„Doładowanie wewnętrzne” – relacja ze spotkania misyjnego – 13 lutego 2021

Cały Lublin otulony białą kołderką.
W zimowej porze biel jest tak samo miła dla oczu jak zieleń wiosną (chyba, że ktoś naprawdę nie lubi zimy). Może gdyby było jak dawniej, po obiedzie zamiast łupać orzechy czy dekorować słoiki poszlibyśmy do ogrodu robić rzeźby ze śniegu (lub przed ogród z łopatami w rękach : ). Kto wie, może?… Do normalności trochę jeszcze brakuje. Bez względu jednak na trudności, znów w drugą sobotę miesiąca znaleźliśmy się jedną nogą w Muzeum Sióstr Misjonarek. To nic, że druga pozostawała we własnym mieszkaniu (ta noga oczywiście). Druga sobota miesiąca dla wszystkich sympatyków sióstr i misji zawsze pozostanie misyjną. Nawet, jeśli nie można w niej w pełni uczestniczyć, na żywo czy wirtualnie. Czasem serce i myśli tam płyną w wirze obowiązków, pracy, czasem ktoś pojawi się tylko na chwilę, przypomni o sobie, i o tym, że tęskni. Wróćmy pamięcią do 13 lutego 2021 r. jeszcze raz.

Tego dnia czekały na nas dwa ubogacające spotkania z ludźmi pełnymi pasji, zaangażowania. Jedną z tych osób była s. Ewa Jachimek. Podzieliła się z nami opowieścią o swojej misji ratowania dziewcząt i dorosłych kobiet z ulic Warszawy, które uwikłały się w prostytucję. Nie myślałam, że ktoś u nas w Polsce w taki sposób służy ludziom. A do głowy by mi nie przyszło, że są to siostry zakonne! Siostry bezhabitowe, zwane „pasterzankami”, ponieważ jak Dobry Pasterz wychodzą, po dwie, nie po to, by oceniać, osądzać, a szukać tych zagubionych. Misja, której się podejmują, ma swoją nazwę: „Misja Małgorzata”, od św. Małgorzaty z Kortony, sama uwikłana w grzech nieczystości. S. Ewa z przejęciem opowiadała o ich działaniach. I z ciepłem w głosie opowiadała o Panu Jezusie, Dobrym Pasterzu, który naprawdę przychodzi do nas, odnajduje nas w najlepszym momencie (tu trzeba dobrze zrozumieć ten „najlepszy moment”, po Bożemu), po to, by prowadzić do Niego. Bez osądu. Bo życie każdej z tych kobiet, jak i nasze, pełne było przeróżnych doświadczeń, zanim znaleźliśmy się w takim, a nie innym momencie. Wszystko to, co mówiła siostra było w kontekście szerszego tematu, współczesnego niewolnictwa i handlu ludźmi. Może mamy wyobrażenia z lat dziecięcych, kiedy w szkole uczyliśmy się o niewolnikach, skutych łańcuchami, zmuszanych do pracy, ubezwłasnowolnionych. Ale to się dzieje naprawdę. Współczesne niewolnictwo nadal istnieje. I podczas tej soboty na nowo mogliśmy to sobie uświadomić, przypomnieć. (dla chętnych – przypomniana strona: sieć Bakhita; fundacja La Strada)

Po tak trudnym temacie (potrzebnym, naprawdę!) tą jedną nogą, prosto z Muzeum znaleźliśmy się w… Papui Nowej Gwinei! Nie było chwili na namysł, na „przetrawienie” wcześniejszych treści, a tu już dookoła cała galeria barw, wyobrażonych smaków, widoków! O. Marek Kościółek nas tam zabrał. Spędził tam na misji dziewięć lat. Podzielił się z nami przepięknymi fotografiami, komentarzami do nich, często z dystansem i poczuciem humoru. Ojciec doświadczył tam w pełni misji chrześcijańskiej, naprawdę znalazł się w miejscach, do których jeszcze żaden misjonarz nie dotarł i to było niesamowitym przeżyciem. Pokazując nam kolejne zdjęcia, jakby na nowo zachwycał się z nami tym, czego tam doświadczył, co zobaczył. Tym, że orzechy kokosowe spadają tylko w nocy, a gdyby stawało się to we dnie, to pewnie zginęłoby wiele osób stamtąd, chroniących się za dnia w cieniu przed 40-50-stopniowym upałem! Pięknymi barwami strojów narodowych (m.in. składających się z bogatych biżuterii, dodatków, malowania skóry), które kosztują o wiele więcej niż nasze ubrania. Tym, że tak na dobrą sprawę w tamtejszej kulturze to właśnie o mężczyznach można powiedzieć „płeć piękna” (to oni się malują, tymi barwnikami, oni głównie zabiegają o wygląd). Tym, że wszystko przelicza się tam na świnie. : ). Mnie osobiście zaciekawiło też to, co ojciec powiedział o tamtejszych domach i podejściu ludzi do ich budowania. Tam dom służy po to, by w nim spać i przygotowywać posiłki. A całe życie odbywa się poza domem. Pomyślałam sobie o nas. Jest całkiem odwrotnie. I to wcale nie tylko teraz, podczas pandemii. My bardzo zabiegamy o to, by było ładnie, przyjemnie, urządzamy, często sami dla siebie, żeby nam było dobrze, wygodnie. Ale jeśli nie wychodzimy do ludzi, do innych urządzonych domów, jeśli sami nie zapraszamy, nie spotykamy się w tych miłych wnętrzach, jeśli zamykamy się tylko w budynkach, bez ludzi, to trochę chyba gubimy sens. No, ale nie będę więcej się rozgadywać, później jeszcze sobie pomyślę : ).

Oba spotkania, z siostrą i ojcem kończyły się krótkim podsumowaniem, było miejsce na rozmowę, pytania, ale naprawdę króciutko. Po obu czuję wielki niedosyt! Ale cieszę się, że choć w taki sposób mogłam spotkać się z dobrymi ludźmi, od których bije pełnia życia, cieszenie się spełnianą misją, nawet pośród zmagań i trudów. Te soboty zawsze były takim „doładowaniem wewnętrznym”. A teraz szczególnie jakoś tego brak.

I jeszcze jedno. Popełniłam jednak błąd. Poza spotkaniami z gośćmi było jeszcze trzecie. Bardzo ważne. Spotkanie z Panem Jezusem w Słowie. Mogliśmy pobyć chwilę z Nim razem, ale każdy osobiście na swój sposób doświadczał tego, co Pan sam mówi. Dla mnie to naprawdę cenny czas, zatrzymania, słuchania, zwyczajnego bycia. Z Jego Słowem. Z tym, co do mnie mówi. Ale także czerpaniem i ubogacaniem przez innych. Choć czasem niełatwo w grupie nie do końca znanych osób dzielić się doświadczeniem wiary. Rozważaliśmy niedzielną Ewangelię jak zawsze.

Aha, i jeszcze coś. W międzyczasie s. Anafrida zaczęła opowiadać o innym sposobie na Wielki Post, o zrobieniu czegoś dobrego dla świata, co chyba jest też w charyzmacie u sióstr. Np. w jednym tygodniu nie używaj jednorazowych reklamówek, idź ze swoją siatką do sklepu, w drugim post od zakupów – kupuj tylko z listą to, co potrzebne, by nie marnować. W kolejnym – post od ładowania telefonu, laptopa, poza tym, co używasz do pracy i rozmów, smsów koniecznych. I tak dalej. Kiedy tak siostra mówiła, myślałam sobie, okej, to taki raczej mój styl życia, ja tak przecież robię zazwyczaj na co dzień. Ale… odkryłam już po spotkaniu jedną rzecz, której siostra nie miała na liście, a mnie ona dotyczy. Cóż, czeka nas Wielki Post. Trzeba zacząć.

Dziękuję z uśmiechem Panu Bogu i wszystkim innym, dzięki którym to spotkanie było, jakie było. Zawsze cenne. Zawsze potrzebne. Zawsze sprawiające, że się choć na moment zatrzymuję i przestaję widzieć tylko siebie. Do następnego! A może Ty, człowieku, który to właśnie czytasz, też za miesiąc dołączysz? Polecam! : )
Wiola M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *