Relacja z soboty misyjnej – maj 2018

„Opadły mgły i miasto ze snu się budzi,
Górą czmycha już noc…”
Często o poranku „nuci mi się” w głowie ta melodia. W sobotę dwunastego maja też mogłyby się te słowa we mnie rozśpiewać, bo pasowały jak ulał – choć było już po ósmej, gdy wyszłam z mieszkania. Jednak w soboty o tej porze życie w mieście dopiero leniwie zaczyna się snuć, tak jak snują się przechodnie, podążający do sklepów lub pociągani przez swych czworonogów na smyczach. Nie wiem, gdzie ci wszyscy, których mijałam, zmierzali, natomiast moim celem były okolice Sławinka.
I trzeba dodać – nie snułam się, a raźno sobie kroczyłam (lubię szybki marsz! Oczywiście na równinach, w górach to co innego!). A po co na Sławinek? Ano na sobotę misyjną do sióstr białych.

W tak zwanym muzeum zebraliśmy się w niezbyt licznym gronie, snując przypuszczenia, dlaczego wiele osób nie przyszło i nie dało znać, że ich nie będzie. (Ha, mamy Was! Bez trudu odgadliśmy- Juwenalia). Spotkanie rozpoczęliśmy od rozważania fragmentu
Ewangelii Mk 16, 15-20 („Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu…”).
To, czym się dzieliliśmy, to nasze – straciliście. Przypomnę jednak słowa pewnej osoby, które dotyczą nas wszystkich. A mianowicie, ów ktoś powiedział: Jeśli zjem pyszny kawałek tortu, opowiadam o tym, dzielę się. A o Panu, który jest stokroć lepszy, żeby i inni poznali, jak słodki
i dobry jest Pan, nie mówimy. Dlaczego, hm?… Obejrzeliśmy też filmik z komentarzem, jak zawsze, a potem nadszedł czas na świadectwo.

Tym razem mała zmiana planów – zamiast w Rwandzie znaleźliśmy się w Kamerunie i Nigerii, za sprawą pewnej siostry zakonnej, odzianej w przepiękny habit (wszyscy bez wyjątku zwróciliśmy na to uwagę!). Siostra opowiedziała o swoim życiu tam, o rodzinie, o tym, jak ważne jest w jej kraju macierzyństwo. Nie zabrakło też regionalnych ciekawostek oraz historii państwa, a przede wszystkim siostra skupiła się na temacie powołania. Jaki miała uśmiech na twarzy, gdy wymawiała słowo „vocation”! A nawet pośmiała się z nami z historii swojej ucieczki z jednego zakonu. Na szczęście znalazła swoje miejsce w życiu. Kiedy dowiedziała się, że ma pojechać do Polski na studia z filozofii, była niemal bliska załamania, łzy lały się jak groch. Początkowo wcale nie była szczęśliwa u nas, jednak i to się zmieniło, choć zapewne w sercu jest tęsknota.

Zanim poszliśmy na obiad, obejrzeliśmy jeden z filmików przygotowany przez ojców białych
z okazji stu pięćdziesięciu lat istnienia obu zgromadzeń. Z cudowną muzyką, porywającą niemal do tańca, z ciekawymi zdjęciami i nawet czarno-białymi nagraniami z afrykańskiego lądu sprzed … ho, ho – sprzed wielu lat (żałujcie! Ale chyba będzie okazja, by je zobaczyć na jakichś pokazach).

Obiadek upłynął w miłej atmosferze, przy jednym stole. Rozmowy potoczyły się na temat harcerstwa (Lubię, lubię! Choć niestety harcerką nie byłam). Zakończyliśmy modlitwą – Koronką do Bożego Miłosierdzia, polecając w niej Marysię i Piotra, którzy pierwszego czerwca wylatują na ponad pięć miesięcy do Ghany. Będą prowadzili bloga: blog.wiara.pl/cosdobrego).

Gdy opuszczaliśmy dom sióstr, słońce przekroczyło już zenit. Każdy dzień niesie ze sobą nadzieję, jest tajemnicą i darem. Za wszelkie dary tego dnia dziękuję siostrom, i oczywiście samemu Dawcy, który nas obdarował tymi godzinami.

Ach, za miesiąc pożegnalny grill przedwakacyjny… Spotykamy się u sióstr, a dalej one poprowadzą.

Wioletta Matyjasek

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *