakupiły rower, teraz tata odwozi ją codziennie rano na lekcje.

Te dzieci, które spotkały się z pomocą, mają wielkie szczęście. W Tandale w czasie odwiedzania biednych rodzin z inną siostrą-pracownikiem socjalnym, spotykałam niepełnosprawne dzieci, które nigdy nie miały rehabilitacji, często były wychowywane tylko przez mamę, która musiała zająć się domem, więc całe dnie spędzały siedząc na podłodze. Jeden chłopiec, w podobnej sytuacji jak Denis, nie potrafił nie tylko liczyć na palcach czy rysować, ale nawet siedzieć. To pokazuje, jaką wagę ma praca wykonywana przez siostry.

Justyna Majcher

 

Źródło:www.duch.lublin.pl

 

 

 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *