Relacja z Soboty Misyjnej – grudzień 2017

„Czy jest Bóg, czy Boga nie ma?”

             Myślę, że chyba wiele osób przeżywało coś takiego, a może nawet teraz znajduje się w takiej sytuacji, kiedy dzień po dniu
w różnych momentach powraca jak bumerang w głowie jedno hasło czy pytanie. Pytanie, które kołacze się pośród setek myśli. Pytanie, które jest najważniejsze.
Bez odnalezienia odpowiedzi na nie trudno jest dalej iść, trudno przeżywać swoją codzienność. Pytanie, przed którym choćby się chciało, uciec się nie da. Pojawi się znikąd w najmniej oczekiwanym momencie. I znów przewraca wszystko do góry nogami. Podczas dzisiejszego spotkania misyjnego właśnie poznałam osobę, która przeżyła wiele różnych sytuacji, a pośród wszelakich życiowych zawirowań pojawiało się właśnie to nie dające spokoju pytanie: „Czy jest Bóg, czy Go nie ma?”.

            Ale może od początku… (przepraszam, nie umiem krótko, kto się znudzi, ten do końca nie doczyta i już.)

            Grudniowy szary poranek. Kiedy tylko się obudziłam, w głowie pojawiła się szybka myśl
– może by jednak nie iść i jeszcze pospać, a potem na spokojnie zrobić to czy tamto. Jakimś cudem pokusę tę odepchnęłam (obiecałam postawić się w roli „listonosza” i przekazać coś jednej osobie od drugiej, więc w pierwszym momencie to mnie zmotywowało) i jestem wdzięczna Duchowi Świętemu za to tchnienie, bo jakże wiele bym straciła. Choć jeszcze pędząc ulicami Sławinka,  po głowie snuły mi się różne myśli. Polska… Nie nastawiałam się na usłyszenie czegoś „wow”, na jakiś zachwyt, bo co ciekawego i wartościowego może powiedzieć ktoś z Polski o misjach w Polsce? Jakże się myliłam…

            Już po przekroczeniu domu sióstr misjonarek zaczęłam się cieszyć, widząc znajome uśmiechnięte twarze (i nieznajome także). Oczywiście w muzeum i jego przedsionku gromadziło się coraz więcej osób, zaczynało być gwarno jak na targu. A tu już po dziewiątej… Siostra Gosia nie musiała jednak nadwyrężać swego głosu, by zaprosić wszystkich na miejsca. Wzięła w rękę coś dziwnego, co przy potrząsaniu wydawało dźwięki. Wszyscy zrozumieli, co „autor ma na myśli”.

            Nasze spotkanie rozpoczęło się od wspólnej modlitwy i spotkania ze Słowem Bożym (Mk 1, 1-8). Bardzo cenię sobie te chwile soboty misyjnej, chwile zatrzymania, zamyślenia, rozważania. To takie proste, zwyczajne, a czasem tak trudno w swojej codzienności wygospodarować taki czas. Rozważany fragment mówił o Janie Chrzcicielu, który miał przygotować drogę Panu. „Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu…”

            Nie mogło zabraknąć też integracji, zwłaszcza że przybyło trochę nowych osób, jak grupa misyjna ze szkoły z Chełma wraz
z księdzem, Agata z Suwałk. To naprawdę ciekawe, że jakimiś tajemniczymi sposobami ludzie z różnych zakątków Polski dowiadują się o tych spotkaniach, a jak się czasem powie o nich komuś z Lublina, to oczy ma jak pięciozłotówki i ze zdziwieniem dopytuje, gdzie, kiedy, o co chodzi. Zorganizowano nam też zabawę w dwóch kręgach – szybkie rozmówki. O dziwo, nie było jak zazwyczaj takiego: „eee… yyy… co by tu powiedzieć?…”, a wręcz przeciwnie – siostra musiała kilkakrotnie dawać sygnał, byśmy zaczęli rozmowę z kolejną osobą.

            Dalej – praca w czterech grupach tematycznych, a po niej podsumowanie wygłoszone przez przedstawicieli grup. Z usłyszanych wniosków najbardziej pamiętam to bezpośrednie wezwanie grupy czwartej do wszystkich, by zacząć od tego, co nam bliskie (w kwestii ochrony środowiska) – mianowicie nie marnujmy żywności, róbmy przemyślane zakupy, a w razie potrzeby szukajmy sposobu przekazania nadwyżki żywności do banków żywności itp.

            W czasie kiedy poszczególne osoby przedstawiały pracę swojej grupy, niespostrzeżenie pojawili się goście – małżeństwo Danuta i Krzysztof Topolanowie. Dołączyli po cichutku. Potem dowiedzieliśmy się, że przybyli z sąsiedztwa, z parafii pw. św. Stanisława na ul. Zbożowej.

            Już w tym momencie, biorąc pod uwagę to, co działo się do tej pory (działania wspólne
i te trochę bardziej prywatne rozmówki na przerwach), nie żałowałam, że przyszłam. Byłam jednak ciekawa, co będzie dalej – ta Polska i w ogóle…

            Zaczął mówić pan Krzysztof. O swojej historii życia. Urodził się w latach pięćdziesiątych, w czasach głębokiego komunizmu. Jego mama była wierząca, tata
– typowy komunista. Nasz gość jako młody człowiek widział w życiu pewną rozbieżność, pojawiały się w nim przeróżne pytania. Patrzył na rodziców i myślał, jak to jest – mama chrześcijanka, a tata – niewierzący, komunista, ale jako człowiek lepszy. Burzyło to jego życie. Nie trzeba być wierzącym, by być dobrym człowiekiem, ateista też może być uczciwy. Patrząc na dwie postawy w swoim domu, rodziło się w nim pytanie: „Czy jest Bóg, czy Boga nie ma?”, które ciągle gdzieś w nim krążyło. W tym czasie pan Krzysztof zaczął palić, pić, jak sam mówił, aż dziw, że skończył studia. Czasem ciąg alkoholowy trwał dwa tygodnie. Wreszcie pan Krzysztof trafił do szpitala. Jednego dnia wyszedł na korytarz, zobaczył klęczącego, modlącego się człowieka. Ktoś dotknął jego serca. Ta jedna scenka nagle dała mu odpowiedź na nurtujące pytanie. Nałóg ot tak nie minął, ale pan Krzysztof trafił na spotkanie pewnej wspólnoty. Po studiach ożenił się i – jak powiedziała pani Danuta
– z jedną walizką zostali w Lublinie, z dala od rodziny. Trzymało ich tylko to jedno – słowa Pana: „Troszczcie się najpierw o Królestwo Boże”. Mieli wspólnotę, zostali. Życie różnie się im jednak toczyło. Skracając tę opowieść dodam jedynie, że mają dziewięcioro dzieci. Wrażenie wywarły na mnie także słowa pani Danuty, która mówiła, iż panicznie bała się bólu, lekarzy itp. (coś jak ja, aż dziw, że w miarę normalnie funkcjonuję w takim medycznym  środowisku – dobrze, że nie „doktorzycie” po pracy 🙂 ) i dopowiedziała: „jestem wdzięczna Bogu, że uzdolnił mnie do urodzenia dziewięciorga dzieci”. I jeszcze, że gdy spodziewali się narodzin piątego dziecka, to nie mieli się gdzie podziać. Pewien ich znajomy zażartował, że mogli poczuć się jak Święta Rodzina – no, jakaś duma może się pojawić, ale tak po ludzku patrząc … czworo dzieci, zaraz piąte się narodzi i nie ma dachu nad głową…

            Dalszej części opowieści nie słyszałam, ponieważ nieco pomagałam przy obiedzie. Wspomnę jeszcze, że ujawnił się tym razem jeden z moich specyficznych „talentów” – gdziekolwiek jestem, u siebie czy u kogoś, nie wspominając już o restauracjach itp., to zazwyczaj muszę coś wylać, wychlapać, wysypać. Cóż, taka nietypowa „umiejętność”. Nawet specjalnie nie musiałam jej się uczyć. Ot, sama się pojawiła przed laty i jest. Wszyscy znajomi i członkowie rodziny o tym wiedzą. Na sobotach misyjnych jakoś, o dziwo, się to nie ujawniało, ale tym razem okazja była idealna podczas nakładania obiadu (przepraszam niektórych!).

            Po wspólnym obiedzie, poobiednich pogaduchach przy stole, nadszedł czas na modlitwę w kaplicy. Kolejny ważny moment – moment wyciszenia, bycia z Jezusem. Modliliśmy się też razem Koronką do Bożego Miłosierdzia. Piękne było dla mnie to, że Agata jedną dziesiątkę poprowadziła w języku angielskim, by ojcowie biali mogli się włączyć.

            A potem ci, którzy mieli jeszcze chwilkę i chcieli ją spędzić z siostrami i innymi, znaleźli się w jadalni przy tym długim stole i… pakowali listy. Nie, nie, nie do św. Mikołaja, choć – uwaga, uwaga! – jeśli wiecie, że jakiś Mikołaj chce przyjąć kogoś na praktykę bądź staż, to mamy
w naszym gronie kandydata. Sam się zgłosił, przygotowania zaczyna od zmiany wizerunku (oczywiście żartuję, mam nadzieję, że wiadoma osóbka się nie obrazi 🙂 ).  Wpadł też do nas ot tak, choć nie przez komin, pewien kapucyn. Gdy wszystkie listy znalazły się w kopertach, ci, którzy zostali, porozchodzili się w swoje strony.

            Relację tę zakończę jedynie pytaniem, które zadawał pewien profesor podczas refleksji nad poezją (a znam je z ulubionej „Jeżycjady” M. Musierowicz): „Co zostanie?”

            Co Ci zostanie z tej soboty misyjnej? Co w Tobie zostało? Co zostanie?…

                                                                         Z podziękowaniem za ten dzień,

                                                                         Wiola M.

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *