Historia muzułmanina, który został chrześcijaninem

Moje nawrócenie nie jest ani zwycięstwem ani porażką ale dziełem Bożym…

Dedykacja

Dedykuję to świadectwo mojemu ojcu al-Hâdjdj Issa Sawadogo i mojej matce Minata Rouamba, przyzywając dla nich opieki Matki Najświętszej i jej oblubieńca świętego Józefa, których moi rodzice są w moim odczuciu wspaniałym odzwierciedleniem. Oboje cierpieliście nie rozumiejąc dlaczego. Niech ta ofiara przeżyta w wierze i miłości doprowadzi Was do chwały Boga żywego, w którym złożyliście całą Waszą nadzieję. Wasz „synek” udziela Wam kapłańskiego błogosławieństwa w imię Boga żywego, tego, który mu się objawił, Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Wprowadzenie

Kim jestem?

Jestem młodym Ojcem Białym Misjonarzem Afryki, pochodzącym z Burkina Faso, urodzonym 7 kwietnia 1971 roku w Boboua-Daloa na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jestem pierworodnym synem d’al-Hâdjdj Sawadogo Issa. Mój ojciec jest muzułmaninem i bardzo szanowanym członkiem w swojej wspólnocie i wszędzie tam gdzie przebywa z powodu jego głębokiej wiary w Allaha, jego praktyk religijnych i postawy pełnej miłości wobec osób marginalizowanych w społeczeństwie a także z powodu jego wielkiej dyskrecji oraz jego wysiłków na rzecz sprawiedliwości i pojednania. Tata przekazał mi wiarę muzułmańską, którą sam otrzymał od swojej wspólnoty i pogłębił poprzez religijne życie. Od mojego najwcześniejszego dzieciństwa uczyłem się od ojca, że Allah jest Stwórcą całej ludzkości, że wszystko co istnieje należy do Niego a nasze życie jest mu poświęcone. W ten sposób już od dziecka wiedziałem co to znaczy być muzułmaninem i w rzeczywistości byłem nim od urodzenia a także poprzez ceremonię chrztu czyli przyznania imienia, na którym otrzymałem imię „Mamadou” takie samo jak wielki prorok w islamie. Tak dojrzewałem w swojej wierze muzułmańskiej aż do 22 roku życia, do momentu kiedy pewnego dnia jedno niezwykłe wydarzenie odmieniło całkowicie bieg mojego życia i stopniowo doprowadziło do wiary w Jezusa Chrystusa, następnie do życia misyjnego i do kapłaństwa.

 Przemierzona przeze mnie droga wzbudzała zawsze zainteresowanie wielu osób, zwłaszcza chrześcijan, muzułmanów oraz wyznawców tradycyjnej religii afrykańskiej, w otoczeniu, których dorastałem i wśród których wszystko się zaczęło. Po dwudziestu latach podążania tą drogą mogę powiedzieć bez najmniejszej wątpliwości, że ta wędrówka rozpoczęta przez samego Boga jest źródłem łaski dla wielu osób. Także w tej opowieści chciałbym zaświadczyć o tym, czego Bóg żywy dla mnie dokonał. Skoro to świadectwo pomogło już wielu, być może będzie także pomocą dla innych?

Rozdział I

Moja droga

Dzielę się moim świadectwem w całkowitej ufności do Boga. Oby Pan obdarzył drogich czytelników duchem prawdy i otwartości. Tak jak często to powtarzam, nie wybrałem mojego obecnego życia, w którym żyję wiarą w Jezusa Chrystusa. Otrzymałem je i zdecydowałem się je przyjąć. Tak naprawdę celem tego świadectwa jest odkrycie jaki był plan Boży na drodze nawrócenia młodego muzułmanina, przekonanego do swojej wiary na wiarę chrześcijańską, której absolutnie nie znał i nie starał się poznać ponieważ nie miał takiej potrzeby. Dlatego właśnie kolejno dzielę się z Wami poniżej jakie było moje doświadczenie islamu, co mnie doprowadziło do otwarcia się na chrześcijaństwo i jaka jest moja wiara jako chrześcijanina dzisiaj.

Moja wiara – islam

Moja wiara w tamtym momencie opierała się na pięciu filarach islamu la Shahâda (wyznawanie wiary), la Salât (pięć modlitw w ciągu dnia) le Sawm (post) la Zakât (jałmużna) Hajj (pielgrzymka do Mekki). Idąc za przykładem mojego ojca, moje zaangażowanie religijne było skupione na dokładnym przestrzeganiu czasu przeznaczonego na pięć modlitw praktykowanych w ciągu dnia, do których często dołączałem modlitwy dodatkowe w nocy. Częścią integralną mojej wiary była również troska o najuboższych i pozbawionych środków do życia. Towarzyszenie takim osobom stało się również podstawą moich wszelkich relacji. Byłem bardzo uważny na potrzeby innych i według moich możliwości pomagałem najuboższym rodzinom oraz najsłabszym przyjaciołom w szkole. Piątkowa modlitwa we wspólnocie muzułmańskiej była dla mnie bardzo ważnym momentem – wtedy przyjmowałem naukę dotyczącą postawy muzułmanina w życiu codziennym. Pobierałem naukę o czynach i słowach Proroka i przyjmowałem jako własne słowa Boga, które były czytane i komentowane w każdy piątek. Dzięki mojej wspólnocie muzułmańskiej nabyłem głębokiego przekonania, a nawet pewności że tylko wiara w Allaha, taka jaką mi przekazano nadaje sens życiu każdego człowieka. Dlatego też nie szukałem innej drogi czy innej wiary: życie wśród wyznawców innych religii, w moim przypadku chrześcijan mi nie przeszkadzało ponieważ wiedziałem, że nikt nie może podważyć mojej wiary jako muzułmanina. Za każdym razem kiedy napotykałem jakiś problem w praktykowaniu mojej wiary taki jak na przykład brak możliwości odmówienia dwóch modlitw popołudniowych z powodu zajęć na studiach udawałem się po poradę do wyższego rangą duchownego w naszej wspólnocie muzułmańskiej. Wszędzie tam gdzie przyszło mi żyć zawsze poszukiwałem pokoju ponieważ Allah jest współczujący i miłosierny i tego też nauczyłem się od mojego ojca. Kiedy moi koledzy z klasy, którzy byli chrześcijanami naśmiewali się ze mnie, że jestem taki zasadniczy w przestrzeganiu czasu na modlitwę czy za bardzo zdyscyplinowany wewnętrznie nic im nie odpowiadałem ponieważ dla mnie wyznawanie wiary innej niż islam było błędem. W związku z tym nie miałem powodu żeby się czuć urażonym ponieważ byłem po prostu nierozumiany. Tak pokrótce przedstawiało się moje życie i moja wiara jako muzułmanina.

Niedawno dawałem świadectwo mojej wiary muzułmańskiej tak jak to robię w tej chwili w grupie młodzieży. Na koniec mojego dzielenia się jedna dziewczyna zadała mi takie pytanie:”Jeśli wszystko było tak pięknie i mamy tyle wspólnego dlaczego stałeś się chrześcijaninem”. To samo pytanie stawia mi każda osoba, która poznaje moją historię. Odpowiedź jest ciągle taka sama: nie jest ona zwyczajna ale to jest jedyna jaką mogę dać. Oto ona…

Wstrząsające świadectwo – moje nawrócenie

Chociaż urodziłem się na Wybrzeżu Kości Słoniowej rok szkolny spędzałem u mojego wujka w Burkina Faso. Pewnego wieczoru, po skończonych zajęciach z teakwondo, na które wówczas uczęszczałem, kiedy wracałem jak zwykle na rowerze do domu nagle usłyszałem swoje imię wypowiedziane tuż nad moją głową. Usłyszałem „Mamadou”. Podnosząc instynktownie oczy zobaczyłem jakby ludzką postać odzianą w olśniewająco białe szaty i promieniującą światłem. Wpatrzony w tę postać nie miałem świadomości istnienia niczego poza nią i poza mną. Nie byłem świadomy tego, że wciąż jadę rowerem ani tego co dzieje się wokół mnie. Pomimo tego, że to wydarzyło się w odległości kilku kilometrów od miejsca gdzie mieszkałem, kiedy odzyskałem świadomość zobaczyłem rower zaparkowany w garażu, tam gdzie go zwykle zostawiałem. Kiedy już doszedłem do siebie, nagle poczułem przerażenie ale bardzo szybko ogarnął mnie pokój. Wychodząc z garażu spojrzałem w górę, aby sprawdzić czy ta osoba wciąż tam jest. Ale już jej nie było. Natychmiast starałem się zrozumieć co właśnie przeżyłem. Byłem poruszony, wstrząśnięty i zawieszony pomiędzy wątpliwościami i oczywistą prawdą. Nawet poszedłem do naszego strażnika i do strażników fabryki, gdzie mój wujek był dyrektorem technicznym i na terenie której wówczas mieszkałem, aby zapytać ich czy nie zauważyli niczego dziwnego w moim zachowaniu kiedy ich mijałem tego wieczoru. Ja sam nie pamiętałem momentu kiedy przekroczyłem bramę fabryki ani tego czy pozdrowiłem strażników. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że zachowywałem się tak jak zwykle. Wszystko to było dla mnie kompletnie niezrozumiałe, ale z drugiej strony nie mogłem zaprzeczyć faktom. Dwa pytania przyszły mi do głowy: „Kto to jest? I co to oznacza?” Potem usiłowałem o tym wszystkim zapomnieć. Nie powiedziałem o tym nikomu, myśląc że będę uznany za wariata. Po kilku dniach, kiedy sprawa wydawała mi się już zamknięta, miałem inne doświadczenie z tą samą osobą w bieli: widziałem ją w nogach mojego łózka, stała i na mnie patrzyła. Byłem na wpółobudzony i wpółuśpiony zarazem. Za każdym razem kiedy otwierałem szybko oczy aby zobaczyć wreszcie porządnie tę postać, ona natychmiast znikała. Za każdym razem kiedy się pojawiała znowu jej obecność była taka rzeczywista jak za pierwszym razem. W końcu zdecydowałem się ją wprost zapytać: „Kim jesteś? Czego chcesz?” Te dwa pytania pozostały bez odpowiedzi aż do dnia kiedy moja koleżanka z klasy Sylvie, która jest chrześcijanką przyszła mnie odwiedzić. Odprowadzałem ją do domu, kiedy nagle przed jednym z domów usłyszałem znowu ten głos, który mnie wołał tak jak za pierwszym razem: „Mamadou”. Instynktownie odwróciłem głowę w kierunku, z którego dochodził ten głos i na podwórku, które było przede mną zobaczyłem mężczyznę, który gładził po głowie małe dziecko ze szkoły koranicznej, które przyszło do niego prosić o pieniądze. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale było coś tak niesamowicie pięknego w tym geście i w tej scenie, którą dane mi było obserwować. Zapytałem moją koleżankę: „Kto to?”. „To jest ojciec Gilles” – odpowiedziała. Zacząłem ją pytać dalej: „Dlaczego z taką miłością traktuje to małe żebrzące dziecko?”. Sylvie odpowiedziała: „On robi to do czego Jezus go posłał”. „A kto to jest Jezus?”- zapytałem ją znowu. Słysząc to moja przyjaciółka stwierdziła, że zadaję za dużo pytań i sobie poszła. Ledwo skończyła to mówić, zupełnie nieoczekiwanie dla mnie, tak jakby odpowiadając na moje pytanie postać w bieli, która mnie wołała pojawiła się ponownie, a ja przeżyłem znowu to samo co podczas naszego pierwszego spotkania. Jej obecność zatopiła mnie w głębokiej ciszy. I znowu nic się nie liczyło poza tą postacią i poza mną. Następnie wśród tej ciszy usłyszałem jej głos: „Będziesz taki jak on”. Słysząc to spojrzałem na człowieka od „pięknego gestu”. Trwałem w milczeniu zastanawiając się co to wszystko znaczy. Moja przyjaciółka Sylvie, która mnie widziała z daleka tkwiącego wciąż w tym samym punkcie, w którym mnie zostawiła przybiegła do mnie z pytaniem co ja robię na środku ulicy zamiast wracać do siebie. Opowiedziałem jej wszystko co właśnie widzialem i usłyszałem i powiedziałem jej: „Muszę być taki jak on”, wskazując palcem ojca Gillesa. Wybuchając śmiechem Sylvie uświadomiła mi, że nie mogę być „taki jak on” ponieważ ten wysłannik Jezusa jest jego uczniem co znaczy, że jest chrześcijaninem, podczas kiedy ja byłem muzułmaninem. Nie zastanawiając się za bardzo powiedziałem jej: „W takim razie zostanę chrześcijaninem i stanę się taki jak on, bo muszę być taki jak on”. Po kilku krokach zapytałem : „Co trzeba zrobić aby zostać chrześcijaninem?”. Wtedy Sylvie powiedziała mi, że tam gdzie widziałem ojca Gillesa można dowiedzieć się więcej o Jezusie i poznać jego naukę. Zostawiajc moją przyjaciółkę samą wróciłem w tamto miejsce, wszedłem na podwórko i dyskretnie usiadłem, aby posluchać o Jezusie. Tego dnia był początek całorocznej katechezy i ojciec przedstawiając program nauczania mówił w skrócie o proroctwach, o narodzeniu, życiu, śmierci, zmartwychwstaniu i objawieniach Jezusa. Słuchając tego wszystkiego powiedziałem sobie: „Więc oni go znają!”. Po skończonej katechezie podszedłem do ojca i powiedziałem mu: „Ja też chcę zostać chrześcijaninem”.

Rozdział II

Przeszkody na drodze

Wasz ksiądz się boi

Ksiądz z wyraźnym zdziwieniem zapytał mnie: „Nie jesteś ochrzczony?”. Kiedy mu odpowiedziałem, że nie, zapytał mnie dlaczego. Kiedy mu powiedziałem, że jestem muzułmaninem, zobaczyłem w jego oczach strach przed zapisaniem mnie na katechezę. Wobec tego następnego dnia podszedłem do jednego z moich licealnych kolegów Serge Noel Zéba, jednego z tych, którzy śmiali się ze mnie, kiedy odmawiałem moje codzienne modlitwy w szkole i powiedziałem mu, że chcę zostać chrześcijaninem, ale ich ksiądz boi się mnie przyjąć na katechezę. Zaskoczony i rozbawiony zarazem wykrzyknął na cały głos tak, że wszyscy w klasie go usłyszeli: „On chce zostać chrześcijaninem”. Kiedy już się uspokoił zapewnił mnie: „Nie przejmuj się, w następną środę pójdę z Tobą”. Tak więc w następną środę poszliśmy razem do księdza i żeby go przekonać mój kolega powiedział mu, że jestem jego przyjacielem i że uczęszczałem na katechezę przez rok na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a teraz chciałbym jeszcze uzupełnić i pogłębić swoją wiedzę religijną. To nie była oczywiście prawda, ale to wystarczyło, aby przekonać księdza, który w końcu zapisał mnie do drugiej klasy. W ten sposób posuwałem się do przodu niczym insekt wabiony światłem lampy aż do dnia, kiedy to jeden z moich wujków Boukary Sawadogo dowiedziawszy się, nie wiem od kogo, że spędzam dużo czasu z chrześcijanami i pobieram u nich nauki wezwał mnie do siebie. Wtedy to, jakby budząc się z długiego snu, zdałem sobie sprawę z tego jaką stawkę przyjdzie mi zapłacić za decyzję o wejściu na tę drogę. Pamiętałem o tym, czego nauczyłem się w islamie, że wiara chrześcijańska jest błędna ale była we mnie jakaś nadzwyczajna siła, która nieustannie popychała mnie naprzód aby iść za słowem, które było mi powiedziane przez tę osobę: Jezusa. Jednocześnie nie wiedziałem dlaczego miałbym zostawić islam skoro moje życie płynęło w spokoju i niczego mi nie brakowało. Jednak skoro nie mogłem być jednocześnie muzułmaninem i chrześcijaninem zrozumiałem, że jestem na drodze, która prowadzi do Kościoła i do Jezusa Chrystusa. Tak naprawdę to było niewyobrażalne według edukacji, którą otrzymałem w islamie. To było bardzo poważne przewinienie w oczach mojej wspólnoty muzułmańskiej oraz upokorzenie dla mojego ojca i mojej rodziny. W związku z tym, przez ostrożność zaprzeczyłem, że uczęszczałem na katechezę, a mój wujek oficjalnie mi zabronił przebywać w miejscu, gdzie odbywała się katecheza. Zacząłem więc na nią chodzić potajemnie aż do trzeciej klasy, na zakończenie której miałem otrzymać chrzest. I tutaj pojawił się nowy problem: aby być przyjętym do grona katechumenów wymagana była pisemna zgoda rodziców bądź opiekunów.Miałem wówczas 22 lata i myślę, że w moim przypadku Kościół wymagał tej zgody przez ostrożność, aby nie być posądzonym o prozelityzm. Kiedy ksiądz wszystko mi wyjaśnił i wręczył dokument do podpisania ogarnęła mnie czarna rozpacz. Wiedziałem dobrze, że dostarczenie podpisanego dokumentu będzie dla mnie niemożliwe bo aż do tej pory wszystko robiłem w tajemnicy. To nie mój ojciec, który podpisze taką zgodę! I nawet mój wujek Daniel, który był moim opiekunem i był chrześcijaninem, ale przed którym także się ukrywałem, nie mógłby podpisać zgody na mój chrzest bojąc się gniewu swojego starszego brata. Mimo wszystko zdecydowałem się jednak spróbować szczęścia dając wujkowi zgodę do podpisania. Jednak jak tylko przeczytał i zauważył wzmiankę o chrzcie wykrzyknął: „Jak to? Od jakiego czasu idziesz w tym kierunku? ?”. „Od dwóch lat”- odpowiedziałem, cały czas obserwując jego rękę i dokument. Wujek jakby się wahając powiedział „Nie! Nie mogę tego podpisać, mój starszy brat mnie zabije!”. Wziąłem więc od niego dokument i długopis i wchodząc do swojego pokoju rzuciłem je na biurko a sam położyłem się na łóżku. Ułożyłem taką prostą modlitwę: „To Ty mi powiedziałeś, że będę taki jak on, żeby być takim jak on muszę zostać chrześcijaninem, żeby zostać chrześcijaninem muszę być ochrzczony, żeby być ochrzczonym ten dokument musi być podpisany. Ja zrobiłem wszystko co było w mojej mocy, reszta jest w twoich rękach”. Kiedy skończyłem tę modlitwę zapadłem w głęboki sen. Potem w ciszy ten sam głos, który już słyszałem powtórzył mi trzy razy te słowa: „Wstań jutro rano, weź dokument i długopis idź do wujka i powiedz mu tak: Wujku jeśli Ty tego nie podpiszesz będę zmuszony podpisać ten dokument własnoręcznie”. Po trzecim powtórzeniu tych słów obudziłem się podskakując zaskoczony przez to wydarzenie. Byłem trochę zdezorientowany i wydawało mi się, że przespałem całą noc, ale nagle usłyszałem odgłos telewizora i sprawdzając godzinę na zegarku zdałem sobie sprawę, że spałem tylko jakieś pięć minut. Wtedy zrozumiałem sens tej wiadomości jaką otrzymałem we śnie i ogarnęła mnie niesamowita radość. Następnego dnia rano zrobiłem dokładnie tak jak polecił mi głos: mój wujek wstał z łóżka, jeszcze trochę zaspany i podpisał skarżąc się, że został obudzony tak wcześnie. Szczęśliwy pobiegłem szybko na plebanię żeby dostarczyć podpisaną zgodę. Kiedy wróciłem ze szkoły mój wujek zapytał mnie czy podpisał dokument, odpowiedziałem mu, że tak a on na to: „Nie chcę mieć z tym nic wspólnego”.

W czasie przygotowań do ceremonii chrztu świętego, a dokładnie w przeddzień uroczystości ksiądz zdał sobie sprawę, że jeszcze nie wybrałem dla siebie chrześcijańskiego imienia więc poprosił mnie żebym sobie jakieś znalazł. Nie miałem pojęcia jakie to ma być imię i powiedziałem o tym mojej cioci, która bez zastanowienia powiedziała: „Wybierz sobie imię Adrien bo mi się podoba”. I tak się też stało: zostałem ochrzczony 28 maja 1992 roku w parafii w Banfora. Sawadogo Mamadou został Sawadogo Mamadou Adrien. Przeczuwałem powoli powagę mojego wyboru, który sprzeciwiał się całkowicie wierze muzułmańskiej i wierze mojej rodziny, do której miałem wkrótce dołączyć gdyż zbliżały się wakacje, a te zawsze spędzałem w moim rodzinnym domu. I w rzeczy samej ściągnąłem na siebie gniew mojego ojca i mojej wspólnoty muzułmańskiej z Kabadougou w Daloa, na północy Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie osiedlił się mój ojciec posiadający tam swoje plantacje kawy i kakao.

Uzasadniony gniew moich braci muzułmanów: „Chcesz nam powiedzieć, że wszyscy mają zostać chrześcijanami?”

Po moim przyjeździe do domu rodzinnego nadal zachowywałem się tak jak zwykle czyli przygotowałem wodę do obmycia się i wybrałem miejsce na modlitwę. Mój ojciec zauważył różaniec chrześcijański zawieszony na mojej szyi, ale nie skomentował tego ani jednym słowem tylko zmierzył mnie spojrzeniem. Jednak kiedy zdał sobie sprawę, że nie dokonałem rytualnego obmycia się przed modlitwą podniósł się ze swojej maty do modlitwy, ujął mnie mocno za ramiona i kazał iść się obmyć. Z wielkim szacunkiem powiedziałem mu: „Tato, zostałem chrześcijaninem”, a on powtórzył: „A ja ci każę pójść się obmyć i przyjść tutaj się modlić”. Żeby już mu więcej nie przeszkadzać w modlitwie, wziąłem mój różaniec i w oddaleniu zacząłem go odmawiać łącząc się duchowo w modlitwie z moim ojcem. To strasznie rozgniewało mojego ojca. Znając dobrą reputację moją, mojego ojca i całej naszej rodziny jako przykładnych muzułmanów, moje nawrócenie na chrześcijaństwo było po prostu niewyobrażalne: to było czyste i niespodziewane szaleństwo. We mnie i w mojej rodzinie wywołało to kompletne zamieszanie. Od tego dnia rozpoczął się długi okres prześladowań i cierpienia zarówno dla mojej rodziny jak i dla mnie. Próbowano wywrzeć na mnie presję przez mojego ojca, przez moją wspólnotę muzułmańską i niczego tam nie brakowało: obelg, zastraszania, onieśmielania, szantażu. Z dnia na dzień z ukochanego dziecka przeobraziłem się w czarną owcę zarówno w mojej rodzinie jak i we wspólnocie muzułmańskiej. I byłem sam przeciwko wszystkim. Jedynie realne spotkanie z Jezusem, które przeżyłem było dla mnie jedynym wewnętrznym wsparciem i pociechą. Największą raną jaka została mi zadana było oddalenie mojej matki przez mojego ojca. Moja matka doniosła mi, że po bezskutecznych próbach wywarcia na mnie presji w celu zmiany mojej decyzji, wspólnota muzułmańska poradziła mojemu ojcu, aby uderzył w mój najsłabszy punkt czyli w moją miłość do mojej matki, która nie była dla nikogo tajemnicą – wszyscy wiedzieli, że bardzo ją kocham. Kiedy moja matka została odesłana z rodziny mojego ojca po raz pierwszy, zawiadomiony przez moich wujków, braci mojej matki, którzy obwiniali mnie o to co się stało i o to, że moja mama cierpi przez mnie, musiałem na jakiś czas przerwać szkołę i pojechać w rodzinne strony, aby znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Kiedy przyjechałem zastałem moją rodzinę smutną, podzieloną i rozgniewaną. Nawet moi młodsi bracia, którzy do tej pory nic nie mówili przez szacunek do starszego brata, którym dla nich byłem, byli na mnie rozgniewani co okazywali ostentacyjnie mnie omijając i całkowicie izolując. Obciążali mnie odpowiedzialnością za to całe zamieszanie, cierpienie i chaos jaki powstał w rodzinie. Moja matka przebywała wówczas u swojego młodszego brata, daleko od rodziny mojego ojca. Kiedy wieczorem zapytałem ojca gdzie jest mama i dlaczego odesłał ją z mojego powodu odpowiedział mi, że jeżeli chcę znowu zobaczyć matkę w domu powinienem wrócić do islamu. Zdałem sobie sprawę z tego, że wszystko było już wcześniej przygotowane: ojciec kazał dla mnie uszyć białą gandurę, nasz odświętny strój, gdyż wszystko działo się w przeddzień święta Tabaski. Ojciec wymógł na mnie abym ją założył i udał się z nim do meczetu na świąteczne modlitwy, tak aby cała wspólnota muzułmańska mogła zobaczyć, że jednak ze mną wygrał. Zrobiłem dokładnie wszystko co mi polecił bo nie mogłem znieść tego, że moja mama cierpi. Zabrałem jednak ze sobą różaniec, który powiesiłem na szyi i ukryłem pod gandurą i w duchu tak powiedziałem Bogu: „Panie Ty wiesz gdzie tak naprawdę jest moje serce”. Następnie wziąłem motocykl i pojechaliśmy z moim ojcem do meczetu na modlitwę. Widząc nas wchodzących razem do meczetu, wszyscy mieli szeroki uśmiech na twarzy i gratulowali mojemu ojcu. Ale w czasie modlitwy, różaniec, który tak pieczołowicie ukryłem wysunął się zza gandury i zaczał stukać o matę do modlitwy poruszając się jak wahadło. Wszyscy z mojej prawej jak i z lewej strony zaciekawieni co wywołuje taki hałas, zauważyli mój różaniec. Nowina szybko poszła zarówno do tyłu jak i do przodu aż doszła do imama, który przewodniczył modlitwie. Zdecydowałem w końcu, że usiądę spokojnie i nie będę się ruszał. Tak naprawdę, nawet jeśli byłem szczerze przekonany, że przez ten incydent Jezus wzywa mnie do tego abym był Mu wierny, nie wiedziałem czy wyjdę z niego żywy. Po zakończeniu modlitwy choć pospiesznie oddaliłem się sprzed meczetu zdążyłem jeszcze usłyszeć jak imam mówi do mojego ojca: „Issa wiesz co trzeba zrobić” co oznaczało: „Pozbądź się go”, a ojciec obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem. Po powrocie do domu zastałem tam moją matkę, która cała we łzach upadła na kolana i błagała mnie abym rzucił wszystko i wrócił do Islamu, bo to sprowadzi z powrotem do naszej rodziny ład i pokój. A ja rozpłakałem się i powiedziałem: „Mamo widocznie musisz cierpieć razem ze mną nawet jeśli nie rozumiesz dlaczego, ale ja muszę robić to co robię”. Moja mama zaskoczona szybko otarła rękami łzy i patrząc mi prosto w oczy powiedziała: „Jeśli musisz to zrób to, Bóg jest wielki, On będzie czuwał”. Po rozmowie z mamą poszedłem do ojca poprosić go żeby zostawił mamę w spokoju i nie mieszał jej do naszej różnicy zdań, gdyż w wieku 22 lat jest się już odpowiedzialnym za swoje czyny. On popatrzył na mnie z wściekłością i zapytał: „Chcesz powiedzieć, że wszyscy powinni zostać chrześcijanami?” Jego słowa mnie zaskoczyły, ale po chwili namysłu przyszła mi do głowy taka odpowiedź: „Jeżeli to, co ja przeżyłem nie przydarzyło się wam w taki czy inny sposób lepiej żebyście trwali w tym w czym trwacie, bo inaczej nie będziecie mieli ani tego co ja mam, ani tego co mieliście wcześniej”. Mój ojciec jakby nagle znalazł się w jakimś innym świecie, został z nieruchomym wzrokiem, z którego wyczytałem ogromne wewnętrzne cierpienie. Rozumiałem bardzo dobrze to cierpienie mojego ojca: jego pierworodny syn, filar jedności rodzinnej i nadzieja całej rodziny właśnie umierał. Chciałem bardzo podzielić się z nim tajemnicą mojego nawrócenia, aby wyzwolić go z tego cierpienia, ale wiedziałem dobrze, że w wierzeniach tradycyjnych i muzułmańskich złe duchy zajmują ważne miejsce, więc gdybym powiedział mu co mnie doprowadziło do wiary chrześcijańskiej uznałby, że zostałem zwiedziony przez złego ducha i zrobiłby wszystko, łącznie z wydaniem całego swego majątku, aby mnie uwolnić spod jego mocy i mnie odzyskać. Zdecydowałem się więc trzymać to w sekrecie czekając na bardziej sprzyjające okoliczności. To było dla mnie przygnębiające widzieć go w takim cierpieniu. Mój ojciec miał fundamentalne przekonanie i było to dla niego oczywiste, że jego pierworodny syn zachowa wiarę swoich przodków aby ją przekazać przyszłemu pokoleniu. Nikt nie mógł zrozumieć tego co się stało.

Większość uznała, że oszalałem. W dniu kiedy mój ojciec, zalewając się łzami i patrząc mi prosto w oczy powiedział: „Zraniłeś moją duszę” nie miałem innej odpowiedzi niż moje łzy. Najtrudniejsze było dla mnie to, że muszę wybierać pomiędzy moją wiarą chrześcijańską, a moją rodziną. Inne niedogodności czy złe traktowanie jakie musiałem znosić nie były dla mnie takie trudne jak ten wybór, którego musiałem dokonać. Najbardziej bolesne w tym wszystkim były błagania mojej matki, która za wszelką cenę usiłowała przywrócić jedność w rodzinie. Potem przyszło mojej mamie ponownie być oddaloną od rodziny, czego ślad nosi w sobie do dzisiaj.

Po moim chrzcie i po moich pierwszych spotkaniach z rodziną, tak bardzo burzliwych, wróciłem do Burkina i podjąłem studia. Moja matka została w rodzinie, ale mój ojciec przykazał mi żebym dokonał wyboru pomiędzy rodziną, a moją wiarą chrześcijańską. Tak długo jak będę chrześcijaninem nie będę jego synem. Wybrałem więc, ale nie obyło się bez cierpienia i czułem jakby w moim sercu zakorzenił się cierń, który nosi się wszędzie ze sobą. Wybrałem moją wiarę. Kontynuowałem moją drogę i wróciłem na katechezę, aby otrzymać sakrament bierzmowania.

Bierzmowanie – powołanie do życia misyjnego i ponowne powołanie do kapłaństwa.

Tego dnia, w czasie mszy, której przewodniczył wikariusz biskupi, słowa z Ewangelii: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody” ożywiły we mnie słowa, które powiedział mi Jezus przed wejściem do Foyer des Jeunes:”Będziesz taki jak on”. Dodam tylko, że ojciec Gilles był również obecny na tej mszy. Odczułem znowu to wezwanie Jezusa tak silnie, że nie mogłem się doczekać końca mszy, aby pójść i i z nim porozmawiać. Po zakończonej mszy przebrnąłem przez tłum i dyskretnie czekałem aż ojciec Gilles zostanie sam, aby do niego podejść. Lecz on zauważył wcześniej, że go obserwuję i zapytał mnie: „Czego szukasz?”, a ja nieśmiało odpowiedziałem patrząc mu prosto w oczy: „Chcę być taki jak ojciec”. „A ty mnie znasz?”. „Nie, ale wiem, że mam być taki jak ojciec”. Przez jakąś minutę ojciec patrzył na mnie nic nie mówiąc, a potem kazał mi iść ze sobą na plebanię, gdzie kazał mi usiąść i poczekać, a on sam poszedł na chwilę do swojego pokoju. Wrócił niosąc w ręku kilka książek i podając mi je powiedział: „Weź je i poczytaj na spokojnie i jeśli nadal będziesz zainteresowany wróć to porozmawiamy”. Uszczęśliwiony wziąłem te książki i wróciłem do siebie. To były książki o Kardynale Lavigerie, założycielu Zgromadzenia Ojców Białych i Sióstr Białych – Misjonarzy i Misjonarek Afryki. W jednej z książek była taka strona, na której znajdowało się zdjęcie misjonarzy zmasakrowanych w dżungli afrykańskiej z takim podpisem: „Ci mężczyźni oddali swoje życie niosąc Afryce Chrystusa, chcesz do nich dołączyć?”. To było jak światło, które oświetla drogę w ciemności. Zamknąłem książkę, zebrałem całą resztę, łącznie z tymi, których jeszcze nie przeczytałem i pobiegłem z prędkością wiatru na plebanię żeby spotkać się z ojcem Gillesem. Oddając mu książki powiedziałem: „Tak to jest dokładnie tu gdzie mam być”. Zaskoczony i zdezorientowany ojciec patrzył na mnie ze zdziwieniem a ja w jego oczach wyczytałem bardzo dużo znaków zapytania. Póki co, ojciec polecił mi po prostu wrócić do domu i czekać na jego znak i tak też zrobiłem. Jakiś czas potem zobaczyłem go w miejskim liceum w Banfora, gdzie się uczyłem i po raz drugi kiedy wychodził od mojego wujka Daniela, u którego mieszkałem. Nic z tego nie rozumiałem aż do dnia, w którym ojciec Gilles mnie wezwał, posadził obok siebie i wyznał, że przeprowadził coś w rodzaju wywiadu środowiskowego, aby zweryfikować stan mojego zdrowia psychicznego. W związku z tym, że nie znalazł nic nienormalnego, pozostała mu jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia: zrozumieć jaka była moja motywacja. „Coś wydarzyło się w Twoim życiu prawda? Co to było?” – zapytał mnie niespodziewanie. Wzięty z zaskoczenia wierciłem się na krześle cały czas patrząc mu prosto w oczy i mówiąc sobie w duchu: „Aż do teraz udało mi się zachować mój sekret, mam mu teraz powiedzieć? Co on sobie pomyśli? I w dodatku to jest „biały”, czy będzie w stanie zrozumieć?”. Wydawało się, że zrozumiał moje obawy bo powiedział: „Możesz mi zaufać”. Na te słowa cały mój strach się ulotnił i powiedziałem z ufnością: „Zgoda!”. Potem opowiedziałem mu wszystko co przeszedłem poczynając od spotkania z osobą w olśniewającej bieli aż do dnia kiedy przyszedłem do niego, aby oddać mu książki. Ojciec nic nie mówił przez jakieś pół godziny, a ja w tym czasie zastanawiałem się co on może sobie teraz myśleć. W końcu mi powiedział: „Dobrze zrobiłeś, wracaj do siebie”. Potem zadzwonił do mnie pewnego dnia i przedstawił mnie ojcu, który zajmował się animacją powołaniową u Misjonarzy Afryki. Na wejściu byłem świadkiem ostrej dyskusji pomiędzy ojcem Gillesem, a ojcem Calvo, animatorem powołaniowym, który twierdził, że pomiędzy moim nawróceniem i wejściem na drogę powołania upłynęło zbyt mało czasu, aby można było wierzyć w prawdziwość mojego powołania. Jednakże po rozmowie ze mną zgodził się przyjąć mnie do grupy kandydatów do Zgromadzenia Misjonarzy Afryki. W ten sposób rozpoczęła się moja wędrówka w stronę życia misyjnego i do kapłaństwa. Po powrocie do siebie oznajmiłem wujkowi mój zamiar zostania Misjonarzem Afryki i księdzem, na co mój wujek kompletnie zaskoczony powiedział: „No to teraz z pierwszego biegu wrzucasz od razu piąty i zaczyna się jazda!”. I miał rację gdyż wywołało to sprzeciw całej rodziny. I każdy miał swoje własne racje, aby sprzeciwiać się mojej decyzji. Dla mojego ojca oczywiście był to ewidentny przejaw całkowitego zbłądzenia i całkowitej straty. Dla moich wujków ze strony matki pogrzebana nadzieja na kontynuowanie klanu, a dla moich braci i kuzynów to był gniew kiedy widzieli ich starszego brata, na którego pomoc materialną bardzo liczyli oddalającego się od nich wraz z ich nadziejami. Czułem się w tym wszystkim bardzo osamotniony i był taki moment, że już nie mogłem tego znieść: przygnieciony ciężarem tego jarzma, pobiegłem cały we łzach do kościoła aby spotkać Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Usiadłem przed tabernakulum i cały zapłakany tak się modliłem: „Panie Ty wiesz, że ja wiem, że Ty tutaj jesteś, obecny i wiesz dlaczego do Ciebie przyszedłem. Mam tego dosyć, już nie mogę. Jeśli to Ty chcesz żebym był „taki jak on” dlaczego muszę tyle cierpieć? Jedyne co chcę wiedzieć to czy ta historia z byciem misjonarzem i księdzem pochodzi od Ciebie czy ja sam sobie to po prostu wymyśliłem? Jeśli wyjdę stąd bez żadnego znaku od Ciebie, rzucam to wszystko natychmiast aby odzyskać pokój i jedność w rodzinie i skupiam się na studiach.” Moja modlitwa była naprawdę szczera i mówiłem to wszystko bardzo poważnie, bo naprawdę byłem już u kresu wytrzymałości. Kiedy już się tak pomodliłem siedziałem tak dalej i nagle ogarnęła mnie taka niesamowicie głęboka cisza i pomimo tego, że kościół w Banfora znajduje się przy ruchliwej drodze nie słyszałem absolutnie nic. I w tej ciszy usłyszałem głos: „Dlaczego się wtrącasz? To są moje sprawy i pozwól mi się nimi zająć”. Te słowa były powtórzone trzy razy, a po trzecim razie ocknąłem się nagle jakby obudzony z głębokiego snu, z rękami podniesionymi do góry powiedziałem dosyć głośno: „Dobrze, dobrze, tym lepiej, tym lepiej”. Kiedy to mówiłem głos wewnętrzny powiedział mi: „Obejrzyj się za siebie”. Odwracając się instynktownie zobaczyłem jakieś cztery czy pięć kobiet, które odmawiały różaniec i które mierzyły mnie wzrokiem. Natychmiast zrobiłem obrót wokół własnej osi i zawstydziłem się, bo z pewnością słyszały moje okrzyki. I znowu usłyszałem: „Widzisz, to nie jest sen, właśnie mnie usłyszałeś”. Ogarnęła mnie ogromna radość, taka, która już nigdy mnie nie opuściła nawet w najtrudniejszych momentach mojego życia. Poszedłem do domu uradowany i zdecydowany jak jeszcze nigdy dotąd iść za Jezusem w całkowitym zaufaniu, tam gdzie On mnie zaprowadzi.

Dwa lata później, w 1995 powinienem był rozpocząć pierwszy cykl formacji w Zgromadzeniu Misjonarzy Afryki – studia filozoficzne w Ouagadougou, ale ze względu na obawy ówczesnego rektora co do szybkiego tempa w postępowaniu na drodze mojego powołania musiałem jeszcze zaczekać. Rektor zalecił mi zacząć jakieś studia na uniwersytecie i postudiować przynajmniej przez rok. Wybrałem więc prawo chociaż zawsze chciałem pójść na medycynę. Jednak wiedziałem, że w czasie jednego roku zdobędę więcej użytecznej wiedzy na prawie niż na studiach medycznych. Przed końcem roku akademickiego rektor Misjonarzy Afryki wezwał mnie do siebie i kazał się zdecydować: albo zaczynam pierwszy cykl formacji albo rezygnuję. Ja już dawno dokonałem wyboru: przerywając studia prawnicze rozpocząłem formację u Misjonarzy Afryki w 1996 roku, w Ouagadougou. Dzień przed wstąpieniem do Misjonarzy Afryki otrzymałem list od mojego ojca, w którym znowu mi powtórzył, że chce żebym wiedział, że jeżeli się zdecyduję dalej iść tą drogą nie będę już należał do rodziny i jeśli on umrze nie będę się mógł zbliżyć do jego ciała pomimo tego, że jestem jego pierworodnym synem. Ten list napełnił mnie tak głębokim smutkiem, że nie byłem nawet w stanie skończyć mojego posiłku. Mniej więcej w tym samym momencie zadzwonił telefon i okazało się, że dzwoni mój wykładowca prawa konstytucyjnego Laurent Bado. Moje zdziwienie było ogromne, bo na moim kierunku było około trzech tysięcy studentów, a ja nie miałem z nim żadnego osobistego kontaktu poza pytaniami, które czasem zadawałem mu na zajęciach i zastanawiałem się czy on mnie zna i jak mnie znalazł. Przedstawił mi się w taki sposób: „Nazywam sie Laurent Bado, jestem Twoim wykładowcą, wiem, że się nie znamy, ale ja jestem człowiekiem wierzącym w Jezusa i dowiedziałem się o Twoich problemach na drodze powołania. Otrzymałem od Pana wiadomość dla Ciebie. Pan Ci mówi: „Kto bardziej kocha swojego ojca i swoją matkę niż mnie, nie jest mnie godzien” i jeszcze dodał: „Czeka Cię więcej cierpienia w Kościele niż na zewnątrz”. Na końcu powiedział: „To wszystko co miałem Ci do przekazania. Odwagi!” i się rozłączył. To właśnie z tymi słowami zupełnie nieoczekiwanymi, ale bardzo jasnymi rozpocząłem moją formację w Zgromadzeniu Misjonarzy Afryki we wrześniu 1996 roku. Po zrobieniu tego kroku obawy mojej rodziny jeszcze bardziej się ugruntowały i rozszerzyły na dalszą rodzinę. Ponownie stało przede mną wewnętrzne wyzwanie jakim było zaakceptowanie tego, że jestem niezrozumiany w swojej rodzinie i w mojej wspólnocie, w której wzrastałem w wierze. Po jakimś czasie zrozumiałem, że gdyby to co przytrafiło się mnie, przytrafiło się jednemu z moich braci czy jednej z moich sióstr ja zareagowałbym identycznie jak moi rodzice czy moja wspólnota. Moja rodzina, a zwłaszcza moi wujkowie ze strony mojej matki, dla których zachowanie ciągłości rodu spoczywało na barkach najstarszego syna ich siostry, moją decyzję o życiu w celibacie i życiu misyjnym, co łączyło się ewidentnie z brakiem potomstwa, potraktowali jako cios w przyszłość całej naszej rodziny. To oni głównie wywierali na mnie presję abym jednak porzucił mój zamiar bycia księdzem i misjonarzem. Próbowali przywoływać mnie do porządku za pośrednictwem mojego wujka, najstarszego brata mojej matki, który wezwał mnie do siebie i tłumaczył mi, że spoczywa na mnie odpowiedzialność dotrzymania obietnicy złożonej przez mojego ojca, a którą mógł wypełnić jedynie jego pierworodny syn składając obiecaną ofiarę w świątyni kultu moich wujków ze strony matkim wyznawców religii tradycyjnej. Z kolei ja tłumaczyłem mu, że jako chrześcijanin nie mogę już składać podobnych ofiar i zasugerowałem, żeby zrobił to za mnie jeden z moich młodszych braci. Mój wujek obiecał mi, że skonsultuje się w tej sprawie z pozostałymi i poinformuje mnie o ich decyzji. Nadal wiec kontynuowałem formację, a po kilku tygodniach mój wujek ponownie wezwał mnie do siebie w trybie natychmiastowym. Znów byłem zmuszony prosić rektora o pozwolenie na spotkanie z moją rodziną. Zgodził się bo wiedział, że mam z nimi poważne problemy, a ja od razu udałem się do mojej rodzinnej wioski.

Uzasadnione oburzenie moich rodziców wyznających wiarę swoich przodków: „Chcesz nam powiedzieć, że wszystko co robili nasi ojcowie i to co nam przekazali jest do niczego?”

Kiedy przybyłem do mojej wioski, zdałem sobie sprawę z całej powagi sytuacji. Mój wujek, najstarszy brat mojej matki, poinformował mnie, że następnego dnia zbierze się rodzinna rada starszych, z którą mam się spotkać i odpowiedzieć na jej pytania. Spędziłem całą noc na modlitwie prosząc Pana Jezusa żeby mnie przeprowadził przez to spotkanie. Nazajutrz zostałem postawiony przed radą starszych, która przedstawiła mi ultimatum: jeżeli nie zgodzę się złożyć tej ofiary, duchy rodowe rozgniewają się i będę obciążony całkowitą odpowiedzialnością za zanik naszej rodziny. Zakomunikował mi to w imieniu całej rady wielki duchowny w naszej rodzinie. Kiedy skończył mówić mój najstarszy wujek zapytał mnie: „Czy zrozumiałeś co oznajmił Ci nasz wielki duchowny?”. Odpowiedziałem: „Tak”. ” I co Ty na to?”. W tym momencie czułem na sobie przewiercający wzrok wszystkich zebranych. Odpowiedziałem mojemu wujkowi, że nie mogę już więcej składać takich ofiar. Słysząc to wielki duchowny zaczął krzyczeć: „Chcesz nam powiedzieć, że wszystko co robili nasi ojcowie i to co nam przekazali jest do niczego?” Odpowiedziałem natychmiast: „Nie, w żadnym razie nie chcę i nie mogę tego powiedzieć bo odziedziczyłem również tę tradycję, zostałem w nią przez Was wtajemniczony i byliście świadkami, że ją wiernie praktykowałem przez co widziałem i wiem, że nasze ofiary mogą przynieść wiele dobra. Mówię tylko, że nie mogę ich już więcej składać.” Duchowny wpadł w furię. Dał znak młodemu chłopakowi, który mu towarzyszył, aby ten mu podał kurę, przeznaczoną na ofiarę, która to miała obciążyć mnie gniewem duchów naszego rodu. Na to mój wujek zawołał: „Proszę chwilę zaczekać!” Tak naprawdę cała wioska bała się tego duchownego, bo wszystko to, co mówił zawsze się spełniało i nikt nie mógł się uchronić przed jego gniewem. Potem wujek odwracając się do mnie powiedział: „Synku, nie można oprzeć się na czymś, czego nie ma”. Dokładnie w tej chwili jakby mnie oświeciło i odpowiedziałem mu z pewnością i uśmiechem na ustach: „Tak wujku, masz rację, ale ja nie opieram się na niczym tylko na Tym, którego spotkałem, a On jest, żywy i prawdziwy”. Wujek zareagował na moje słowa jeszcze większym strachem, a duchowny jeszcze bardziej się wściekł i krzyknął: „Przekonamy się” co miało znaczyć: „Zobaczymy czy ten, na którym się opierasz uchroni Cię przed gniewem duchów”. Wziął kurę i złożył ją w ofierze duchom naszego rodu prosząc ich, aby objawiły swoją moc i ukarały to moje haniebne zachowanie. Dla wielkiego duchownego moja odmowa złożenia ofiary była dyshonorem jakiego się dopuściłem. Po tym wszystkim moi wujkowie wrócili do siebie, a ja wróciłem do domu formacyjnego Misjonarzy Afryki w Ouagadougou. Kiedy zdawałem relację rektorowi z tego co się wydarzyło zapytał mnie: „Dlaczego nie złożyłeś tej ofiary” Było ją złożyć i miałbyś święty spokój”. Odpowiedziałem mu: „To nie jest kwestia zrobienia czegoś po to tylko, żeby to zrobić, muszę być wierny w podążaniu za Jezusem”. W następnym tygodniu otrzymałem wiele wiadomości od różnych członków mojej rodziny, którzy błagali mnie abym wrócił do wioski, prosił o przebaczenie i złożył ofiary wskazane przez duchownego albowiem on ogłosił, że umrę w dniu 16 lipca jeżeli tego nie zrobię. Uspokajałem ich mówiąc: „Nie ma obawy, przyjadę Was odwiedzić 17 lipca”. Potem w kaplicy powiedziałem Panu: „Jestem Twój, zrób ze mną co zechcesz, jego słowo przeciw Twojej woli.” 17 lipca wsiadłem na motor i pojechałem w rodzinne strony. Wjeżdżając do wioski zauważyłem, że wszyscy patrzyli na mnie ze zdziwieniem i nikt nie uciekał przede mną kiedy ich pozdrawiałem. Kiedy dotarłem do domu, usiadłem na podwórku obok mojego wujka, który był szczęśliwy, że mnie widzi i zaczęliśmy rozmawiać. W trakcie naszej rozmowy przez nasze obejście przechodził starszy człowiek, zatrzymał się naprzeciw nas i opierając się na swojej lasce powiedział w jezyku more: „To niby nic, a jednak nie można tego pojąć”. Zapytałem mojego wujka: „Co on mówi?”, a wujek odpowiedział szybko: „Nie zwracaj uwagi na tego pijaczynę”. Zerkając w stronę kobiet widziałem, że były zaskoczone odpowiedzią mojego wujka. Kiedy kobiety zorientowały się, że się domyślam iż w słowach starca była jakaś wiadomość szybko weszły do swoich chat. Poczekałem więc, aż zapadnie noc i poszedłem do swojej babki, która od razu zrozumiała po co do niej przyszedłem i wychylając głowę z chaty upewniła się, że nikt nas nie podsłuchuje. Potem mi powiedziała: „Ci, którzy wszystko widzą mówią, że ci, których nazywa się chrześcijanami i ci, którzy, tak jak Ty poświęcili swoje życie temu, którego nazywają Jezusem są strzeżeni przez jakiś potężny ogień, przez który nikt nie może się przedostać i nie można im wyrządzić żadnego zła”, a potem dodała: „To właśnie stało się z Tobą”. W ten sposób dowiedziałem się, że wielki duchowny, który przepowiedział moją śmierć na dzień 16 lipca, sam zmarł dokładnie w tym dniu.  tamtego dnia moja rodzina trochę się uspokoiła i pozwoliła mi iść moją drogą, nawet jeśli moi wujkowie ze strony mojej matki do dnia dzisiejszego nie zaakceptowali tego, że się nie ożeniłem. Jeden z nich mi nawet powiedział: „Jeśli chcesz być sam to Twoja sprawa, ale spłódź nam przynajmniej jakieś dziecko przed Twoim odejściem”. W związku z tym, że nie mogłem spełnić takiego oczekiwania i ich tym usatysfakcjonować, do tej pory mają do mnie żal. Ale przynajmniej już nikt w mojej rodzinie nie sprzeciwiał się otwarcie moim wyborom. Jeżeli zaś chodzi o moją rodzinę muzułmańską ze strony ojca to ta jeszcze ze mną nie skończyła…

Nowa próba

Kiedy w 1999 roku zostałem przyjęty do nowicjatu Misjonarzy Afryki, który miałem odbyć w Tanzanii moja rodzina przeżyła kolejny szok. Wszyscy przyjaciele mojego ojca, rzecz jasna muzułmanie, krzyczeli: „Jeśli pozwolisz chrześcijanom wziąć twojego syna, już go nigdy nie odzyskasz”. Aby mnie znowu ściągnąć do domu moja matka została ponownie odesłana z rodziny i tym razem musiała opuścić Wybrzeże Kości Słoniowej i wrócić do swojej rodzinnej wioski w Burkina Faso. To było dla niej straszne, bo w naszej tradycji nie można zmusić kobiety, aby wróciła do siebie chyba, że jakoś bardzo poważnie zawiniła np. została posądzona o czary. Nikt mnie nie poinformował o tym, że moja matka została znowu oddalona, ale moja bardzo bliska więź z mamą pozwoliła nam obojgu odczuwać nawzajem kiedy jedno z nas cierpiało. Żeby mieć jakieś wiadomości wysyłałem listy, ale pozostawały one bez odpowiedzi. W związku z tym, że nowicjat jest takim czasem duchowej izolacji, nie mogłem się za bardzo rozpraszać i musiałem poczekać do końca, aby zdobyć jakieś wiadomości o mojej mamie. W końcu przed wyjazdem na dwa lata stażu duszpasterskiego do Zambii zadzwoniłem do mojego wujka Daniela, który mnie zapewnił, że moja mama ma się dobrze. I dopiero kiedy podzieliłem się z nim moimi przeczuciami powiedział mi, że mama została odesłana z rodziny przez mojego ojca i przebywa w wiosce u mojego najstarszego wujka. Przygnębiło mnie to ogromnie, bo wiedziałem jak bardzo musiała przeżywać takie upokorzenie. Modliłem się żeby wytrzymała jeszcze te dwa lata do mojego przyjazdu na urlop. Przyszło mi do głowy żeby jej wysłać moje zdjęcia, aby mogła mieć przynajmniej jakąś namiastkę mojej obecności i mogła to wszystko znieść aż do mojego przyjazdu. Kiedy zobaczyłem ją po tych dwóch latach była bardzo osłabiona i w dodatku przeraziła się bardzo widząc, że trochę schudłem. Usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła mnie pytać: „Jesteś chory?” Odpowiedziałem: „Nie”, „To może byłeś chory?”. Odpowiedziałem jej, że nie, a ona nagle mnie zapytała: „A jesteś szczęśliwy?” Uśmiechnąłem się do niej i odpowiedziałem: „Tak, kochana mamo!”, ale widząc, że nie za bardzo ją to uspokoiło powiedziałem: „Jestem po prostu bardzo zmęczony”. Wtedy opowiedziała mi, że tylko dzięki jednej ze swoich sióstr mogła przetrwać to wszystko. Była nawet taka chwila, że była bliska śmierci, ale jej siostra podtrzymywała na duchu aż do momentu, kiedy otrzymała moje zdjęcia, które ją umocniły. Podziękowałem Panu, że odnalazłem moją matkę całą i żywą. Zaczęliśmy rozmawiać na temat jej obecnej sytuacji i mama poprosiła mnie żebym jej znalazł jakieś miejsce gdzie mogłaby żyć w spokoju. Udałem się więc po poradę do mojego najstarszego wujka, który powiedział, że nie można odesłać mamy do jej wioski rodzinnej, bo nie jest niczemu winna i że on jest gotowy zatrzymać ją u siebie tylko będzie potrzebował naszej pomocy w opiece nad nią, bo sam ma dosyć liczną rodzinę i nie jest w stanie utrzymać wszystkich. Ucieszyłem się bardzo słysząc to i od razu się zobowiązałem do wybudowania dla mojej matki jej własnej chaty, w której byłaby niezależna ,ale żyłaby ciągle w tej rodzinie i gdzie mogłaby trzymać swoje osobiste rzeczy i swoje zapasy. To był początek nowego rozdziału w życiu mojej mamy i wyglądało na to, że będzie on całkiem szczęśliwy.

W czasie mojego urlopu postanowiłem również odwiedzić rodzinę mojego ojca na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Wszyscy byli szczerze zdziwieni widząc mnie znowu. Przez ten czas prawie wcale nie rozmawiałem z moim ojcem, któremu moja obecność w domu wyraźnie była nie na rękę. Tym bardziej, że w niedzielę ubierałem moją białą gandurę ale tym razem z dużym biało-czarnym różańcem zawieszonym otwarcie na mojej szyi i wychodziłem z domu, ale zamiast do meczetu szedłem do kościoła katolickiego w naszej wiosce. Komentarze ze strony innych były nieuniknione, zwłaszcza, że mój ojciec właśnie wrócił z pielgrzymki do Mekki, co jest wielkim wydarzeniem w życiu każdego wierzącego muzułmanina. W czasie tego mojego krótkiego pobytu nie rozmawialiśmy z moim ojcem ani na temat religii ani o odesłaniu mojej matki. Każdy żył swoją wiarą w milczeniu ale obaj czuliśmy to napięcie, jakie było między nami. Posiłki jadłem zazwyczaj w samotności, a nie jak wcześniej razem z moim ojcem. Tak jak dotąd wyświadczałem drobne przysługi innym ze wspólnoty muzułmańskiej i byłem uważny na ich potrzeby. Wszyscy mi mówili: „Dobry z Ciebie chłopak, ale musisz wrócić do islamu”. Przed moim wyjazdem do Burkina skąd miałem polecieć do Londynu na studia teologiczne, poszedłem się pożegnać z wszystkimi starszymi w naszej muzułmańskiej wspólnocie. Byli tacy, którzy wcale nie chcieli mnie widzieć, a niektórzy mnie przyjęli u siebie tylko po to żeby robić mi wyrzuty. Za to jeden z nich zaskoczył nas wszystkich. Było to w piątek po zakończonej modlitwie w meczecie, wszyscy wyszli na zewnątrz i jeszcze rozmawiali, a ja akurat przechodziłem tamtędy w tym czasie. Widząc mnie, jeden ze starszych powiedział głośno do mojego ojca: „Issa popatrz na to dziecko, jeśli Bóg istnieje to musi być tam gdzie ono”. Wszyscy byli zszokowani jego słowami, ale mój ojciec nic nie powiedział. Zdenerwowany imam zapytał go: „Co chcesz przez to powiedzieć?”. On odpowiedział: „Popatrzcie na niego, odrzuciliśmy go, a on ciągle do nas wraca, pomaga nam, ciągle nas kocha. Dzieli z nami nasze radości i nasze troski nawet po tym jak go potraktowaliśmy. Więc powiedziałem, że jeżeli Bóg istnieje to jest tam gdzie ten chłopak”. Po jego słowach zapadła cisza aż w końcu imam kazał mu stamtąd odejść. W takich okolicznościach pożegnałem się z rodziną i wspólnotą muzułmańską i przez Burkina poleciałem do Londynu na studia.

Rozdział III

Ten, który nas podzielił na nowo nas zjednoczył

Cud w czasie moich święceń: świadectwo mojego ojca

Po ukończeniu studiów teologicznych w Londynie wróciłem do Burkina Faso, aby przyjąć święcenia kapłańskie w dniu 16 lipca 2005. Przybyło na nie mnóstwo ludzi i wiele osób mnie pytało: „Czy będzie Twój ojciec?” A ja ciągle odpowiadałem: „Musiałby się stać jakiś cud”, a potem dodawałem: „Ale ja wierzę w cuda, moja droga jest jednym z nich”. Kiedy rozpoczęła się procesja na wejście, jeden z moich współbraci Misjonarzy Afryki podszedł do mnie i zapytał: „Adrien gdzie jest Twój ojciec? Chciałem Wam zrobić pamiątkowe zdjęcie…” Odpowiedziałem: „Tylko cud może przyprowadzić mojego ojca na moje święcenia” i dodałem jeszcze: „Bóg wie jak bardzo byłbym szczęśliwy widząc mojego ojca tutaj ale wie też, że nawet jeśli mojego ojca tutaj nie będzie i tak będę szczęśliwy, bo to jest Jego wola. Wiem też, że jeżeli mój Pan zechce żeby mój ojciec był obecny na moich święceniach, to nie jest jeszcze za późno i On może go tutaj sprowadzić nawet w tej chwili. Ledwo skończyłem to mówić, kiedy mistrz ceremonii podszedł do mikrofonu i ogłosił: ?”Wujek ojca Adriena jest proszony do wyjścia gdzie czeka na niego jego brat, który właśnie przybył z Wybrzeża Kości Słoniowej”. Słysząc to, wszyscy zebrani w kościele bardzo się ucieszyli. Mój współbrat, z którym wcześniej rozmawiałem powiedział wzruszony: „Ty i Twój Bóg…” Nie potrafię dokładnie powiedzieć co wtedy odczułem, bo zalała mnie cała fala różnych emocji. Najpiękniejszy prezent z okazji moich święceń jaki otrzymałem od Pana Jezusa to był moment, kiedy po modlitwie konsekracyjnej i nałożeniu rąk odwróciłem się w stronę ludzi, aby nałożyć ornat i zobaczyłem mojego ojca ubranego w jego odświętny biały strój siedzącego obok mojej mamy. Za nimi w ławce siedzieli moi kochani przyjaciele z Francji: Brigitte i Jean oraz Margaret, która przyleciała z Anglii, żeby mi towarzyszyć w tak ważnej i cennej chwili mojego życia. Po zakończonej ceremonii święceń uściskałem najpierw mojego wujka Daniela i jego żonę, tymczasem mój ojciec dyskretnie siedział na swoim miejscu. Wtedy inna moja przyjaciółka Silvana zachęciła mojego ojca żeby się podniósł i też mnie uściskał. Podszedł do mnie, ucałowaL mnie i powiedział uszczęśliwiony: „Mamadou!”. A moja mama kompletnie zagubiona w tym wszystkim i nierozumiejąca tego tłumu zgromadzonego wokół jej syna i jego współbraci powiedziała mi tylko cicho w naszym jezyku more: „Gratulacje”. Myślę, że wtedy po raz pierwszy w życiu płakałem z radości. Ale to jeszcze nie był koniec tego cudu, który właśnie się dokonywał. Jedna z moich przyjaciółek Bernadette, zapytała mojego ojca dlaczego przyjechał na moje święcenia skoro wcześniej był temu zdecydowanie przeciwny. Wszyscy byliśmy bardzo ciekawi co też jej odpowie mój ojciec. A on się uśmiechnął i powiedział: „To prawda, że dla mnie Mamadou już był stracony i nie zgadzałem się, aby poszedł tą drogą ale to, co wydarzyło się dzisiaj jest dziękczynieniem Bogu i uwielbieniem Go. W tym wszystkim jest coś przedziwnego. Od początku tego tygodnia za każdym razem kiedy się kładłem żeby odpocząć, jakiś głos mi ciągle mówił: jedź do Burkina Faso, jedź do Burkina Faso. Na początku nie zwracałem na to uwagi ale głos stawał się coraz bardziej stanowczy w miarę zbliżania się weekendu. Jako, że jestem człowiekiem wierzącym, który wierzy w znaki Boże postanowiłem, że jednak pojadę do Burkina Faso. Tego samego wieczoru kiedy podjąłem decyzję o wyjeździe okazało się, że jedna z moich synowych urodziła dziecko. W związku z tym pomyślałem, że jednak zostanę aż do ceremonii nadania dziecku imienia, która odbywa się przy udziale całej rodziny i całej wspólnoty muzułmańskiej i że pojadę dopiero po tej uroczystości. Jednak tej samej nocy, w ogóle nie mogłem spać bo ciągle słyszałem w głowie głos, który wręcz nalegał, abym jak najszybciej wyruszył w drogę do Burkina Faso. Byłem pewien, że coś się wydarzy, ale nie wiedziałem co. Następnego dnia rano wezwałem moich braci ze wspólnoty muzułmańskiej, aby wspólnie z nimi nadać imię mojemu wnukowi i jeszcze tego samego wieczoru, opuściłem wioskę i udałem się w podróż. Kiedy przybyłem do miasta zapytałem jednego z moich synów Hamidou czy będzie się działo coś szczególnego w najbliższym czasie, co mogłoby być związane z tym przynagleniem jakie poczułem, aby wyruszyć w drogę. Mój syn odpowiedział mi, że nic ważnego się nie będzie działo w najbliższym czasie, no chyba że święcenia kapłańskie Mamadou w Banfora, ale i tak nie warto się tam wybierać, bo już jest za późno ponieważ podróż zajmie mi jakieś dwa dni. Odpowiedziałem, że ten, który chce żebym tam był, zatroszczy się o to, abym tam dotarł na czas. I rzeczywiście, kiedy wyruszyliśmy, trasa, która zazwyczaj jest obstawiona przez policyjne punkty kontrolne i różnego rodzaju „bramki” tym razem była pusta, tak że mogliśmy sprawnie dotrzeć do granicy z Burkina Faso. W ten tajemniczy sposób mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu nawet jeśli nie za wiele z tego rozumiem. Teraz wiem, że to działanie Wszechmogącego i dziękuję Mu dzisiaj razem z Wami.” Zapamiętałem te słowa tak dokładnie dlatego, że były one odpowiedzią na moje nieustanne modlitwy o to, aby pewnego dnia mój ojciec zrozumiał, że zostałem chrześcijaninem, misjonarzem i księdzem nie przez pogardę czy nienawiść do islamu czy mojej rodziny ale przez prowadzenie Boga Wszechmogącego, któremu oddałem już swoje życie jako muzułmanin więc zrozumiałe jest to, że idę drogą, na którą On sam mnie skierował.

Po licznych uroczystościach związanych z moimi święceniami mój ojciec pogodził się z matką, którą osobiście odwiózł do jej brata. Na początku chciał, aby od razu wróciła z nim na Wybrzeże Kości Słoniowej, do naszego rodzinnego domu ale ona nie była na to gotowa. Poprosiła mojego ojca o czas do namysłu a potem mu powiedziała: „Jestem szczęśliwa, że się pogodziliśmy i znowu nasza rodzina jest zjednoczona. Jednak nie mogę wrócić z Tobą na Wybrzeże, do miejsca, gdzie tak wiele wycierpiałam ze strony innych, bo oni będą mi ciągle o tym przypominać i rozdrapywać moje rany.” Jako, że mój tata ma cztery żony rozwiązali to w ten sposób, że mama zostanie tam gdzie jest i będzie się opiekować tymi moimi braćmi i siostrami, którzy przyjadą na studia do Burkina Faso. I tak jest aż po dzień dzisiejszy. W ten sposób w mojej rodzinie znowu zapanowała jedność, nawet jeśli dla mojego ojca wiele kwestii pozostaje wciąż niewyjaśnionych, tak jak to powiedział w swoim świadectwie. Z pewnością trudno mu zrozumieć, jak to możliwe, że Bóg, który dał mi islam jako moją wiarę poprowadził mnie do chrześcijaństwa?

Świadectwo, które jednoczy

Zaskoczenie mojego wujka: „To dziecko nie potrzebuje żadnej z twoich ofiar”

Za każdym razem kiedy wyjeżdżałem na misje, przy pożegnaniu z rodziną mówiłem mojemu wujkowi: „Módlcie się, módlcie się za mnie”. W 2008 roku kiedy wróciłem z Zambii na urlop mój wujek powiedział mi, że chciałby ze mną chwilę porozmawiać. Zaprowadził mnie do siebie i mi powiedział: „Jest coś, co mnie ciągle zastanawia i co chciałbym zrozumieć. Za każdym razem kiedy wyjeżdżasz na misje, prosisz nas o modlitwę i ty wiesz jak to u nas wygląda: za każdym razem muszę pójść skonsultować intencje, w których mają być złożone ofiary. I za każdym razem zastanawia mnie to, że nasi kapłani, którzy widzą potrzeby osób mówią mi: „To dziecko nie potrzebuje żadnej z Twoich ofiar” dlatego chciałbym zrozumieć co się takiego wydarzyło w twoim życiu. W ten sposób on jako pierwszy z całej mojej rodziny poznał tajemnicę mojego nawrócenia. Kiedy już opowiedziałem mu wszystko to, co przeżyłem powiedział: „Teraz rozumiem, jakie to przedziwne!” Od tamtego dnia to on prosi mnie o modlitwę za niego i za cała rodzinę twierdząc, że wszyscy wierzymy w tego samego Boga, który jest źródłem wszystkiego.

Świadectwo, które nas zjednoczyło: „To znaczy, że widziałeś proroka Issę”

W tym czasie kiedy moja rodzina cierpiała, zawsze mówiłem, że nie mogę im powiedzieć co tak naprawdę stało się w moim życiu, ale przyjdzie taki czas, kiedy wreszcie będę się mógł z nimi tym podzielić. Stało się to w 2011 roku, sześć lat po moich święceniach, w czasie mojego urlopu, który spędzałem z rodziną na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Po trzech tygodniach wśród moich bliskich miałem pojechać do Burkina, a stamtąd do Kairu na trzyletnie studia z zakresu Islamu i języka arabskiego, które następnie miałem kontynuować w Rzymie w Papieskim Instytucie Arabistyki i Islamologii (PISAI). W przeddzień mojego wyjazdu zgromadziłem całą rodzinę, a także zaprosiłem sąsiadów, przyjaciół i znajomych, którzy bardzo się cieszyli widząc mnie pojednanego z rodziną. Kiedy żony mojego ojca, które także nazywam mamami oznajmiły, że jedzenie jest już gotowe mój ojciec ogłosił, że ten wspólny posiłek to był mój pomysł i że ja wyjaśnię z jakiej to okazji. Kiedy ojciec oddał mi głos, patrząc mu prosto w oczy powiedziałem: „Wiemy dobrze wszyscy, ile cierpienia w naszej rodzinie wywołała droga, która wybrałem. Pamiętacie, powiedziałem Wam, że kiedyś Wam wyjaśnię co się wydarzyło w moim życiu i właśnie teraz chciałbym to zrobić.” Następnie opowiedziałem im wszystko od samego początku czyli od mojego spotkania z osobą w bieli, od którego upłynęło dokładnie dwadzieścia lat. Tamtego wieczoru wszyscy zapomnieliśmy o jedzeniu. Wszyscy słuchali mnie bardzo uważnie i z wielkim wzruszeniem. Kiedy skończyłem mówić zapadła cisza, którą przerwał w końcu mój ojciec mówiąc po prostu: „Widziałeś więc proroka Issę! On wstąpił do nieba i przyjdzie ponownie na ziemię. Bóg jest prawdziwą tajemnicą!” Te słowa niespodziewanie mnie zaskoczyły, nie mogłem wyjść z podziwu w jaki prosty sposób mój ojciec potrafił na podstawie mojego świadectwa połączyć chrześcijaństwo i islam dzięki swojej wierze. Najpiękniejszy obraz spotkania tych dwóch religii był mi dany następnego dnia rano przy śniadaniu. Jak zwykle czekałem na mój posiłek, który aż do tej pory dostawałem oddzielnie, kiedy mój ojciec po odmówieniu swojej modlitwy zaprosił mnie do jedzenia razem z nim z jednego naczynia. Musiał to powtórzyć przynajmniej trzy razy żebym w końcu zbliżył się do stołu i jadł razem z nim, bo jako dobrze uformowany muzułmanin wiedziałem, że po odbytej pielgrzymce do Mekki mój ojciec musi się wystrzegać kontaktu z nieczystymi i niewiernymi, którym dla niego się stałem po moim nawróceniu na chrześcijaństwo. Mój ojciec pobłogosławił posiłek na oczach uradowanej rodziny i zaczęliśmy jeść razem, tak jak dawniej, ojciec i pierworodny syn z jednego naczynia. Tamten wieczór, wieczór świadectw i dzielenia się, przyjąłem jako model w moim wyobrażeniu dialogu pomiędzy islamem a chrześcijaństwem, dialogu, do którego zostałem przygotowany przez PISAI i za który jestem odpowiedzialny w Zgromadzeniu Ojców Białych Misjonarzy Afryki. Nasze zgromadzenie od momentu założenia w 1868 roku w Algierii jako swoją misję widzi dialog międzyreligijny, zwłaszcza dialog z islamem.

 

Rozdział IV

Ja jako chrześcijanin i świadek Jezusa

W trzech poprzednich rozdziałach opowiedziałem Wam o mojej drodze, która doprowadziła mnie do chrześcijaństwa, życia kapłańskiego i misyjnego oraz o trudnościach jakie na niej napotkałem, a które miały szczęśliwe zakończenie. W tym rozdziale chciałbym podzielić się z Wami tym, co pogłębiło moją wiarę w Jezusa i otworzyło moje serce na życie chrześcijańskie, misyjne i kapłańskie, aż do odkrycia, że być księdzem to stać się „drugim Chrystusem”. Chciałbym podzielić się jak odkrywałem niezwykłość Jezusa, jak coraz bardziej Go poznawałem i budowałem z Nim osobistą relację również poprzez świadectwo Kościoła.

Pomiędzy buntem a przyjęciem Łaski Bożej

Moje dziedzictwo duchowe przygotowało mnie do życia w pewnej symbiozie z sacrum. Jednak od mojego spotkania z osobą w bieli, która okazała się Jezusem, moje obcowanie z sacrum przybrało nieoczekiwany obrót i zburzyło praktycznie wszystko co było dotychczas. W rzeczywistości ten Jezus, którego poznałem poprzez moją tradycyjną edukację w islamie jako proroka Issę, ten Jezus, którego odkryłem dzięki katechezie chrześcijańskiej i ten, którego odkrywałem poprzez częstą lekturę Ewangelii był dla mnie „skandalem”. Czy naprawdę mógł istnieć ten Jezus, Żywe Słowo Boga, który stał się człowiekiem, w którym jak czytamy w liście świętego Pawła do Kolosan spoczywa cała pełnia bóstwa? Bóg wszechmogący i Stwórca mógł się uniżyć aż do tego stopnia? Czy mógł stać się podobnym do kogoś takiego jak ja, aby podzielić się ze mną swoim bóstwem? Bez wątpienia serce muzułmanina, które wciąż we mnie biło nie było w stanie tego przyjąć. Dla mnie wciąż pozostawało to niewiarygodne i trudne do zaakceptowania. Jednak, pomimo tego mojego wewnętrznego buntu, zrozumiałego i uzasadnionego moje serce zachowało szczerą otwartość i całkowitą ufność w tego Jezusa, którego spotkałem w taki a nie inny sposób i którego obecność była dla mnie odtąd niezaprzeczalna. Przyjęcie Jezusa w całej pełni jego osoby nie stanowiło dla mnie problemu ponieważ Go spotkałem i byłem napełniony Jego obecnością. Oczywiście był to Jezus z Ewangelii, wcielony Bóg i jako takiego nie mogłem zaakceptować w moim sercu uformowanym przez islam a pomimo to On mnie i tak powołał. Czy ten którego spotkałem był tym z Ewangelii? Dzięki osobistej modlitwie, pogłębionym medytacjom tekstów ewangelicznych oraz bardzo konkretnym ćwiczeniom duchowym przekonałem się o prawdziwości tego Jezusa z Ewangelii i zrozumiałem, że nie chodzi o zrozumienie w jaki sposób mogłoby to być prawdą tylko o przyjęcie, w celu głębszego poznania i życia dzięki tej prawdzie. W ten sposób wszedłem na drogę, która miała mnie doprowadzić do tego, co często nazywam „pewnością doskonałą” do przekonania, że ten Jezus, którego spotkałem jest jak najbardziej tym Jezusem z Ewangelii, których świadectwo jest największym skarbem dla całej ludzkości. W tym rozdziale proponuję Wam świadectwo pewnych moich doświadczeń duchowych i duszpasterskich, które utwierdziły moją wiarę chrześcijańską na tej skale jaką jest Jezus Chrystus.

Najpierw o modlitwie, która jest dla mnie przede wszystkim intymnym spotkaniem z żywym Jezusem. Z powodu mnogości pytań, które sobie stawiałem dotyczących Ewangelii i nauczania Kościoła nabrałem zwyczaju, aby odpowiedzi szukać u stóp Jezusa. Bardzo często, kiedy medytowałem w ciszy jakiś tekst ewangeliczny zdarzało mi się czuć Jego realną obecność, Jego nauczanie i wyjaśnianie Pisma. W ten sposób moja dusza otwierała się powoli na mądrość Słowa Bożego i jego rozumienie bez wpływu innych osób. Moim zwyczajem stało się również bardzo uważne oglądanie filmów, które opowiadały historię Jezusa z Nazaretu i notowanie nawet najdrobniejszych szczegółów z życia Jezusa. Te momenty bliskości z Panem budowały moją osobistą relację z Jezusem, którego spotkałem i którego odnajduję coraz bardziej w Ewangelii. Poprzez tę bardzo osobistą relację odkryłem Jezusa, który jest bliski każdemu. On jest realnie obecny w moim życiu, słucha mnie, doradza mi, prowadzi i działa przeze mnie. Mam wiele takich doświadczeń, które to pokazują – także to ze szpitala w Banfora. Pewnego dnia zawiozłem tam moją kuzynkę Felicite, która miała umówioną wizytę u dentysty. Gabinet dentystyczny znajdował się obok izby przyjęć, na którą właśnie przywieziono jakieś dziecko w stanie krytycznym, które oddychało z wielką trudnością. Kiedy się zbliżyłem usłyszałem rozmowę lekarzy, którzy mówili: „Nic już tutaj nie poradzimy”. W tym momencie usłyszałem w sobie głos, który powiedział: „Nałóż rękę na to dziecko i ono wyzdrowieje”. Z moim kartezjańskim duchem nie chciałem robić przedstawienia w tak dramatycznym momencie. Kiedy głos powtórzył to po raz trzeci zrozumiałem, że to mój Pan przemówił ale ciągle jeszcze się bałem zbliżyć do dziecka. Zacząłem się więc modlić: „Panie skoro chcesz uzdrowić to dziecko, nie pozwól, aby moja słabość Ci w tym przeszkodziła, spraw aby moje spojrzenie stało się Twoim spojrzeniem i przez nie przywróć zdrowie temu dziecku”. Zaraz po tej modlitwie dziecko się odwróciło i spojrzało mi prosto w oczy i w tej samej chwili jego oddech się wyrównał tak jakby coś przyniosło mu natychmiastową ulgę. A ja zawstydzony tym, że wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie wycofałem się szybko, dołączyłem do mojej kuzynki, która właśnie wyszła od dentysty i z pośpiechem opuściliśmy szpital. Po powrocie do domu zacząłem trochę wątpić i chciałem sprawdzić czy dziecko, które miało umrzeć naprawdę żyje. Przebrałem się więc i wróciłem do szpitala. Kiedy wszedłem na izbę przyjęć i zapytałem dyżurującą pielęgniarkę jakie są wieści o tym dziecku odpowiedziała, że dziecko wprawiło w osłupienie wszystkich zdrowiejąc niespodziewanie bez żadnej interwencji lekarzy: „Ot tak!” powiedziała mi pielęgniarka pstrykając palcami. W głębi duszy wyszeptałem tylko: „dzięki Ci Panie”.

Inne podobnego rodzaju doświadczenie przeżyłem w czasie mojego pobytu w Kitwe w Zambii. Po porannej mszy wspólnotowej zwykle czytałem jeszcze raz teksty liturgiczne z danego dnia i chwilę nad nimi medytowałem. Tego dnia o którym mowa, nie mogłem tego zrobić rano więc znalazłem chwilę na medytację wieczorem. Kiedy już udało mi się skoncentrować i wyciszyć, w duszy usłyszałem głos, który zachęcał mnie do tego abym wyszedł z domu i przeszedł się po naszej dzielnicy zamieszkanej głównie przez ludzi biednych. Było już dosyć późno ale posłusznie postanowiłem to zrobić, nawet jeśli nie wiedziałem co powiem przełożonym. Byłem jeszcze wtedy w formacji i byłem zobligowany do przestrzegania harmonogramu życia wspólnotowego. Poinformowałem więc przełożonych, że wychodzę na co oni trochę zdziwieni odpowiedzieli, że niedługo będzie wieczorna modlitwa a po niej kolacja. Odpowiedziałem: „Zaraz wracam”. Nie za bardzo wiedziałem dokąd dokładnie mam pójść więc poszedłem po prostu przed siebie. Po niedługim marszu zobaczyłem w połowie zrujnowany dom, który był nieco oddalony od innych domostw. Poczułem, że muszę tam podejść i kiedy się zbliżyłem zobaczyłem staruszkę, która drżała na całym ciele. Kiedy ją pozdrowiłem, pomiędzy atakami silnego kaszlu wykrztusiła: „Weź taboret i usiądź”  Usiadłem więc ze ściśniętym sercem, bo nie mogę znieść widoku cierpienia innych. Co tu robić? Zabrać ją do szpitala? Nie miałem transportu ani pieniędzy. Zabrać ją do wspólnoty? Nie odważyłem się nawet o tym pomyśleć. Sięgnąłem więc do kieszeni i wyjąłem równowartość dwóch dolarów, to było wszystko czym dysponowałem w tamtym momencie i powiedziałem do kobiety: „Matko, wiem, że to prawie nic, ale to jest wszystko co mam”. Kobieta wzięła pieniądze i zacisnęła je w swojej dłoni. Zasmucony tym, że muszę ją tak zostawić na pewną śmierć podniosłem się i zamierzałem odejść. W moim wnętrzu usłyszałem: „Módl się za nią, ona potrzebuje twoich modlitw”. W moim ciągle kartezjańskim duchu odpowiedziałem z gniewem: „Ona potrzebuje leczenia”.  Mój wewnętrzny głos powtórzył, że mam się modlić. A ja odpowiedziałem jeszcze bardziej stanowczo: „A ja ci mówię, że ona potrzebuje leczenia. Jeśli natychmiast nie zażyje lekarstw nie dożyje jutra”. Na to głos zamilkl, ale kiedy chciałem wyjść od niej znów powtórzył bardzo łagodnie: „Módl się za nią, ona potrzebuje twoich modlitw”. Odpowiedziałem: „A kto powiedział, że ona jest chrześcijanką?” I znowu, po raz trzeci usłyszałem zachętę do modlitwy. Wtedy rozpoznłem, że to jest Pan i zapytałem: „Matko czy nie będzie wam przeszkadzało jak się za Was pomodlę”. Ona rzuciła pieniądze, które jej dałem i odpowiedziała: „Ależ tak, właśnie tego potrzebuję”. Jej słowa przeszyły mi serce. Podbiegłem do niej, upadłem na kolana i wziąwszy ją za rękę tak się modliłem: „Panie to Ty mnie do niej przyprowadzileś, nie proszę Cię o to, aby wyzdrowiała, ale aby to co dla niej przygotowałeś się wypełniło”. Potem z radością w sercu powiedziałem do staruszki: „Matko odpocznij sobie teraz”. Następnego dnia rano w czasie mszy ktoś zastukał do naszych drzwi. Proboszcz poszedł otworzyć i wrócił oznajmiając, że jest tam cała grupa kobiet, które koniecznie chcą mnie widzieć. Kiedy wyszedłem zobaczyłem moją staruszkę, w dobrej formie, która trzymała w rękach pusty koszyk i widząc mnie rzuciła się na ziemię zgodnie z zambijskim obyczajem w plemieniu bemba, aby mi podziękować. Krzyknąłem: „Nie, proszę tego nie robić, to nie mi trzeba dziękować ale Jemu” i pokazałem palcem na niebo. Na to ona wstała i powiedziała: „Tak mój synu, ale Tobie też za to, że pozwoliłeś Mu wypełnić to co dla mnie przygotował”. Kobiety odśpiewały hymn dziękczynny a następnie poszły kupić warzywa, które potem sprzedały na targu w ten sposób zarabiając na swój chleb powszedni. Wróciłem do wspólnoty, ale póki co nie mogłem się z nią podzielić tym co się wydarzyło. Będąc młodym Afrykańczykiem w formacji prowadzonej przez Europejczyków należało zachować ostrożność, aby nie wyjść na kogoś kto ma halucynacje lub też kogoś kto żyje w świecie iluzji. Po mszy zaszyłem się w kaplicy, aby w bliskim spotkaniu z Panem podziękować Mu za to, co uczynił dla tej kobiety. W cichej medytacji usłyszałem wewnętrzny głos, powiedział mi słowa, które od tamtej pory stały się moją regułą w życiu chrześcijańskim, misyjnym i kapłańskim. Usłyszałem: „I co Adrien, myślałeś, że będziesz lepszy ode mnie, że mnie pokonasz w dobroci”. Jako odpowiedź na to pytanie mogłem się tylko radośnie i z wdzięcznością roześmiać.

Będziesz odbiciem mojej Chwały.

W czasie mojego nowicjatu, który jest drugim etapem w formacji u Ojców Białych Misjonarzy Afryki przeżyłem takie doświadczenie, które zdeterminowało całkowicie moje powołanie. W czasie rekolekcji ośmiodniowych doświadczyłem dla mnie czegoś zupełnie nowego co można by określić jako ciemny tydzień – żaden tekst do mnie nie przemawiał ani w żaden sposób mnie nie inspirował. Należało spotykać się z kierownikiem duchowym dwa razy dziennie i w czasie tych dwóch spotkań nie miałem kompletnie nic do powiedzenia, nic czym mógłbym się z nim podzielić. To było dla mnie żenujące i było mi z tym ciężko. W przedostatnim dniu rekolekcji po medytacji tekstu, który w żaden sposób do mnie nie przemówił, postanowiłem pójść na spacer i złapać trochę kontaktu z naturą. Wybrałem się na wzgórze, gdzie znajdowała się nasza kaplica, z którego roztaczał się przepiękny widok na jezioro Wiktoria. Usiadłem na jakimś suchym zwalonym drzewie i podziwiałem piękno natury. Nagle na drzewie, które było przede mną usiadł jakiś ptak, który zaczął śpiewać, a do niego zaraz dołączyły następne. To było niesamowite widowisko – drzewo stało się sceną dla ptaków, które śpiewały trzepocząc skrzydłami. Ten widok napełnił mnie niesamowitą radością, która rozwiała smutek całego tygodnia. Kiedy tak w ciszy obserwowałem z radością te ptaki usłyszałem głos w moim wnętrzu, który powiedział: „Będziesz jak to drzewo”. Początkowo myślałem, że chodzi o przypowieść o ziarnku gorczycy, które rzucone w ziemię rośnie i staje się wielkim drzewem, w którego listowiu ptaki wiją sobie gniazda. Głos zaprotestował: „Nie Adrien! Popatrz! To drzewo nie ma liści!”. Wtedy spostrzegłem, że rzeczywiście drzewo straciło wszystkie liście i kiedy starałem się zrozumieć co ma znaczyć to, że będę jak to drzewo głos w moim wnętrzu dodał: „Ptaki nie szukają miejsca na gniazdo na tym drzewie ale przyleciały tutaj, aby się ogrzać w promieniach słońca, które padają na to drzewo. Ty będziesz dla mnie tym, czym to drzewo jest dla słońca.” Zostałem tak wciąż patrząc na drzewo i na ptaki. Kiedy promienie zmieniły kąt padania ptaki jeden po drugim zaczęły odlatywać aż w końcu drzewo całkiem opustoszało. Zrozumiałem wtedy do czego Pan mnie wzywał: do przyjęcia tego, którego nazywałem skandalem, do poznania Go w prawdzie i do życia w Nim, który przemienia wszystko, czyniąc je nowym.

W ten sposób moje życie misyjne opiera się na byciu świadkiem tej obecności, którą jest sam Jezus. Chrystus jest w centrum mojej wiary i mojego życia. Bóg chciał, abym poznał Jezusa takim jakim on jest. Jako muzułmanin wierzyłem w jakiegoś Jezusa, proroka, który przyjdzie na końcu czasów ale to się miało nijak do Jezusa z Ewangelii. Teraz dzięki Bogu mam tę pewność. Jezus jest żywy i jest z nami, a duch Boży jest wolny i uniwersalny. Gdyby taki nie był, nigdy by mnie nie odnalazł w mojej wierze muzułmańskiej, nie przyszedłby do mnie i nie wezwałby mnie po imieniu: „Mamadou”. Jeżeli dzisiaj jestem członkiem wspólnoty wiernych, którzy w Niego wierzą, w Kościele to tylko dlatego, że On mnie tak poprowadził i jeżeli jestem Jego świadkiem, mówiąc o Nim to dlatego, że On mnie o to poprosił jak przyjaciela, a ja się zgodziłem być z Nim w tej bliskości, która kocha i która chce dać się poznać wszystkim.

Nie mogę zakończyć mojego świadectwa bez poruszenia jeszcze jednego tematu, który wciąż wypływa w moich spotkaniach z członkami kościołów ewangelicznych, księżmi, zakonnikami, siostrami zakonnymi i misjonarzami, którzy widzą w moim sposobie życia misyjnego, widzianego przeze mnie jako obecność Jezusa, który się objawia, pewnego rodzaju pominięcie czy ignorowanie misji ewangelizacyjnej Kościoła. Rozumiem bardzo dobrze ich obawy ale moje doświadczenia misyjne pokazują, że jest inaczej.

Pierwsze takie doświadczenie miałem z młodzieżą w Kitwe w Zambii. Tamtejszy biskup poprosił mnie, abym się jakoś zajął młodzieżą. Zacząłem od poznania tych młodych ludzi, których miałem przyprowadzić do Jezusa. Chciałem poznać ich imiona, rodziny, warunki ich życia, to czym się interesują. Spędzałem z nimi wiele czasu w ich biednej dzielnicy, gdzie mieszkali. Miałem świadomość, że jestem dla nich świadkiem Jezusa i zarówno w momentach modlitwy jak i zabawy dzieliłem się z nimi moją wiarą odpowiadając na ich pytania o sens mojego życia. Znałem cały ciężar ich życia i wiedziałem, że to co mówię musi im wydawać się nielogiczne i oddalone od rzeczywistości, która w ich przypadku była naprawdę trudna. Często wyśmiewali moje odpowiedzi w ich odczuciu zbyt naiwne i niemające odniesienia w ich życiu, bo oni nie przeżyli tego co ja. Przed moim wyjazdem, na prośbę tej młodzieży zorganizowałem dla nich rekolekcje w takim miejscu, które ułatwiało wyciszenie i skupienie. To był niezwykle ciężki tydzień, setka młodzieży i tylko pięciu animatorów. W przedostatnim dniu rekolekcji kiedy jeden z katechetów mówił konferencję na temat wiary w Jezusa i jej wymagań, słyszałem jak młodzież mówiła między sobą: „Nie! Czy ten Jezus naprawdę istnieje?” i cała sala zaczęła się śmiać. Stanąłem przed nimi i im powiedziałem: „Nie potrafię Wam odpowiedzieć na to pytanie ale mogę podzielić się z Wami moją historią”. Kiedy dawałem świadectwo na sali panowała grobowa cisza. Na zakończenie poprosiłem ich żeby wstali, bo chcę się za nich pomodlić i zacząłem: „Panie dziękuję Ci za ten wspólny czas i za to dzielenie, błogosław każdą osobę, która tutaj jest, Ty kochasz ich dużo bardziej niż ja, daj im się poznać tak jak dałeś się poznać mnie”. Kiedy skończyłem młodzież doznała niesamowitej duchowej przemiany. Po tym hałasie, który robili wcześniej ogarnął ich głęboki pokój. Następnego dnia wszyscy byli obecni na mszy świętej. Po południu wszyscy się rozjechali, a ja jeszcze zostałem, aby dopilnować spraw organizacyjnych. Kiedy wróciłem do domu moi przełożeni zapytali mnie: „Co Ty zrobiłeś tej młodzieży?”. Wieczorem przyszli do mnie rodzice, którzy widząc zmianę w swoich dzieciach chcieli się koniecznie dowiedzieć co też się wydarzyło. Co mogłem im powiedzieć innego niż moje świadectwo. Ten który chce abym je dawał wie dobrze jakie owoce ma ono przynieść.

Drugie podobne miało miejsce w Londynie, w czasie spotkania młodych w duchu Taize. W mojej grupie była młodzież, a także dorośli i mieliśmy taki zwyczaj, że po wieczornym spotkaniu szliśmy razem na kawę. Tamtego wieczoru zdecydowaliśmy się pójść do KFC. Kiedy usiedliśmy przy stoliku zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Nagle ktoś zadał mi pytanie: „Jak to się stało, że zostałeś księdzem?” Uśmiechnąłem się szeroko, a w duchu pomyślałem: „O Boże, nie tutaj”. Widząc moją konsternację autor pytania powiedział: „Nie musisz odpowiadać jeśli nie chcesz”. Powiedziałem szybko: „Nie to nie to, tylko zastanawiam się czy jesteście w stanie przyjąć moją odpowiedź”, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem i zachęcali mnie żebym jednak odpowiedział. Zacząłem więc moje świadectwo opowiadając wszystko to co zawierają trzy powyższe rozdziały. Kiedy skończyłem, przy naszym stoliku i przy sąsiednich też zapadła cisza. Nagle ktoś powiedział: „Adrien nudna ta Twoja historia!”. Odpowiedziałem z uśmiechem: „Masz rację”. Ktoś inny dodał: „To idiotyczne”. Ciągle z uśmiechem odpowiedziałem: „Zgadzam się”. Jakaś młoda dziewczyna powiedziała: „Bez sensu”. Ciągle z szerokim uśmiechem powiedziałem im wszystkim: „Macie całkowitą rację”. „Dlaczego więc nam to opowiedziałeś?” Patrząc na nich wszystkich po kolei odpowiedziałem: „Gdybym był na Waszym miejscu też nie uwierzyłbym w podobną historię. Zapytaliście mnie to Wam odpowiedziałem. To już Wasza sprawa co sobie myślicie”. Jakiś czas potem dostałem wiadomość, że ktoś z tamtych wstąpił do zakonu, inny został księdzem diecezjalnym we Francji, jeszcze inny wstąpił do Karmelu. I znowu byłem tylko świadkiem Jezusa, nikim więcej. Czy byłem wtedy gorszym misjonarzem niż wtedy kiedy katechizowałem w Zambii mówiąc, kim jest Chrystus tym, którzy Go jeszcze nie znali?

Podsumowanie

W mojej historii trudności są tak samo liczne jak cuda. Taka jest moja odpowiedź na pytanie dlaczego zostałem chrześcijaninem. Spotkanie z Jezusem uczyniło mnie Jego uczniem i Jego apostołem, który nie szuka niczego innego jak tylko woli Bożej. Dlatego moja wiara jako chrześcijanina jest szczerą i prawdziwą relacją z Jezusem Zmartwychwstałym. Moja wiara jest nieustannym poszukiwaniem komunii z żywym Jezusem we wszystkim, w mojej codzienności. Jeśli ktoś zapytałby mnie co się zmieniło w mojej wierze w Boga podczas tej drogi, którą przeszedłem, odpowiedziałbym, że to nie moja wiara się zmieniła tylko moje poznanie Boga się zmieniło i pogłębiło dzięki mojemu nawróceniu. Dotknąć Boga, poczuć Jego obecność, iść za Jego głosem, być przez Niego prowadzonym, żyć z Nim jak z żywą osobą. Oto co teraz jest mi dane, a czego nie miałem wcześniej. Nawet jeśli w moim zewnętrznym zachowaniu i życiu moją wiarą na co dzień nie widać większych zmian ja wiem, że źródło, z którego teraz czerpię nie jest to samo.

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *