Relacja z Soboty Misyjnej – maj 2017

Jest maj. Gdyby zapytać ludzi
o skojarzenia z tym miesiącem, zapewne otrzymałoby się moc odpowiedzi. Dla niektórych to czas wyczekiwanej „majówki”, kilku dni wolnych od pracy. Inni, może bardziej patriotycznie, wspomnieliby o Konstytucji 3 maja. Maturzyści, z drżeniem rąk i mocniej bijącym sercem, przelęknionym głosem rzuciliby hasło: matura. I już wszystko wiadomo. Mniej drżeliby studenci, rozbawieni na Juwenaliach, choć i im wewnętrzny głos nie daje spokoju i natrętnie szepcze: sesja, sesja, egzaminy. Wrażliwcy zaś, zachwyceni pięknem przyrody, zapatrzeni w moc zieleni, z nosami wetkniętymi w rozkwitające kwiaty bzu nie rzekliby nic. Ich rozanielone spojrzenia na cuda natury byłyby odpowiedzią. Jeszcze inni, mając na myśli maj, powiedzieliby: Maryja i nabożeństwa majowe. Do tego skojarzenia właśnie zmierzałam. Maryja.

W naszym mieście Lublinie, na Sławinku, przy ulicy Powstańców Śląskich można spotkać Siostry Misjonarki Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, potocznie określane jako „siostry białe”. To u nich na chwilę się zatrzymamy na comiesięcznym spotkaniu, przez sympatyków, stałych bywalców i wszystkich innych zwanym „sobotą misyjną”.

Spotkanie rozpoczęło się, jak zawsze, po afrykańsku. A to oznacza, że każdy przybywał, kiedy mógł. Podobno punktualność jest ceniona, jednak w praktyce bywa różnie. Zwłaszcza w sobotę, zwłaszcza w trakcie Juwenaliów, zwłaszcza po całonocnym czuwaniu fatimskim. Pewnie te i wiele innych przyczyn sprawiło, że tym razem uczestników było mniej niż zazwyczaj.

Pierwszym ważnym punktem dnia było obejrzenie krótkiego filmiku z rekolekcji Lectio Divina, odnoszącego się do Ewangelii na najbliższą niedzielę. Tym razem w dwóch grupkach rozważaliśmy fragment J 14, 1-12, w którym Pan Jezus mówi o swoim odejściu do domu Ojca i przygotowaniu miejsc dla swoich uczniów. Po dzieleniu się tym, co nas poruszyło w tej Ewangelii, mieliśmy chwilę na pogaduchy przy herbatce
i ciastku. A że niektórych osób nie widziało się przecież od miesiąca, to było o czym rozmawiać. I jak zwykle, trudno nam potem było zebrać się w sali muzealnej. Siostry jednak szybko sobie z tym poradziły, organizując zabawy integracyjne (krótkie, minutowe rozmówki twarzą w twarz z poszczególnymi osobami stającymi w kręgu oraz „Goofi, goofi”). Rozbawieni, zwłaszcza po drugiej zabawie, zajęliśmy wygodnie miejsca, oczekując na zapowiedzianego gościa. Zanim jednak do nas przybył,
s. Iwonka, która także od niedawna przebywała w Polsce, opowiedziała pokrótce
o swoim pobycie w Burkina Faso (przede wszystkim o formacji w nowicjacie, o pracy pośród osób trędowatych w wolnych chwilach, alfabetyzacji kobiet, pracy z dziećmi). Swoimi słowami potwierdziła to, o czym na spotkaniach wspominało wiele osób
– gościnność miejscowej ludności.

Gdy siostra dzieliła się swoimi doświadczeniami, niektórzy mogli dojrzeć, jak za jej plecami cichutko podjeżdża jakieś duże auto. Rzecz jasna, nie działo się to w muzeum, tylko na zewnątrz, a podpatrywać mogliśmy przez okienne szybki. Ojciec Bogusław Żero przybył, by opowiedzieć nam o swojej misji w Burundi i Ugandzie. Zabrzmiało poważnie…przedstawmy go zatem tak jak sam o sobie mówił  – o. Boguś.

Z uśmiechem na twarzy, chcąc się jakoś wytłumaczyć (i tych, którzy wyjeżdżali na misje), powiedział, że misjonarze są takimi szaleńcami (to znaczy, śmiejąc się, użył innego słowa, jednak może nie wypada tego pisać; kto był, zapewne pamięta). „Normalni” ludzie według ojca na misje nie jeżdżą. Ba! Sam dał tym słowom przykład. Będąc przez dłuższy czas na innym kontynencie, pewne nawyki przenosi się później do swojego kraju. Ot choćby jak jedzenie posiłków łapkami. O. Boguś pokazał nam
w tym momencie mocno zaróżowione palce – wiadomo, buraczki. Wróćmy jednak do Burundi. Nasz gość opowiedział nam o położeniu geograficznym tego małego państewka, wprowadził króciutko w historię walk pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu. A żeby było nam łatwiej sobie wszystko wyobrazić, przywołał czasy feudalnej zależności za czasów panowania szlachty w naszym kraju. Dalej, pokazując nam zdjęcia (sióstr białych, które tam spotykał i oczywiście te, przedstawiające krajobrazy oraz działania ojca), o. Boguś dzielił się z nami swoją pracą misyjną. Wielkie dzieła, tak można byłoby podsumować. Wielkie dzieła, powstałe z Bożą pomocą, nie inaczej. Usłyszeliśmy bowiem nie tylko o wszelkich działaniach, ale także i o trudnościach. Piękne słowa ustami o. Bogusia zostały wypowiedziane. O trudnościach wewnętrznych człowieka samego ze sobą. Przecież od swoich cech charakteru, od siebie samego, od wad nigdy się nie ucieknie. Walka z tym, co dla nas trudne będzie zawsze, wszędzie. Odpowiadając jednak na pytanie o te trudności, ojciec powiedział, że najważniejsze dla misjonarza to mieć miłość w sercu, szczerą wiarę, wtedy wszystko inne (szok kulturowy, to, co tam zastaniemy i własne wewnętrzne trudności) owszem, może i będzie trudne, ale nie przygniecie. Ach, i jeszcze ciekawostka na zakończenie o Burundi! Otóż w tym państwie znane wszystkim jako instrumenty muzyczne bębny, pełnią jeszcze inną funkcję. Jest to funkcja tronu, tak więc, cytując ojca, można tam powiedzieć „Pan Jezus na bębnie”.

Po wysłuchaniu świadectwa nadszedł czas na pyszny obiadek. A głodno nam się trochę robiło, bo ojciec nie raz i nie dwa wspominał o jedzeniu. Kiedy w kuchni wszystko posprzątano, osoby, które zostały, zebrały się w pokoiku z telewizorem, zasiadając wokół dużej ławy. Błoga cisza i spokój zapanowały, więc nic dziwnego, że temat rozmów nawinął się sam – leżakowanie. Dziwniejsze jest natomiast to, że
z owego grona rozmówców bardzo nieliczni chodzili do przedszkola i zaznali owego leżakowania. Cóż, trzeba się po prostu szczerze przyznać – zbierało się nam na poobiednią drzemkę. Ten stan letargu jednak przerwaliśmy schodząc do kaplicy na krótką adorację i modlitwę Koronką do Bożego Miłosierdzia.

I to byłoby chyba tyle, jeśli chodzi o skrót z minionej majowej soboty misyjnej.

Myślą choć na chwilę znaleźliśmy się na afrykańskim kontynencie. W Burundi teraz jest pora sucha, na deszcz ludzie będą czekać może nawet do października, jak podał ojciec.  U nas natomiast tej wiosny deszczu było pod dostatkiem. Może dzięki temu przyroda tak bujnie teraz się rozwija. Ze słowami na ustach „Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone…” możemy wracać do swoich domów, na stancje, do akademików. Bo Pana można chwalić wszędzie i wszędzie można Mu służyć. Nie tylko wyjeżdżając na misje. Tutaj, gdzie teraz jesteś, też. Nie myśl sobie, że wielkich czynów potrzeba. Jak s. Gosia powiedziała, czasami sama obecność wystarczy.

A na czas do następnej soboty misyjnej, osóbko, która to czytasz, wszelkiego dobra dawanego i otrzymywanego oraz doświadczania ojcowskiej opieki Pana Boga życzy Ci…

Wioletta Matyjasek

„Niech się nie trwożą serca wasze” (J 14, 1)

 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *