Moje spotkania z trędowatymi…

W ciągu 15 lat mojej posługi misyjno-pielęgniarskiej spotykałam ludzi chorych na trąd w różnych krajach środkowo-wschodniej Afryki. Były to kraje takie jak: Tanzania, Kenia, Malawi i Mozambik. Nie chciałabym rozwodzić się nad jednostką chorobową jaką jest trąd gdyż opracowania tego zagadnienia można odnaleźć na różnych stronach internetowych czy w podręcznikach medycznych. Celem mojego pisania jest świadectwo moich spotkań z ludźmi trędowatymi. Pragnę podzielić się tym, czego się od tych ludzi nauczyłam i jaki mieli oni na mnie wpływ. Turysta, który przybywa do Afryki środkowo-wschodniej najprawdopodobniej nie spotka się z ludźmi trędowatymi. Chorzy nie mają wstępu do wielu miejsc i są przepędzani sprzed hoteli gdzie przebywają bogaci turyści. A bywa i tak, że oni sami nie pozwalają sobie na obecność w pobliżu prestiżowych miejsc czy nawet na ulicach miasta.

Pierwszym spotkanym przeze mnie trędowatym, z którym się potem zaprzyjaźniłam był pan Beatus. Poznałam go w małej wiosce na południu Tanzanii, w Kilimarondo. Miał wówczas ok. 60 lat a choroba była już daleko posunięta. Miał zniekształconą twarz z mocno wysuniętymi kośćmi policzkowymi, jego łzawiące i zaczerwienione oczy nie zamykały się do końca a nos był jedną wielką ropiejącą raną. Palce jego rąk były w szczątkowej postaci a palców u stóp prawie nie było. Nad Oceanem Indyjskim gdzie klimat jest ciepły choroba rozwija się bardzo szybko a sami chorzy z powodu pracy są bardzo osłabieni. Chory Beatus nie był w stanie sam przychodzić do szpitala po potrzebną porcję lekarstw czy na zmianę opatrunku. W związku z tym to ja odwiedzałam go w jego domu. Najczęściej ok. godz. 16 Mze (pan) Beatus czekał na mnie przed swoim domem, siedząc na składanym drewnianym krzesełku i oganiając się patykiem od much, które go otaczały, zwabione zapachem wydobywającym się z jego ran.

Na początku były tradycyjne powitania typu: Jak się masz? Co wydarzyło się od naszego ostatniego spotkania? Jak Ci się spało? Jak mija Ci dzień? itd. Od pierwszego naszego spotkania Mze Beatus podawał mi rękę na powitanie. Byłam bardzo świadoma tego momentu gdyż nigdy tego wcześniej nie doświadczyłam. Na początku było to charakterystyczne klaśnięcie wewnętrznymi stronami naszych dłoni, coś w rodzaju przybijanej powszechnie piątki. A potem czułam szczątki palców wbijające się w moją dłoń. Czasami nie czułam tego tak wyraźnie a bywało i tak, że wbijały się one mocno w moją skórę tak jakby pan Beatus nie mógł sterować siłą swojego dotyku a było to powiązane z brakiem czucia w kończynach.

Kiedyś przyszłam na zmianę opatrunku przed czasem. Zobaczyłam, że pan Beatus pomimo tak głęboko rozwiniętej choroby pracuje ciężko motyką na polu znajdującym się niedaleko jego domu. Od mocnego ściskania motyki zrobiła mu się rana na dłoniach i po trzonku motyki spływała krew. Jednak Mze Beatus nie czuł bólu, zauważył on krew dopiero wtedy, kiedy rękojeść motyki wbiła mu się w dłoń.

Mze Beatus to człowiek, który był bardzo wdzięczny. Pomimo swojej choroby mając sam niewiele dzielił się ze mną nawet garścią prosa, które wyrosło u niego na polu i które on sam uprawiał swoimi trędowatymi dłońmi. Ten człowiek umiał się cieszyć prosem, małym wiatrem, dziećmi, które przychodziły go odwiedzić. I dziękował z całego serca za puszkę wody, którą jakieś przechodzące dziecko mu podało. Potrafił się cieszyć z małych rzeczy, których doświadczał w swoim życiu nie myśląc o wielkich, które go omijały… Kiedy przychodziłam go odwiedzić, na jego trędowatej twarzy zawsze widniał uśmiech.

Przez kilka miesięcy pracowałam i mieszkałam w miejscowości Mwema co znaczy dobroć. Mieszkańcami tej wioski byli tylko ludzie trędowaci. W tej miejscowości była szkoła podstawowa, szpital, kaplica i ogromny ogród. Właśnie w tym ogrodzie trędowaci uprawiali mandarynki, pomarańcze i inne owoce cytrusowe.

Pewnego dnia kiedy przyjmowałam chorych w szpitalu przyszła trędowata kobieta o imieniu Elizabeth. Opowiedziała mi, że poprzedniego dnia pracowała motyką na polu. Wieczorem zmęczona poszła spać a kiedy się obudziła rano zauważyła, że ma krwawiące stopy i że nie ma już palców bo zostały odgryzione w nocy przez szczura. Ludzie trędowaci nie mają czucia w palcach kończyn dlatego zaistniała taka sytuacja. Nigdy w życiu nie miałam takiego pacjenta z odgryzionymi przez szczura palcami dlatego musiałam wyglądać na przestraszoną. Elizabeth widząc to powiedziała mi: „Siostro nie przejmuj się. Życie trzeba brać jak leci. Nie rozczulaj się nad małymi sprawami.”

Chorych na trąd spotkałam także w miejscowości Arusha na północy Tanzanii. Przyjeżdżali oni z różnych części Tanzanii aby na ulicach tego miasta żebrać u bogatych turystów przybywających do Tanzanii w celu zdobycia Kilimandżaro. Pod wieczór trędowaci zbierali się w dolinie nad rzeką i tam gotowali, jedli i myli się w wodach brudnej rzeki. Miejsce to było szczególne nie tylko ze względu na dużą liczbę obecnych tam trędowatych ale ze względu na dobroć wielu ludzi, którzy przychodzili tam z różnymi darami takimi jak lekarstwa do oczu, bandaże czy jedzenie. Kiedyś zmieniając opatrunki chorym zorientowałam się, że zabrakło mi bandaży w plecaku ale właśnie w tym momencie przyszedł do trędowatych Hindus, właściciel małej apteki, która znajdowała się niedaleko a w ręku trzymał duży karton wypełniony bandażami.

Jako pielęgniarka doświadczałam często braku bandaży. Nigdy nie mogłam pozwolić sobie przy zmianie opatrunku na przecięcie bandaża nożycami i na wyrzucenie go. Bandaże prałam, dezynfekowałam i używałam ponownie. Odór wydobywający się z ran człowieka trędowatego jest zapachem, którego nigdy nie zapomnę. Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku kiedy to podbijany jest kosmos, wynajduje się coraz bardziej nowoczesną broń i wydaje miliony na perfumy w krajach Afryki i Azji pracują misjonarki i misjonarze, którym brakuje pieniędzy na bandaże. Hańbą naszych czasów jest fakt, że jeszcze w ogóle są ludzie chorzy na trąd. Wyleczenie chorego w przeliczeniu na polskie złote kosztuje tylko 120 złotych a zatrzymanie postępu choroby tylko 30 zł. Spotykałam ludzi młodych, którzy dowiadywali się, że są chorzy na trąd. Po dziś dzień choroba ta odciska piętno na ludziach. którzy wstydzą się tej jednostki i często prosili mnie abym nikomu nie powiedziała, że zapadli właśnie na nią. Nie chcieli powiedzieć o tym nawet swoim najbliższym bojąc się odrzucenia jakie niesie ze sobą ta choroba…

Patronem trędowatych jest święty ojciec Damian de Veuster, Belg ze Zgromadzenia Księży Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, kanonizowany w Rzymie 11 października 2009. Pracował na Molokai i był dla trędowatych lekarzem, pielęgniarzem, spowiednikiem a kiedy trzeba było i grabarzem. Był wszystkim dla wszystkich bo w każdym człowieku widział Chrystusa. I to miłość do Chrystusa pozwoliła mu oddać się ubogim, zapomnianym i niekochanym…

Jeżeli chcesz zatrzymać postęp choroby lub wyleczyć trędowatego czy też złożyć ofiarę na przysłowiowy bandaż zaznacz dopisek TRĄD.
Numer konta: Pekao S.A V O. w Lublinie
92 1240 1503 1111 0000 1753 0918

Siostry Misjonarki Afryki, ul. Chodkiewicza 9, 20-813 Lublin

 

s. Cecylia Bachalska

 {vvmodule 77}

 

 

 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *