Wywiad z Marysią Wróbel

Wywiad z Marysią Wróbel

– Kim jest Marysia Wróbel?

– Chyba przede wszystkim czuję się ukochanym dzieckiem Bożym. Doświadczenie Boga i tego, że jestem przez Niego kochana, to chyba początek wszystkiego w moim życiu i jednocześnie najpiękniejsze doświadczenie.

– Masz za sobą doświadczenie pracy w Afryce. Co sprawiło, że zdecydowałaś się na wyjazd?

– Chyba musiałam sobie odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie, które chodziło za mną od   czasów podstawówki i nigdy z mojej głowy nie zniknęło. Ale może po kolei… Kiedy byłam małą dziewczynką do mojej klasy na lekcję religii przyszła misjonarka, która właśnie wróciła z Gwinei. Nie mówiła o niczym niesamowicie egzotycznym. Gdy zapytaliśmy, czy widziała jakieś dzikie zwierzęta, powiedziała: Tak, krowy. Opowiadała o misjach, o tym, jak doświadczyła tam Boga, o tym jak skończyły jej się pieniądze i jak obcy człowiek na ulicy dał jej dokładnie taką sumę, jakiej potrzebowała na bilet do Gwinei. Siedziałam wtedy w ławce i wymyśliłam sobie, że zostanę lekarzem i kiedyś też wyjadę. Mijały lata… gimnazjum, liceum i studia, a pragnienie było tak samo silne. Na stażu podyplomowym stwierdziłam, że muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy coś w tym jest, czy może sobie to wszystko wymyśliłam? Wtedy wyjechałam do Tanzanii szukać odpowiedzi na to pytanie, które nosiłam w sobie tyle lat.

– Jakie jest Twoje najpiękniejsze doświadczenie z pobytu w Tanzanii?

 – Moim najpiękniejszym doświadczeniem było chyba mieszkanie z tamtejszymi ludźmi. Poznawanie, jak żyją rodziny, jak wychowują dzieci. Było to dla mnie coś zdumiewającego. Dzieci, z którymi jadłam, pomimo tego, że były głodne, zawsze najpierw sprawdzały, czy jedzenia wystarczy dla wszystkich po równo. Jeżeli było mało, wszyscy jedliśmy tak samo mało. Matka tych dzieci znała na pamięć rozmiary butów wszystkich dzieci
w sąsiedztwie. Gdy któreś z jej dzieci dostawało nowe buty, mówiła: twój sąsiad chodzi boso. Ty masz już jedne buty, oddaj mu te nowe. Pierwszy raz spotkałam się z tym, że dzieci oddawały innym, biedniejszym dzieciom to, co im się najbardziej podobało, co było nowe. Matka tych dzieci tłumaczyła mi: To jest dar. Gdy Cię aż boli, kiedy  oddajesz. Dopiero taki dar ma wartość.

Nie zapomnę także nigdy pewnego wieczoru, gdy ta sama rodzina analizowała fragment z Pisma Świętego. Tego dnia była Ewangelia, w której Jezus mówi: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową (Mt 10, 34n). Szczerze powiedziawszy, zawsze miałam problem z tą Ewangelią. Nie rozumiałam jej. Matka zapytała swoje dzieci, które miały 8, 7 i 3 lata, czy rozumieją,
o co chodzi. Odpowiedziały, że nie. Ja odpowiedziałam to samo. Matka wtedy zwróciła się do swoich dzieci
i powiedziała im: Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że bardzo często ja i tata będziemy mieć mnóstwo pomysłów na Wasze życie, będziemy chcieli, abyście byli lekarzami, nauczycielami, biznesmenami, może wpadnie nam do głowy, aby mały Darius został księdzem… Ale Wy ostatecznie macie się słuchać tylko Boga. Bo tylko Bóg wie, co macie zrobić ze swoim życie, abyście byli szczęśliwi i abyście kiedyś trafili do Nieba. Bo to jest Wasz cel w życiu. Nie kariera na tym świecie.

Słuchałam tego i myślałam o tym, że pochodzę ze świata, gdzie rodzice nie stawiają siebie na drugim miejscu. Rzadko kiedy dziecko słyszy „słuchaj Boga”. Taka prosta rzecz, a ja musiałam polecieć aż do Afryki, aby to usłyszeć.

– Największe zaskoczenie?

 – Po jakimś czasie jeżdżenia po Tanzanii byłam pewna, że już wiem wszystko
o komunikacji… Że autobusy są napchane ludźmi, że będzie mi niedobrze, niezależnie od tego, czy lecę samolotem, czy jadę samochodem, że lądowania są hm… spektakularne… Wiedziałam, co mnie czeka… no, prawie.

Pewnego dnia, gdy wracałam z Zanzibaru, zderzyłam się naprawdę mocno z tamtejszą lotniczą rzeczywistością. Tak jak każdy Europejczyk, byłam pewna, że skoro przeszłam odprawę na lotnisku i idę już do samolotu, to  będę mieć miejsce, bo przecież ono mi się należy. Nic bardziej mylnego. Do samolotu doszłam ostatnia – za bardzo rozglądałam się na boki, było zbyt pięknie, aby się skoncentrować na tym, co się dzieje przede mną. A samolot był… naprawdę malutki. Upychali do niego ludzi jak śledzie do konserwy i gdy ja doszłam, nie było już dla mnie miejsca. No i zgadnij, kto ustąpił mi miejsca w samolocie??? Pilot. Na szczęście pilotów w samolocie jest dwóch. Jeden poszedł sobie radośnie pić herbatkę, a drugi, mniej radośnie, zaczął mi zapinać pasy, wiedząc, że z białej kobiety za sterami żadnego pożytku nie będzie. Wyobraź sobie mnie, przyzwyczajoną do tego, że w samolocie pojawia się stewardessa i pokazuje, co robić, gdy będzie wodowanie… gdzie są maski, gdzie kapoki, jak się tego używa, że zapalą się lampki na podłodze oznaczające wyjścia…. Ech… pasy się zepsuły. Pilot szamotał się z nimi strasznie długo. Widząc to, zapytałam w końcu: Proszę pana, czy jeżeli się coś stanie, to nam to w czymś pomoże? Pilot westchną i powiedział:  Madam, jeżeli się coś stanie, to nic nam nie pomoże. Po czym odwrócił się do ludzi, którzy siedzieli tuż za jago plecami, ściśnięci jak sardynki: Na górze są maski z tlenem, na dole są kapoki, a teraz módlmy się, aby dzisiaj tego nie używać. Start! Pomyślałam sobie: Boże… to jest ten dzień. Ja dzisiaj zginę.

Samolot wykonał kilka dziwnych stuknięć o ziemię i polecieliśmy…. Wiem, że się na tym nie znam… jestem kobietą. Nie mam pojęcia, jak się steruje samolotem. Ale miałam pewne wyobrażenie… Myślałam, że piloci patrzą w czasie lotu na monitory, które mają przed sobą albo chociaż przez szyby, gdzie lecą. Pilot miał na kolanach cały stos papierów, które non stop uzupełniał, a samolot leciał… gdzie chciał. To były naprawdę dobre rekolekcje – przypomniałam sobie wszystkie modlitwy, jakie znałam. Co chwilę patrzyłam przed siebie, na ocean pod nami i na pilota tonącego
w papierach. Myślałam: To pewnie po to, aby pozostał po nas jakiś ślad, jak zginiemy… Na koniec pilot jakby się obudził z „papierowego” letargu i…. na szczęście wylądował. Wtedy Afryka pokazała mi, że będzie mnie zaskakiwać … za każdym razem, kiedy stwierdzę, że coś już o niej wiem.

– Z zawodu jesteś lekarzem. Jakie trudności napotkałaś podczas pracy w szpitalu w Tanzanii?

 – Przede wszystkim był to brak sprzętu diagnostycznego oraz małe pole manewru, jeżeli chodzi o leczenie.
W Tanzanii ludzie nie mają ubezpieczenia zdrowotnego. Na porządku dziennym jest to, że ludzi nie stać na leczenie. I to nawet nie jakieś bardzo drogie, ale np. na kroplówkę, która kosztuje 2 zł.

– Czego nauczył Cię taki wyjazd?

– Że mam wszystko. I między innymi właśnie dlatego co roku tam wracam. Aby na nowo przypominać sobie, że mam wszystko i że problemy, z którymi się mierzę tutaj, są niczym w porównaniu z problemami, które ludzie mają tam, a mimo to są… uśmiechnięci! Nigdzie na świecie nie słyszałam tak często wypowiadanych słów: Asante Mungu – Dziękuję Ci, Boże.

– Z Twojej inicjatywy powstał projekt AfricaMed. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej o nim?

– Ten projekt powstał dzięki pewnej historii, której nie mogłam przeboleć. Pierwszego dnia, gdy przyjechałam do szpitala misyjnego w Rubyi, umierała dziewczyna – moja rówieśniczka. Nie było możliwości diagnostyki ani adekwatnego leczenia. Lekarz nie zdążył wtedy do niej dojść. Jej rodziny – jak się potem dowiedziałam – nie było stać na leczenie. Studenci, którzy się nią zajmowali, musieli oszczędzać na każdej kroplówce
i każdej tabletce. Gdy weszłam na salę, była już we wstrząsie i niedługo potem umarła. Miała 26 lat i zostawiła 6 dzieci. Potem widziałam dużo więcej bezsensownych śmierci. Celem projektu AfricaMed jest zaopatrywanie szpitali misyjnych
w sprzęt medyczny, wysyłanie na miejsce personelu medycznego do pomocy. Jak to powiedziała jedna z naszych wolontariuszek: Pomagamy, bo aż się serce kraje, gdy się widzi tak zdolnych lekarzy, którzy nie mają na czym pracować.  Obecnie jest nas około 30 wolontariuszy. Zaopatrujemy dwa szpitale misyjne w Tanzanii i w Kenii oraz ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych w Kenii. Nie wiem, jak długo będziemy działać, cały czas pojawiają się coraz większe wyzwania i problemy, ale wierzę, że wszystko jest po coś i że będzie tak jak ma być.

– Jak możemy wspierać ten projekt?

 

– Przede wszystkim cały czas szukamy ludzi pełnych pasji i kochających drugiego człowieka. Wolontariusze to największy skarb tego projektu. Bez nich nie byłoby niczego – tego jestem absolutnie pewna. Jeżeli chodzi o pomoc finansową, to można nas wesprzeć przekazując nam 1% podatku, przekazując darowizny – najbardziej pomocni są stali darczyńcy wpłacający choćby 5 zł miesięcznie. Ta regularność jest dla nas bardzo ważna, pozwala planować wydatki. W tym miejscu pragnę podziękować dotychczasowym darczyńcom za okazane nam zaufanie, dzięki Wam przekazaliśmy
w zeszłym roku do naszych szpitali bardzo dużo sprzętu medycznego oraz przeprowadziliśmy niezbędne operacje u naszych podopiecznych.

– Jakieś plany na przyszłość?

 – Chcielibyśmy wyposażyć pralnię w szpitalu w Kenii, który jest pod naszą opieką – siostry pracujące tam muszą codziennie prać bardzo duże ilości brudnej pościeli
w rękach. W tym samym szpitalu jest ogromna potrzeba kupna sprzętu diagnostycznego. Właściwie nie ma go w ogóle. Chcielibyśmy wyposażyć sale operacyjne w Rubii w Tanzanii w sprzęt – póki co lekarze mówią, że mają problem
z widzeniem pola operacyjnego ze względu na słabe lampy. Kolejnym celem jest wyposażenie Small Home – domu dla dzieci niepełnosprawnych – w sprzęt rehabilitacyjny oraz opłacenie rehabilitacji dzieci.

– Wyjechałaś do Tanzanii, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, które nosiłaś
w sercu. Jaka jest odpowiedź?

– Że już nie potrafię tam nie wracać. Afryka, którą poznałam, jest całkiem inna niż myślałam –     jest piękniejsza. I ludzie są całkiem inni niż myślałam – są lepsi. Tam każdy dzień jest wystarczająco dobry,  aby się cieszyć.

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer