Mauretania – codzienna modlitwa i uprzejmość na ulicach.

Drodzy Przyjaciele Misji,
Szczęść Boże,
Pozdrawiam Was serdecznie z Mauretanii, miejsca mojego posłania.
 

Mauretania leży na zachodnim wybrzeżu Afryki, pomiędzy Marokiem a Senegalem. Większość kraju to pustynia z oazami i pasem zieleni wzdłuż rzeki Senegal, na południu kraju. Dwa największe miasta Mauretanii: Nouadhibu i Nouakchott powstałe na pustyni w latach 60tych XX wieku. Nouadhibu znajduje się na północy kraju i jest miastem portowym, które powstało przy okazji eksploatacji kopalni żelaza i jego wywozu z Mauretanii. Nouakchott jest stolicą powstałą po odzyskaniu przez kraj niepodległości. Rozwój tych dwóch miast został przyspieszony wielkim napływem ludności w latach 70tych z powodu wielkiej suszy jaka nawiedziła Afrykę Zachodnią i Sahel. Dzisiaj większość mieszkańców Mauretanii żyje w tych dwóch miastach. Mówi się, że stolica liczy powyżej miliona mieszkańców, ale dokładnej liczby nikt nie zna. Miasto jest bardzo rozlegle i coraz to nowe dzielnice powstają na wydmach otaczających miasto.

W tych dniach kraj jest po pierwszej turze wyborów do samorządów lokalnych. Jako obserwatorowi z zewnątrz bo przecież jestem tutaj gościem i to od niedawna, kampania kojarzy się z wielkim świętem. Ponieważ klimat na to pozwala, kampania odbywa się w rozbitych przy ulicach namiotach, na dywanach i poduszkach, przy muzyce i herbacie. W takim właśnie klimacie można dowiedzieć się coś na temat kandydatów.. Coś takiego do tej pory kojarzyło mi się z bajką. Trudno wyobrazić sobie debaty polityczne czy przedstawianie konkretnego programu różnych partii i kandydatów w takich warunkach. Są namioty dla mężczyzn i dla kobiet. Oczywiście kobiety też kandydują i są wysoko postawione w rządzie państwowym jak i w rządach lokalnych.

Miałam też okazję pojechać na wydmy w ramach festiwalu poezji organizowanego przez Instytut Francuski, z wolnym wstępem (oczywiście trzeba było dojechać na własny koszt), który znajduje się tuż obok kościoła. Piękny widok te wydmy, sam piasek, emanująca czystość, piękny zachód słońca. Jednak wiadomo że ten piękny widok kryje w sobie ogromną siłę niszczenia, bo przecież te wydmy się przemieszczają z wiatrem i zasypują wszystko co napotkają. Festiwal odbywał się w dużym namiocie, na dywanach i poduszkach, z mikrofonami, herbatą, światłem. A wszystko obstawione wojskiem. Szkoda ze to piękno jest takie wrażliwe, albo że niektórzy ludzie tak bardzo się boja. Byłam też z siostrami w kilku rodzinach na obiedzie. Jedzenie maja tutaj pyszne. Wszystko jednak pochodzi z zagranicy, z eksportu bo przecież tutaj nic nie rośnie z wyjątkiem oaz i południa kraju gdzie jest woda, jednak to nie starcza na wyżywienie całych miast.
 
Kościół w Mauretanii jest mały ale bardzo różnorodny. Składa się on głownie z obcokrajowców, emigrantów, przybyłych do pracy, szukających drogi na Zachód, albo ociekających przed wojna, dyplomatów i garstki misjonarzy i misjonarek. Są dwie parafie: w Nouadhibu i w Nouakchott, chociaż misjonarze obecni są w sześciu miastach w kraju. Nasz kościół parafialny w stolicy jest jednocześnie katedrą. Naszym biskupem jest Ojciec Biały pochodzący z Niemiec, Martin Happe. To co zwróciło moją uwagę w Kościele to zaangażowanie ludzi w działalność Kościoła i w liturgię. Niektórzy z tych, którzy dopiero przybyli do kraju, od razu angażują się w katechezę, oprawę liturgiczną, śpiew i pracę socjalną. Będąc świadkiem ich zaangażowania a także tej różnorodności w Kościele gdzie obok siebie siedzą i się modlą razem; z jednej strony człowiek bardzo ubogi, który nie ma nieraz co włożyć do ust, jest bez dokumentów, a z drugiej, dyplomata lub przedsiębiorca, wykształcony, jest dla mnie znakiem obecności wśród nas Królestwa Bożego i Kościoła żywego jako ciała Chrystusa.

Chrześcijanie tutaj, wśród Muzułmanów są szczególnie wezwani aby być żywą obecnością Chrystusa. Przez swoje życie i pracę są oni świadkami Chrystusa i zaczynem Królestwa Bożego. Bardzo często są pytani o wiarę a także wystawiani na próbę. Generalnie jednak trzeba przyznać, z tego co mówią starsi stażem, że chrześcijanie tutaj są postrzegani pozytywnie. Ja się przedstawiam jako siostra, Chrześcijanka. Chociaż kolor skóry sam mówi za siebie według tutejszego tradycyjnego myślenia.

Mauretania przywitała mnie gorąco. Po pobycie w Polsce i doświadczeniu pierwszego przymrozku, gorąco ponad 40 stopni tak w dzień jak i w nocy było prawdziwym szokiem termicznym. Dzięki Bogu od  listopada noce są chłodniejsze a temperatura do 30 stopni jest całkiem znośna.

Kilka dni przed wyjazdem z Polski dowiedziałam się że w Nouakchott jest powódź i że nasze siostry musiały opuścić zalany dom. Ponieważ większa część miasta położona jest poniżej poziomu morza woda nie ma ujścia i podchodzi z ziemi zatapiając niżej położone domy. Tak samo stało się z naszym domem. Dotyczy to w dużej mierze dzielnic najbiedniejszych, dlatego do dzisiaj ludzie mieszkają w wodzie, albo obok wody połączonej ze ściekami bo nie ma tutaj kanalizacji miejskiej. Jest mnóstwo komarów i innych stworzeń. To cud że nie ma żadnych chorób. Ci których było stać przenieśli się do innych miejsc, ale biedni pozostali. Niektórych nie stać nawet na codzienny posiłek a co mówić o nowym pokoju czy domu. Ten problem niestety nie jest nowy. Co roku podtapia tutaj niektóre ulice, jednak w tym roku to była prawdziwa powódź. Ponieważ wszyscy czekają aż państwo coś zrobi, nic się nie robi w tym kierunku. Niektórzy nasypią piasku przed domem, inni narzucają kamieni aby po nich przejść, jeszcze inni nic nie zrobią aż do następnego roku.

W naszym domu woda stoi i decyzją biskupa już tam nie wrócimy. Zamieszkamy w innym domu należącym do diecezji. Jeszcze kilka dni prawdopodobnie  będziemy mogły się przeprowadzić. Cierpliwość jest niezbędna w Mauretanii, wszyscy mi to mówią. Obecnie jesteśmy w domu diecezjalnym, zaraz przy katedrze. We wspólnocie jest nas cztery siostry: Kordula z Niemiec, Lucy z Ugandy, Marie z Konga i ja. Dobrze ze humoru nam nie brakuje bo doświadczeń nowych i często zaskakujących jest mnóstwo.

Dużo rzeczy tutaj zaskakuje nowego przybysza takiego jak ja. Na przykład można by powiedzieć, że nie ma tutaj zasad kierowania pojazdami, pierwszeństwo należy się tym z prawej na rondzie, osiołkom ciągnącym wózki, samochodom które z powodu swojego zacnego wieku nie mogłyby ruszyć po zatrzymaniu się i pieszym. Poza tym trzeba patrzeć na twarz kierowcy i domyślać się czy mnie przepuści czy pojedzie pierwszy. Spotkałam się do tej pory z uprzejmością na ulicach.

Kolejnym doświadczeniem był wyjazd do Rosso na południe kraju. Mogłam zobaczyć pustynię i dromadery. Dużo tutaj podróżuje się taksówkami, małych busów jest niewiele. W tamtą stronę było 5 pasażerów, ale to był luksus. Z powrotem w samochodzie na 7 miejsc było nas 11 osób. Po 14 km samochód się zepsuł i trzeba było czekać na mechanika. Na szczęście przy drodze były drzewa i trochę cienia. Wiatr był parzący. Kierowca widząc ze udajemy się pod drzewa i szukamy na czym usiąść wyjął dla nas dywan. Po 1,5 godz przyjechał mechanik, podobno nie zdołał naprawić zepsutej części, ale my i tak pojechaliśmy i dojechaliśmy do Nouakchott. Trudno powiedzieć z jaka prędkością bo wskaźnik był złamany, coś co jest tutaj chyba zwyczajem bo widziałam to też w taksówkach  w mieście.

Wiele razy ludzie częstowali mnie herbatą, którą się robi z pianką i pije trzy razy. Raz też czekając na jedna panią, z którą miałam spotkanie przed naszym starym domem, rozmawiałam z mężczyznami którzy robią tam nowe sznurki ze starych lin rybackich. Poczęstowali mnie kawą. Była dobra ale mocna, trzymała mnie cały dzień na nogach, pomimo gorąca.
 
Biskup i starsi misjonarze poradzili mi abym najbliższe 6 miesięcy przeznaczyła na poznanie kraju i naukę języka. To jest pierwsze zadanie misjonarzy tutaj przyjeżdżających.To z tej okazji byłam w Nouadibu i w Rosso. Uczę się języka Hasaniya, razem z księdzem Edouardem, który przyjechał z Senegalu przed dwoma miesiącami. Naszym nauczycielem jest Mauretańczyk, jest on bardzo wymagający. Rano mamy trzy godziny kursu, po południu chodzę do znajomej rodziny ćwiczyć to czego się nauczyłam w bezpośredniej rozmowie. Odwiedzam tez miejsca pracy sióstr i projekty Caritasu który tutaj przyjął się bardzo dobrze i jest uważany za narodową organizację pozarządową. Wszystko jest dla mnie nowe i coraz  bardziej zdaje sobie sprawę jak bardzo ważny jest ten czas poznania i wejścia w tutejszą mentalność i kulturę.

Od trzech tygodni, w sobotę,  prowadzę zajęcia z języka francuskiego dla dzieci które chodzą na katechizm. Wiele z nich ma duże problemy w szkole a część z nich nie chodzi do szkoły. Niektórzy uczęszczający do szkoły mają trudności z podpisaniem się. Te cotygodniowe spotkania są dla mnie wielką radością. Diecezja ma projekt pomocy dzieciom w nauce dzięki hojności dobroczyńców. Ma on na celu opłacenie części wydatków za naukę dzieci. Chodzi o to aby nie uzależniać rodziny od pomocy, rodzina winna wykazać się inicjatywą a dzieci którym jest opłacana szkoła winny także wykazać się pewnym poziomem nauki, chęcią i pracą. Jest nas 10 osób które maja za zadanie spotykać się z tymi rodzinami i dziećmi i je wspomagać i motywować. Zaczęłam już odwiedzać te rodziny, a moimi przewodnikami są dzieci.

Powoli przyzwyczajam się do tego kraju i ludzi i uczę się ich kochać na wzór Chrystusa. To doświadczenie tutaj uczy mnie odkrywać Jego Miłość do wszystkich ludzi i do mnie. Ten codzienny widok ludzi modlących się, przerywających pracę, aby zwrócić się do Boga, jak również ta naturalność w mowie o modlitwie jest dla mnie wezwaniem do jeszcze większego zawierzenia Bogu, jako dziecko, Bogu Ojcu. Bogu niech będą dzięki za ten dar posłania mnie do Mauretanii.

Na ten czas Adwentu życzę każdemu i każdej z Was aby kontemplacja miłości Boga który przychodzi do nas jako Człowiek, jako Dziecko, przemieniła nasz lęk w miłość i pozwoliła przyjąć Jego Miłość całym naszym życiem, abyśmy dali objąć się Miłości.

 
Życzę Wam Jezusa. Z darem modlitwy i prośbą o modlitwę
s. Celina Natanek
 
 
 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *