Trąd nie jest śmiertelny

Zanim wyjechała do Afryki niewiele wiedziała o trądzie. Będąc pielęgniarką czytała o tej chorobie w podręcznikach, ale była to wiedza teoretyczna. Dzisiaj siostra Cecylia Bachalska wie na ten temat dużo więcej. To lata pracy wśród trędowatych przyniosły jej wiedzę i doświadczenie.

Zaraz po wylądowaniu w Dar es Salam – stolicy Tanzanii, zobaczyła na ulicach miasta żebraków, którzy okazali się być trędowatymi. Choroba zniszczyła jednym palce u rąk i stóp, innym zniekształciła twarze.

Misjonarka podjęła pracę na południu kraju, nad Oceanem Indyjskim. Tamtejszy klimat charakteryzujący się dużą wilgotnością powietrza i temperaturą dochodzącą do plus czterdziestu, a nawet pięćdziesięciu stopni Celsjusza w połączeniu z wielką biedą, brakiem higieny i ciężką pracą fizyczną, sprzyja rozwojowi trądu.

 
Wdzięczni pacjenci

Ci, którzy mogli, zgłaszali się do miejscowego szpitala po pomoc. Okazało się jednak, że w wioskach oddalonych o kilka czy kilkanaście kilometrów, żyje wielu trędowatych, którzy nie są w stanie pokonać odległości dzielącej ich od szpitala. „Kiedy dowiedziałam się o tym, postanowiłam, że to ja będę ich odwiedzać. Tak zaczęły się moje spotkania z trędowatymi nie tylko w przychodni, ale i w ich domach” – mówi misjonarka.

Trędowaci w Afryce są bardzo wdzięcznymi pacjentami. Sami mają bardzo niskie poczucie wartości, stąd każda wyciągnięta do nich dłoń jest niezwykle cenna.
 
Wstydliwa choroba
 
Do dnia dzisiejszego, trąd w tamtym rejonie świata, jest czymś wstydliwym. Są to pozostałości spzred lat, kiedy to trędowaty wykluczany był z wioski, ubierany w worek z dzwonkiem na szyi, którym musiał oznajmiać swoje przybycie. I choć teraz wiedza na temat choroby jest większa, nadal chorzy spychani są na margines. „Ilekroć w przychodni zjawił się ktoś młody z prośbą o zbadanie, gdyż np. pojawiła mu się jakaś plamka na ciele, z góry prosił, żeby nie mówić nikomu, jeśli to będzie trąd. Oni wstydzą sie tej choroby” -opowiada s. Cecylia.
 
Niewiele potrzeba
 
Trąd dzisiaj jest chorobą wyleczalną. Wykryty we wczesnym stadium nie przynosi żadnych przykrych konsekwencji. Pacjent otrzymuje lekarstwa z grupy gruźliczej, które zatrzymują chorobę. „Koszt takiego leczenia wynosi 30 dolarów. Dla wielu jest to bardzo niewielka suma, jednak dla Afrykańczyków to bogactwo, na które nieliczni mogą sobie pozwolić.” – opowiada misjonarka.

Tragedią jest to, że wielu chorych nie zgłasza się do przychodni w początkowym stadium choroby, dopuszczając do zaniku palców u rąk i nóg, nosa i innych zmian. Wtedy jednak także można zahamować rozwój trądu. Nie da się cofnąć poczynionych zniszczeń, ale można zatrzymać postęp choroby. Cena takiego leczenia wzrasta do 120 dolarów.

 
Dalej zaraża
 
Oczywiście trąd jest nadal chorobą zaraźliwą, jeśli nie jest leczony. Jego zarazki przemieszczają się drogą kropelkową, czyli m.in. przez kontakt ze śliną, a także z krwią chorego. Choroba ta prowadzi do kalectwa, ale nie do śmierci.

Niestety nie ma w Afryce zrozumienia wśród rodzin trędowatych. Jeśli zachoruje któreś z rodziców, dzieci wyprowadzają się najczęściej z domu unikając kontaktu. Pomimo starań misjonarzy, aby świadomość zagrożeń była coraz większa, Afrykańczycy nie chcą dać się przekonać do zmiany swojej postawy.

 
Na marginesie
 
„Do tego potrzeba z pewnością czasu, zmiany stylu życia choćby pod względem zachowywania higieny” – mówi siostra.
Trędowaci zdają sobie sprawę z niechęci jaka im towarzyszy, nawet wśród najbliższych i akceptują to. Kiedy przychodzą na badanie, boją się wejść do przychodni dopóki są tam inni pacjenci. Czekają na zewnątrz, aż wyjdzie ostatni. „Często pytałam ich, ile będą czekać przed przychodnią, a oni zawsze odpowiadali mi, że są przecież trędowaci, więc jak mogą wejść do środka” – wspomina misjonarka.
 
Garść prosa
 
Postawy tej nie zmienią słowa, ale przykład życia. Dlatego s. Cecylia bez wahania szła odwiedzać trędowatych. Ich wdzięczność zdawała się nie mieć granic. Opowiadając o tym, wraca myślą do jednego ze swoich podopiecznych – pana Bonifacego. Trąd zniszczył mu ręce i stopy. W nodze miał głęboką, gnijącą ranę. Siostra zanosiła mu opatrunki. Pewnego razu, kiedy się tam zjawiła, oznajmił, że tym razem on też ma coś dla niej. Wyciągnął swoje okaleczone dłonie, w których trzymał garść prosa. Mimo kalectwa uprawiał małe poletko, które właśnie przyniosło skromny plon. Nim to właśnie częstował misjonarkę.
 
Żebracy
 
Większość trędowatych jednak nie jest w stanie pracować. Więc udaje się do większych miast, gdzie żebrze. Szczególnie widoczni są w miejscowościach odwiedzanych przez turystów. Dla przyjezdnego z Europy czy Ameryki, dąc jednego dolara nie jest wielkim wysiłkiem, natomiast dla trędowatych jest to prawdziwy skarb, za który mogą przeżyć kilka dni.
 
 
 
 
 
 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *