Iwona i Adriana – relacja z wolontariatu

WolontariatNazywamy się Iwona i Adriana. Jesteśmy studentkami VI roku kierunku lekarskiego w Białymstoku. W sierpniu tego roku, w ramach projektu AfricaMed, byłyśmy na wolontariacie w Szpitalu Misyjnym w miejscowości Rubya w Tanzanii. Niektórzy mogą znać nas pod nazwą Białe Fartuchy na Czarnym Lądzie. Pod takim hasłem rozpoczęłyśmy przygotowania do wyjazdu.

Nasza przygoda zaczęła się w Domu Sióstr Białych w Lublinie podczas październikowej Soboty Misyjnej 2015 r. Tego dnia nasze zauroczenie Afryką przerodziło się w miłość. I tak co miesiąc odwiedzałyśmy Siostry, które okazały nam tyle ciepła, ile tylko zdołały pomieścić nasze serca. Myślałyśmy sobie, że skoro kobiety, które spędziły znaczną część swojego życia na Czarnym Lądzie, są tak wspaniałymi ludźmi, Afryka może wnieść do naszego życia tylko dobro. A dobro to pojawiło się bardzo szybko, zaraz po podjęciu decyzji o wyjeździe. Znajomi i nieznajomi kontaktowali się z nami, by nas wesprzeć i dodać otuchy. Gdy tylko w naszej głowie pojawiała się myśl, że coś się nie uda, jak dać radę jakiejś przeszkodzie, Pan Bóg sprawiał, że problem znikał. Ludzie widząc, że chcemy dać coś od siebie, obdarowywali nas dwukrotnie hojniej.

WolontariatAż wreszcie nadszedł czas upragnionego wyjazdu. Na miejscu dowiedziałyśmy się skąd w Siostrach Białych tyle ciepła – nie sposób się nim nie zarazić od Afrykanów. Zostałyśmy przywitane bardzo gorąco. Ludzie odwiedzali nas, zaczepiali w szpitalu, chcieli poświęcić nam chociaż chwilę, by powiedzieć, żebyśmy czuły się jak w domu. Byłyśmy zachwycone tym, w jaki sposób Tanzańczycy przeżywają swoją wiarę. Niedziela jest dla nich prawdziwie radosnym świętem. Na początku nie było nam łatwo, inna kultura, bariera językowa, myślenie o tym, co nam wypada, a czego nie, cierpienie, którego byłyśmy świadkami, przechodząc szpitalnymi korytarzami. Czułyśmy pewien niedosyt, że może wcale nie jesteśmy potrzebne w szpitalu, ponieważ nasza praca miała więcej wspólnego z praktykami niż z wolontariatem. Zastanawiałyśmy się ciągle, czemu Bóg posłał nas w aż tak daleką podróż, jaki był Jego cel. I jak zwykle poznałyśmy odpowiedź na nasze pytania – spotkałyśmy Ricka. Schorowanego 7-latka, który odchodził na naszych oczach, a którego rodzicie nie mieli pieniędzy na leczenie i hospitalizację. Postanowiłyśmy, że nie pozwolimy mu umrzeć. Skonsultowałyśmy się z s. Alicją Totoń – pediatrą, która pracowała w Afryce i rozpoczęłyśmy walkę. Zajęłyśmy się karmieniem chłopca, zakupiłyśmy niezbędne leki, zorganizowałyśmy internetową zbiórkę pieniędzy, by opłacić liczne operacje i hospitalizację. Wiele osób w Polsce modliło się za tego małego człowieka. Przed naszym wyjazdem Rick zaczął mówić, uśmiechać się, na pożegnanie odprowadził nas na wózku aż do bramy szpitala. Teraz Bóg pozwala nam cieszyć się pomyślnymi wieściami o nim i zdjęciami, na których chłopiec sam stoi, uśmiecha się. Czy można dostać jeszcze więcej?

Żyjemy w ciągłym pędzie, jesteśmy bombardowani różnymi bodźcami ze wszystkich stron. Nie zastanawiamy się nad małymi cudami, które przytrafiają się nam każdego dnia. Nie zwracamy uwagi na osoby, które spotykamy. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to wszystko, co nas otacza, wcale nam się nie należy, a każda najmniejsza drobnostka jest ogromnym darem. Dlaczego dopiero w kryzysowej sytuacji przekonujemy się o tym, co w życiu jest ważne? Nie we wszystkim mogłyśmy się zgodzić z Tanzańczykami, oczywiście maja oni swoje wady. Jednak jest wiele rzeczy, których moglibyśmy się od nich uczyć. Nie tylko okazywania ciepła, ale także codziennej radości, cieszenia się małym rzeczami, wdzięczności za każdy dzień, wiary w to, że wszystko, co otrzymujemy jest darem Bożym. Tak na prawdę jedyne, czego nam potrzeba, to zdrowie, bo posiadając dwie ręce zdolne do pracy, mamy wszystko, więc może przestańmy wreszcie narzekać.

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *