Relacja z soboty misyjnej – styczeń 2017

Jest styczniowy sobotni poranek. Prawie cały Lublin otulony leciutką śnieżną pierzynką jeszcze śpi. Tylko nieliczni wychylają nosy z bloków, domów, prowadząc na smyczy swoje czworonogi bądź pędząc po świeże bułeczki. Ci, pamiętając o swych obowiązkach, brną przez przysypane chodniki, wydeptując na nich nowe ścieżki. O tej porze przecież nie wszystko jest odśnieżone. A śnieg nadal sypie. Kolejne płatki delikatnie niesłyszalnie suną w dół i opadają tworząc śnieżną pokrywę, ku uciesze rozpoczynających ferie dzieci i innych zimnolubnych (do których należę też ja!). Zachwytom nie ma końca. Niewysłowione piękno. Pan Bóg jest nie tylko wspaniałym Ojcem. Jest Artystą, jakiego na kuli ziemskiej się nie spotka. Cudowne te Jego dzieła.

W taki oto poranek powoli budzą się ci, którzy o dziewiątej planują znaleźć się na ulicy Powstańców Śląskich. Nie, nie, żadnego pospolitego ruszenia nie będzie! W tym oto miejscu swój dom mają siostry misjonarki NMP Królowej Afryki. I tam odbędzie się comiesięczne spotkanie – zwane przez sympatyków sobotą misyjną.

Wszystko rozpoczęło się od modlitwy i rozważania Słowa Bożego (Mk 2, 13-17)
w małych grupkach. Tym razem uczestnicy próbowali – jak Lewi, syn Alfeusza – szukać w swych sercach odpowiedzi na wezwanie Pana: „Pójdź za Mną!” oraz dzielili się tym, co ich szczególnie ujęło we wskazanym fragmencie Ewangelii.

Po spotkaniu z Panem Jezusem wszyscy zebrali się w muzeum. Nie brakło wspólnych śpiewów, tym razem w języku lingala. Niezastąpioną nauczycielką była s. Mapendo. Tylko uczniowie może nie do końca utalentowani, bo po czasie zostało im w głowie jedno słówko „esengo”, śpiewane na koniec po kolejnych wersach.
Dalej poprzypominano sobie nawzajem swoje imiona, kilkakrotnie je powtórzono, przedstawiając się w języku swahili. Próbę nauczenia uczestników kilku słówek w tym języku podjęła s. Anafrida. Trzeba dodać, że lekcja ta i tak była o wiele łatwiejsza niż poprzednia, z liczbami i dniami tygodnia. Po wysłuchaniu kolędy w tymże języku, nadszedł czas na najważniejszą część – świadectwo osoby, która była na misjach.

I w tym momencie w Muzeum znalazła się uśmiechnięta kobieta, odziana w błękitne, wzorzyste sari – Dominika, która półtora roku (jedynie z krótkimi przymusowymi przerwami na zdobycie wiz) spędziła w Indiach. Wyjechała tam przygotowana przez organizację Domy Serca. Dominika pokazała mnóstwo zdjęć i pełna entuzjazmu opowiedziała o swoim pobycie w Indiach. Początki, jak to zwykle bywa,
do najłatwiejszych nie należały. Bo oto okazało się, że trzydziestoletnia osoba nie potrafi ani jeść, ani spać, ani się ubrać, ani gotować… Oczywiście, według indyjskich zwyczajów. Nie wspominając już o języku i porozumiewaniu się z miejscową ludnością. Z czasem jednak wrosła w społeczność, w której się znalazła i teraz twierdzi, że jej serce zostało tam.

I choć Dominika pięknie opowiadała, i można byłoby słuchać i słuchać, to jednak tu
i ówdzie przygrywał już marsz. Dla wyjaśnienia dodam, że zwykle mawia się, iż „kiszki marsza grają”, a wtedy wiadomo już, o co chodzi. Nadszedł więc czas obiadu. Pysznego, fasolkowego obiadu. Choć hitem podczas tego posiłku okazała się… szarańcza, przekąska przywieziona przez p. Janusza z Tanzanii bądź Ugandy. Kto tylko chciał, mógł spróbować tego afrykańskiego przysmaku, rozsiewającego dość specyficzny zapach po podgrzaniu na patelni. Trzeba przyznać, że sporo śmiałków się znalazło. Wszyscy żyją.

Wspólne siedzenie przy stole sprzyjało swobodnym pogawędkom, zaś przed godziną piętnastą wszyscy znaleźli się w małej, świątecznie udekorowanej kapliczce. Był to czas wyciszenia, spotkania z Panem Jezusem, zakończony wspólną modlitwą
– Koronką do Bożego Miłosierdzia.

Na zakończenie zaś – dla tych, którzy mieli jeszcze wolną chwilkę – lekcja cierpliwości, czyli twórcze działania pod okiem s. Gosi, która próbuje rozbudzić ducha artysty
w każdej osóbce. Okazuje się, że każdy coś potrafi, jeśli tylko chce się nauczyć. Czy to ozdabianie wazoników techniką decoupage, czy też wykonywanie biżuterii z małych koralików, zaś dla tych, którym zabrakło chęci, weny czy wiary, że podołają zadaniu, czeka miska wypełniona orzechami i dziadek do orzechów. Tym razem na warsztacie artystów były koraliki. Mozolna robota. Ale efekt, trzeba przyznać, całkiem niczego sobie. A podczas pracy można przyjemnie pogawędzić (ci, którzy trzymali w zębach żyłkę,  aby koraliki nie pospadały, co rusz jedynie pomrukiwali lub lekko zniecierpliwieni, pojękiwali).

Wieczorny mrok ogarnął Lublin, gdy ostatni uczestnicy soboty misyjnej opuszczali dom sióstr, cichutko stąpając po miękkiej śnieżnej powierzchni. I mówiąc sobie „do zobaczenia za miesiąc”, znów udawali się do siebie, swojej codzienności, ubogaceni tym wszystkim, czego doświadczyli tego dnia. Pięknego, dobrego, pełnego spokoju
i ludzkiego ciepła dnia! Domy Serca istnieją, naprawdę. Przyjdź w lutym, jeśli chcesz się przekonać.

Wioletta Matyjasek

 

Enregistrer

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *