Ja chcę być kiedyś świętą! – wywiad z Kamilą Róg

Kamilo, czy możesz nam się przedstawić?

Oczywiście 🙂 Jestem Kamila i mam 28 lat. Pochodzę z Lubnia, małej miejscowości koło Myślenic na południu Polski. Obecnie mieszkam w Krakowie, gdzie pracuję jako pielęgniarka w jednej ze stacji dializ. Na co dzień uwielbiam tańczyć i spotykać się z Bogiem – na różne sposoby: w przyrodzie, na spacerze, w modlitwie, a przede wszystkim w drugim człowieku. Jeśli tylko mogę, to podróżuję. Szczególnym dla mnie miejscem jest Santiago de Compostella, dokąd miałam łaskę dwukrotnie wędrować. I zdecydowanie wolę pakować plecak niż go rozpakowywać.

Prawie rok temu wróciłaś z Brazylii. Powiedz, jak to się stało, że tam wyjechałaś?

To prawda. 9 miesięcy temu wróciłam po półtorarocznej misji w dzielnicy Coroa do Logoa w Simoes Filho, miejscowości znajdującej się niedaleko Salvadoru w północno-wschodniej części Brazylii, w stanie Bahia. Zostałam tam posłana przez wspólnotę Domy Serca. Tak naprawdę to długa historia. Misje były w moim sercu już od wczesnego dzieciństwa. W liceum wyjechałam na moje pierwsze, tygodniowe misje na Litwę. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Domach Serca, ale zupełnie nie rozumiałam charyzmatu tej wspólnoty, a przez to nie umiałam też zobaczyć żadnego sensu takiej misji. Dopiero po tym jak skończyłam studia i wróciłam z kolejnej, kilkunastodniowej misji na Filipinach, zdałam sobie sprawę, że tym razem chciałabym wyjechać na dłużej. Byłam też już wówczas w zupełnie innym miejscu na mojej drodze wiary i kiedy na nowo zagłębiłam się w to, czym są Domy Serca – wiedziałam, że na teraz Pan Bóg powołuje mnie właśnie tam.

Czym zajmowałaś się w Brazylii?

Misja w Domach Serca jest na swój sposób bardzo szczególna. Często wśród nas, wolontariuszy wracających po misji, pada określenie, że to tzw. „misja prostej obecności”, a to dlatego, że charyzmatem  wspólnoty jest bardzo głęboko rozumiane współczucie i pocieszenie, na podobieństwo Matki Bożej stojącej u stóp Krzyża. Współczucie nie mające nic wspólnego z litością, ale będące wyrazem obecności przy drugim, mimo największego cierpienia. Wyjeżdżając na misje musiałam przyjąć 3 założenia, które myślę, że bardzo dobrze obrazują to, czym się tam zajmowałam. Przede wszystkim – i od czego chciałabym zacząć i bez czego wszystko inne byłoby stratą czasu – pojechałam się tam modlić. Jutrznią, codzienną Mszą świętą i godzinną adoracją, różańcem, nieszporami i kompletą. Czasem dniami skupienia czy rekolekcjami. Żyłam we wspólnocie, zgadzając się na to, że wszystkie decyzje będę podejmować w duchu jedności z ludźmi, gdzie każdy z nich był z innego kraju, innej kultury, mówił w innym języku i miał inne wyobrażenia rzeczywistości. Teraz wiem, że to ogromny dar i bogactwo, ale myślę też, że gdyby nie Jezus pośrodku nas – w naszej domowej kaplicy – nie wiem, czy ta jedność byłaby możliwa. No i wreszcie nasz apostolat. Każdy Dom Serca na świecie znajduje się w jakimś miejscu odrzuconym, biednym, brzydkim i niechcianym. Naszą misją było dawać siebie samych temu miejscu – które tworzyli nasi sąsiedzi, nasze dzieciaki, nasi Przyjaciele. W taki sposób, w jaki wzywała nas do tego chwila obecna. Przez codzienne proste odwiedziny, przez wspólne śpiewanie „sto lat” i zdmuchiwanie świeczki urodzinowej, przez wysłuchanie drugiego człowieka i przynoszenie go w modlitwie Jezusowi, przez niekończące się podawanie dzieciom kubka wody, przez skakanie na skakance i zabawę w berka, przez obcinanie paznokci i obmiatanie sufitu pełnego pajęczyn, przez wspólne podstawianie wiader i zbieranie wody, kiedy przeciekał dach, przez odwiedziny w szpitalu, więzieniu czy sierocińcu, aż po bycie obecnym w tym ostatnim momencie. Przez tę prostą obecność staraliśmy się dać świadectwo, że te miejsca są: wartościowe, przyjęte, bogate, piękne i chciane. W Brazylii nie zajmowałam się niczym konkretnym, policzalnym ani widzialnym. Starałam się zabiegać tylko o to „jak być” i „jak każdego dnia być bardziej”. Resztę dyktował Duch Święty, a moim zadaniem było tylko stać w milczeniu, nasłuchiwać i dać się prowadzić.

Co odkryłaś cennego w czasie tego pobytu?

Odkrywałam Boga Emmanuela. Boga, który wyszedł do człowieka i stał się podobnym do niego we wszystkim oprócz grzechu (Hbr 4,15), po to by objawić mu, jak bardzo go kocha. Odkrywałam tę Prawdę, już nie jako zwykłe hasło katechetyczne, o którym się wie, ale jako coś, co stopniowo przenikało do samej głębi mojego serca. Czas misji prowadził mnie do odkrycia, że miłość to nic innego jak ciągłe bycie bardziej i bliżej człowieka, poprzez wspólne stawanie obok siebie nawzajem – w tym co łatwe i radosne, ale też w tym, co trudne i bolesne. Odkrywałam, że we współczuciu chodzi o to, by DZIELIĆ ubóstwo – chociażby w takich najprostszych sytuacjach jak brak pralki przez cały czas misji czy wspólne oszczędzanie wody w porze letniej. Albo w tym, że każdy z nas – miejscowych i przyjezdnych – toczył nieustanną walkę z komarami lub że tak jak całej dzielnicy w okresie pokarnawałowym, tak  i mnie przyszło leżeć w gorączce i z dreszczami. Wspólnie odczuwaliśmy ten sam głód – kiedy zdarzało się, że kapłan w ostatnim momencie nie mógł dotrzeć na Mszę świętą. Najmocniejszym jednak doświadczeniem stało się dla mnie zderzenie z tym jak bardzo ja sama jestem uboga, kiedy nie umiałam np. od razu przebaczać czy być cierpliwą dla którejś z moich sióstr wspólnotowych. Uświadamiałam sobie wtedy, że tak naprawdę nie jestem w żaden sposób lepsza od tych, do których mnie posłano, mimo że to im a nie mi przyklejono etykietkę „biednych, brzydkich i niechcianych, alkoholików, narkomanów, prostytutek i złodziei”. To wszystko sprawiało, że powoli zaczynałam kochać człowieka już nie przez pryzmat jego kraju, pochodzenia, osiągnięć czy koloru skóry, ale przez podobieństwo. Że zarówno oni jak i ja, jesteśmy takimi samymi Bożymi dziećmi – głodnymi miłości, przyjaźni, obecności i życzliwości. Wielokrotnie bezradnymi i poranionymi przez życie. Kiedy wyjeżdżałam z misji, poczułam w sobie jakby nowe bicie serca. „I dam Wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36,26).

Czy możesz nam opowiedzieć o jednym z ważniejszych spotkań z drugim człowiekiem, które coś w Tobie zmieniło?

To na pewno historia Diega. 33 letniego mężczyzny, który od wczesnego dzieciństwa mieszka w tzw. Wiosce Domów Serca, w środku brazylijskiego buszu, drugiego miejsca misji. Zapytano mnie, czy mogłabym pomóc w opiece nad Diegiem – dwa dni w tygodniu. Mój przyjaciel od zawsze porusza się na wózku inwalidzkim i nie mówi, a do tego często jest zupełnie w swoim świecie. Potrzebuje pomocy praktycznie we wszystkim, a jego jedyną rodziną są wolontariusze zmieniający się średnio co rok lub dwa lata. Nie było mi łatwo podjąć decyzję, by aż dwa dni poświecić Diegowi, zostawiając przy tym wszystkich, do których byłam już przyzwyczajona i których pokochałam. Wiązało się to także z wczesnym wstawaniem i dojazdami. Kiedy rozważałam tę prośbę na adoracji stało się coś dziwnego, bo mimo tego, że Diego nie komunikuje się werbalnie, ja bardzo konkretnie usłyszałam wtedy jego wołanie. Jakby krzyk całego jego jestestwa… I tak zaczęła się nasza relacja – bardzo powoli, między prostymi czynnościami – myciem, karmieniem, wspólnym adorowaniem Jezusa i słuchaniem muzyki. Aż do momentu, kiedy Diego zaczął konfrontować mnie z bardzo ważnym pytaniem – czy ja szukam w nim przyjaciela, czy ja chcę  być  dla niego przyjacielem? Bo jeśli szukałam, to oznaczało to, że miałam wobec niego jakieś wymagania, których on prawdopodobnie nie jest w stanie spełnić. Jeśli jednak chciałam być dla niego przyjacielem, to będę umiała przyjąć go takim, jakim jest. Diego był bardzo szczery i pytał aż do bólu, bo pytał o moje prawdziwe intencje. I tak rozpoczęłam lekcje – przyjmowania go takim, jaki jest i otwierania się na jego piękno, na przyjęcie tego, czym on chce mnie obdarować. A Diego miał bardzo dużo do ofiarowania. On, nie mający pozornie niczego, dawał wszystko, bo dawał całego siebie. Dar bezinteresownej PRZYJAŹNI. Ja musiałam się dopiero tego uczyć.

Kim według Ciebie jest misjonarz?

Hmm… nie chcę tu podawać żadnej definicji opisującej jaki powinien być misjonarz, dlatego, że po życiu w międzynarodowej wspólnocie, tak różnej, wiem, że każdy ma w sobie coś unikatowego, coś niepowtarzalnego, coś przez co Bóg przemawia i czym się posługuje. Myślę, że misjonarzem tak naprawdę jest każdy z nas, jeśli nie na misjach w dalekim kraju, to w codzienności dnia. Bardziej bym się chyba pochyliła nad refleksją, jakim w takim razie misjonarzem jestem? Czy przynoszę ludziom Dobrą Nowinę i jak w ogóle ją rozumiem? Czym dzielę się z ludźmi? Jakim chlebem? Świeżym czy wyschniętym? Dobrym czy zakwaszonym? No właśnie…

O czym marzysz?

O byciu świętą – jakkolwiek to zabrzmi – odważnie powiem: ja chcę być kiedyś świętą! Nie jestem pierwsza z takim marzeniem. Zupełnie niezależnie od siebie, kiedyś dowiedziałam się, że marzyła już o tym św. Tereska od Dzieciątka Jezus – i skoro jej się udało, to znaczy, że jest też i nadzieja dla mnie. 🙂 Marzę o tym, by przeżywać życie prawdziwie, z całą głębią, którą ono przynosi. Marzę o tym, by wszyscy ludzie mieli odwagę pójść za swoimi pragnieniami. Marzę o tym, by zdobywać szczyty, przenosić góry i chodzić po wodzie. Często marzę o tym, co po ludzku wydaje się niemożliwe, a potem… rozmawiam o tym z Bogiem.

Co chciałabyś powiedzieć osobie, która szuka swojego powołania albo zastanawia się czy wyjechać jako wolontariusz na misje?

Zastanawiającym się czy wyjechać na misje, powiem bez wahania: ZRÓB TO! Na trzy miesiące, na pół roku, na rok, a jeśli poczujesz ten zew miłości bardziej, sam będziesz chciał zostać dłużej. Kiedy ja mówiłam w mojej pracy, że wyjeżdżam na półtora roku do Brazylii, słyszałam: „ojej! to tak długo!”. Czy na pewno? W perspektywie mniej więcej 80 lat życia, co to jest jeden rok? Jeden rok, który na pewno nie będzie zmarnowany, który na pewno obdaruje Cię bardziej niż Ty jego. Nie znaczy to oczywiście, że będzie łatwo i z górki – bo w końcu to misja, ale wierzę jednak i ciągle na nowo tego doświadczam, że kto traci, stokroć więcej otrzymuje. A dla rozeznających swoje powołanie powiem tylko: zacznij marzyć i nie bój się rozmawiać o tym z Bogiem. On jest ostatnim, który mógłby Ci powiedzieć, że coś jest niemożliwe 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *