Ignacy Loyola – wielkie nieszczęście i początek przemiany

Św. Ignacy Loyola (1491-1556) żył i działał w burzliwym wieku szesnastym. Jest on jednym z wielkich odnowicieli życia duchowego chrześcijańskiej Europy. Św. Ignacy, z woli Boga, wpłynął na losy Kościoła w Europie i świecie nie w pojedynkę, lecz we współpracy z gronem „przyjaciół w Panu”, których liczba szybko rosła.

Zakon założony przez św. Ignacego (1540) przeżył kasatę (1773) i ponowne odrodzenie (1814). Trudne dzieje Towarzystwa Jezusowego, jego znaczenie w historii Kościoła i w czasach obecnych, a także zdolność odnowy i adaptacji trzeba koniecznie powiązać z tym duchowym miejscem, jakim są Ćwiczenia duchowne, dziś szeroko dostępne dla wszystkich zainteresowanych uporządkowaniem życia i głębszym życiem z wiary. W dniu dzisiejszym, liturgicznego wspomnienia św. Ignacego, wypada mówić przede wszystkim o nim samym, ale w taki sposób, byśmy mogli i my odnieść „jakiś pożytek duchowy”.

Przemiana zapoczątkowana w cierpieniu
Osoba, życie i dzieło Ignacego Loyoli to przedmiot badań dla historyków i teologów, a my w krótkim rozważaniu wyjdźmy od ważnego pytania. Co wydarzyło się w życiu młodego rycerza Inigo, że w krótkim czasie przestały go interesować uroki życia dworskiego, a największą pasją stał się Bóg? Co czy raczej kto sprawił, że dogłębnie odmienił się ten, który „aż do dwudziestego szóstego roku życia był człowiekiem oddanym marnościom tego świata”, a „szczególniejsze upodobanie znajdował w ćwiczeniach rycerskich, żywiąc wielkie i próżne pragnienie zdobycia sobie sławy” (Opowieść Pielgrzyma nr 1, odtąd: OP).

Otóż wielka duchowa przemiana zaczęła się w życiu Ignacego od poważnego nieszczęścia.

Podczas obrony Pampeluny w starciu z wojskami francuskimi w maju roku 1521 Inigo został poważnie ranny. „Kula z działa ugodziła go w nogę i zdruzgotała ją zupełnie. A ponieważ kula przeszła mu pomiędzy nogami, więc i druga noga była też ciężko zraniona”. Dopiero po kilkunastu dniach przeniesiono go w lektyce do rodzinnej miejscowości. „Ponieważ czuł się bardzo źle, wezwano z różnych stron lekarzy i chirurgów. Byli oni zdania, że trzeba ponownie łamać nogę, żeby kości dobrze złożyć”. „Zabrano się więc do powtórzenia tej ?jatki?”.

Na niewiele zdała się ta okropna operacja. Pacjent czuł się coraz gorzej i był bliski śmierci. „Stan jego zdrowia pogarszał się coraz bardziej. Nie mógł już jeść i pojawiły się inne oznaki zbliżającej się śmierci” – czytamy w Opowieści Pielgrzyma. Przełom w chorobie, a następnie zdrowienie było cudem. Nie był to jednak koniec wielkich cierpień, gdyż, owszem, „kości zaczęły się już zrastać, ale poniżej kolana jedna kość była nasunięta na drugą, tak iż noga była przez to krótsza. Nadto kość ta sterczała tak bardzo, że był to widok nader brzydki. On zaś, zdecydowany iść drogą światową, nie mógł tego ścierpieć, bo sądził, że to go będzie szpecić”. Pytał więc lekarzy o możliwość usunięcia defektu. Ci uczciwie poinformowali go, że jest to możliwe, ale „cierpienia będą większe niż wszystkie te, jakich już doznał, ponieważ był już zdrowy i ponieważ operacja ta potrwa dłuższy czas. Niemniej zdecydował się na to męczeństwo z własnej woli”. „Rozcięto mu więc ciało, odpiłowano tę wystającą kość i zastosowano środki, ażeby noga nie została krótsza. Przykładano wiele maści i bez przerwy naciągano nogę przy pomocy wyciągu, który go męczył przez wiele dni” (OP 5).

Podczas tych wszystkich operacji – mówi o sobie w trzeciej osobie ojciec Ignacy – „nie powiedział ani słowa, nie okazał też żadnego znaku boleści prócz tego tylko, że mocno zaciskał pięści”. Wszystko to znosił zapatrzony „w marności tego świata” i w rycerską karierę, z której nie zamierzał rezygnować. Cieszył się, gdy zdrowiał i gdy rosły szanse na realizację jego dotychczasowych marzeń i życiowych planów.

Początek „rozeznawania duchów”

Plany Ignacego zostały jednak mocno pokrzyżowane. Uczynił to Bóg, który delikatnie i coraz wyraźniej przemawiał do niego w czasie rekonwalescencji. Choć czuł się już zdrowy, to jednak „nie mógł jeszcze stąpać chorą nogą i dlatego musiał leżeć w łóżku. A ponieważ bardzo był rozmiłowany w czytaniu książek światowych i pełnych różnych zmyślonych historii, tak zwanych romansów rycerskich, więc czując się dobrze poprosił dla zabicia czasu o jakieś książki tego rodzaju. W tym domu nie było jednak żadnych takich książek, które zwykł był czytać. Dlatego dano mu Życie Chrystusa i księgę Żywotów Świętych w języku hiszpańskim” (OP 5).

Przyjdzie taki czas w życiu Ignacego, kiedy Bóg będzie mu się objawiał w sposób wyjątkowy, mistyczny – w wielkich wizjach i oświeceniach. Wcześniej doświadczy jeszcze wielkich udręk psychicznych i duchowych. Zaatakują go myśli samobójcze. Zaaplikuje sobie surowe posty i inne surowości.

Na razie jednak – w czasie rekonwalescencji – Bóg przemawiał do Inigo bardziej zwyczajnie, właśnie poprzez pociągające przykłady świętych i poprzez rozważanie życia Jezusa. Święty Ignacy tak sam opisuje ważny czas, gdy zaczął świadomie zauważać wezwanie Jezusa, a z drugiej stronie wpływ ducha złego.

„Czytał więc często te książki i nawet poczuł w sobie pewien pociąg do tego, co tam było napisane. Ale kiedy przerywał to czytanie, rozmyślał niekiedy nad tym, co przeczytał, kiedy indziej zaś nad sprawami światowymi, które przedtem zajmowały jego umysł. Wśród tych wielu spraw próżnych, które mu się narzucały, jedna tak bardzo opanowała jego serce, że zatopiwszy się w niej rozmyślał nad nią dwie, trzy, a nawet cztery godziny, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Marzył o tym, czego by miał dokonać w służbie pewnej damy, o środkach, których by użył, aby dostać się do miejscowości, gdzie ona mieszkała, o wierszach i słowach, w których by się do niej zwracał, wreszcie o czynach orężnych, których by dokonywał w jej służbie. I tak był pogrążony w tych marzeniach, że nawet nie widział, jak bardzo były one niemożliwe do spełnienia, ponieważ dama ta nie była zwyczajną szlachcianką ani hrabianką, ani księżniczką, ale należała do nieporównanie wyższego stanu” (OP 6).

„Tymczasem Pan nasz spieszył mu z pomocą i sprawiał, że po tych myślach następowały inne, zrodzone z tego, co przeczytał. W rzeczy samej podczas czytania Żywota Pana naszego i Żywotów Świętych myślał nad nimi i tak rozważał sam w sobie: „Co by to było, gdybym zrobił to, co św. Franciszek albo co zrobił św. Dominik?”. I rozmyślał o wielu rzeczach, które wydawały mu się dobre, a zawsze miał na oku rzeczy trudne i ciężkie. A kiedy je sobie przedstawiał, wydawało mu się rzeczą łatwą wcielić je w czyn. I całe jego rozważanie sprowadzało się do tego, że mówił sam do siebie: „Św. Dominik zrobił to, więc i ja muszę to zrobić. Św. Franciszek zrobił to, więc i ja muszę to zrobić”. Myśli te trwały w nim przez dłuższy czas, potem znów inne rzeczy je przerywały i nachodziły go myśli światowe, o których była wyżej mowa. One też zajmowały go dość długo. I to następstwo tak różnych myśli trwało w nim przez dosyć długi czas, a on zatrzymywał się zawsze nad myślą, która się pojawiała i narzucała jego wyobraźni: już to myśl o światowych wyczynach, których pragnął dokonać, już to ta inna – o Bogu.

Wreszcie znużony porzucał je i zajmował się czym innym” (OP 7).

„Jednakże w tym [następstwie myśli] była taka różnica: kiedy myślał o rzeczach światowych, doznawał w tym wielkiej przyjemności, a kiedy znużony porzucał te myśli, czuł się oschły i niezadowolony. Kiedy znów myślał o odbyciu boso pielgrzymki do Jerozolimy lub o tym, żeby odżywiać się samymi tylko jarzynami i oddawać się innym surowościom, jakie widział u świętych, nie tylko odczuwał pociechę, kiedy trwał w tych myślach, ale nawet po ich ustąpieniu pozostawał zadowolony i radosny. Nie zwracał jednak na to uwagi ani nie zatrzymywał się nad oceną tej różnicy aż do chwili, kiedy pewnego razu otworzyły mu się nieco oczy i kiedy zaczął dziwić się tej różnicy i zastanawiać się nad nią. To doświadczenie doprowadziło go do zrozumienia, że jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym. I tak powoli doszedł do poznania różnych duchów, które w nim działały – jednego szatańskiego, drugiego Bożego” (OP 8). „To było jego pierwsze rozważanie o rzeczach Bożych; a kiedy potem oddawał się Ćwiczeniom [Duchownym], stąd czerpał swoje pierwsze światło do rozpoznania różnicy duchów”(Tamże).

Do tego obszernego cytatu dodam objaśnienie zawarte w przypisie: „Ignacy przywiązywał wielką wagę do tego najwcześniejszego przeżycia duchowego. Tu po raz pierwszy przez samoobserwację dokonał rozeznania duchów wedle oceny skutków wywoływanych w duszy. Z tego przeżycia zrodziły się potem dwie serie reguł ad spiritus dignoscendos – służących do rozeznawania duchów – w Ćwiczeniach Duchownych (Ćwiczenia duchowne 313-336). Odgrywają one zasadniczą rolę podczas dokonywania wyboru w Ćwiczeniach, jak to sam Ignacy z naciskiem podkreśla zarówno w książce Ćwiczeń jak i w Opowieści w n. 99. Trzeba zatem powiedzieć, że geneza Ćwiczeń Duchownych sięga początkami aż do Loyoli – do przeżyć Ignacego w chorobie (1521-1522).

Zawierzyć Bożej pedagogii

Droga każdego człowieka do Boga wiedzie przez różne etapy.
Pierwszy bywa niekiedy tak gwałtowny i bolesny jak w życiu św. Ignacego. Niekoniecznie trzeba iść na wojnę, by wydarzyło się coś, co zwala z nóg i przygotowuje grunt dla radykalnego zwrócenia się ku Bogu. Codzienne życie z jego zwyczajnymi przeciwnościami, niezrozumieniami ze strony bliźnich też może zwalać nas z nóg i coraz dogłębniej kwestionować sens dotychczasowego życia. Na ten czy inny sposób sprawdza się jednak w naszym życiu ta prawidłowość, że „coś” musi nami wstrząsnąć. Wcześniej czy później musimy doświadczyć odpowiednio wielkiego bólu, byśmy przestali pokładać nadzieję w sobie samych i w kruchej doczesności, która złudnie nas olśniewa i za dużo obiecuje.

Sam jednak ból i wszelkie cierpienie (fizyczne, psychiczne czy duchowe) są dwuznaczne – w tym sensie, że różnie możemy zareagować na doświadczane cierpienie. Może nas ono wtrącić w wielki smutek, zwłaszcza wtedy gdy jest wielkie. Czasem wywołuje ono destrukcyjną rozpacz. Światło Bożego Objawienia poucza nas jednak, że rolą cierpienia nie jest niszczenie nas. Bóg wręcz nie może chcieć nas niszczyć, skoro stwarza nas jako arcydzieło swojej Miłości. Chroniąca nas Miłość Boga dopuszcza cierpienie jedynie po to, by kruszyć pancerz naszego egoizmu i by zakwestionować nasz egocentryzm.

Wiem, że są to tematy niezwykle delikatne. Wolno jednak powiedzieć, że doświadczane cierpienie pozostaje w proporcji do grubości muru naszego egoizmu i naszej pychy, a także w proporcji do wielkości powołania i misji, którą Bóg komuś powierza.

Krótko mówiąc, doświadczane przez nas cierpienia – i te małe, i te wielkie – są po prostu elementem wielkodusznej pedagogii Boga wobec nas. Boże prowadzenie nas jest zawsze pełne miłości i ma jeden cel: wprowadzić nas w wielki świat Boskich Osób.

Zakończmy optymistycznym wnioskiem.

Jeśli św. Ignacy Loyola – po tylu cierpieniach (fizycznych, psychicznych i duchowych) – został doprowadzony przez Boga do wielkich mistycznych obdarowań i do wielkiej radości oraz pokoju ducha, to i my nie traćmy ducha, gdy czujemy się doświadczani różnymi cierpieniami. Zaufajmy Bogu. On jeden zna potrzebną każdemu z nas „dawkę” cierpienia, które skutecznie skruszy w nas głupią pychę i niemądry kult siebie samego oraz samej tylko doczesności.

Przez wstawiennictwo św. Ignacego prośmy o tę łaskę, byśmy odnowili w sobie wielkie zawierzenie wobec naszego Zbawiciela i byśmy wydali się w Jego ręce. Niech nas do tego mobilizuje ta obserwacja św. Ignacego: „Jest bardzo mało ludzi, którzy przeczuwają, co Bóg uczyniłby z nich, gdyby zaparli się siebie samych i wydali się całkowicie Jezusowi Chrystusowi, aby On ukształtował ich dusze w swoich rękach”. Obyśmy powiększyli to bardzo małe grono osób, które nie lękają się być konsekwentnymi uczniami Pana Jezusa.

o. Krzysztof Osuch SJ

źródło: www.deon.pl

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *