Historia czarnoskórego powstańca

„Panie szanowny! Po co zaraz ubliżać? Warszawskie chłopaki jesteśmy, a że jeden trochę ciemniejszy?” – mówił w „Cafe ?Pod Minogą?” Maniuś Kitajec o Szuwaksie, przyłapany przez powstańców, gdy przeszukiwał mieszkanie volksdeutscha.

Cała ta scena „fakstycznie”, mówiąc językiem Wiecha, nie do końca była li tylko fikcją literacką. Albowiem czarnoskóry powstaniec rzeczywiście istniał. Był nim pochodzący z czarnej Afryki perkusista August Agbola O?Brown, ps. „Ali”, który wybrał Polskę na drugą ojczyznę.

Czarnoskóry powstaniec
Urodził się 22 lipca 1895 roku w brytyjskiej Nigerii. Jako młody chłopak zaokrętował się na angielski statek. Przez jakiś czas przebywał w Wielkiej Brytanii, później w Wolnym Mieście Gdańsk. W 1922 roku trafił do Polski, będąc wówczas prawdopodobnie jedynym Afrykaninem w naszym kraju. Z zawodu był muzykiem (perkusistą jazzowym) oraz tancerzem. Nic też dziwnego, że zabijali się o niego właściciele najznakomitszych lokali rozrywkowych Paryża Północy, za jaki wówczas uchodziła stolica. Wkrótce też August Agbola założył tu rodzinę i doczekał się dwóch synów: Ryszarda (w roku 1928) i Aleksandra (w 1929 roku). Gdy 1 września 1939 roku jego druga ojczyzna poprosiła o pomoc, nie czekał na specjalne zaproszenie. Sam zgłosił się do obrony Ochoty w grupie operacyjnej gen. Bułak-Bałachowicza liczącej ok. 2 tys. ludzi i 250 koni.

Perkusista i nie tylko
Jest wiele świadectw na to, czym zajmował się po przegranej kampanii wrześniowej, ale żadnych konkretów. Jedni przysięgają na wszystkie świętości, że wizytował ich czarny akwizytor sprzedający po domach luksusowe urządzenia do usuwania kurzu zwane Hoover i Electrolux. Inni z ręką na sercu opowiadają, jak na własne oczy widzieli, że „w czasie okupacji w jednej z restauracji podwarszawskiego Otwocka grywał czarnoskóry perkusista”. Z kolei ojciec jednej z ówczesnych nauczycielek szkoły powszechnej, który w czasie okupacji był elektrykiem i pracował przy instalacjach oświetleniowych teatrów, rewii i wykonywał oświetlenie dla tzw. beczki śmierci, widział w niej sławnego czarnoskórego motocyklistę-ryzykanta.

Prawda zapewne była jak zwykle prozaiczna i najbliższy jej był Wiech. August Agbola najzwyczajniej w świecie imał się wszelkich zajęć, które pomogłyby utrzymać rodzinę. Wcale bym się nie zdziwił, że grywał w jakichś lokalach nawet w samej Warszawie albo wręcz jak Jumbo u Wiecha występował po podwórkach. Faktem bezspornym było jednak, że nie należał do żadnej komórki konspiracyjnej, co wydaje się w pewnym sensie oczywiste ze względu „na jego hebanowe aparycje”, jakby skwitował Konstanty Aniołek, właściciel cafe „Pod Minogą”, który przepraszał szanownego pana Jumbo za „brak małpy albo choć papugi” w jadłospisie lokalu. Równocześnie Agbola kolportował podziemną prasę. Sąsiedzi ze Złotej i Wspólnej, gdzie mieszkał, wspominają go bardzo ciepło, jako wiecznie uśmiechniętego i miłego człowieka. Jedna z sąsiadek opowiadała na przykład, jak w pierwszych dniach powstania radził jej matce sporządzenie przegotowanej wody z kakao, która miała jej pomóc w poważnych kłopotach żołądkowych. Mikstura rzeczywiście pomogła błyskawicznie.

Ali z batalionu „Iwo”
W Powstaniu Warszawskim Agbola walczył pod pseudonimem „Ali” w batalionie „Iwo” majora Jerzego Antoszewicza – jednostce, która została zorganizowana w pierwszych dniach sierpnia na terenie Śródmieścia Południowego i składała się z ochotników i żołnierzy AK, którzy nie zdołali dotrzeć do swoich macierzystych oddziałów w godzinie „W”. Agbola prawdopodobnie służył w plutonie łączności i walczył w rejonie ulic Wspólnej, Marszałkowskiej i Hożej, czyli tam, gdzie mieszkał w czasie okupacji. Jego bezpośrednim przełożonym był kapral Aleksander Marcińczyk, ps. „Łabędź”. Dlaczego „prawdopodobnie”? Albowiem zachował się przy życiu tylko jeden świadek, Jan Radecki, pseudonim, nomen omen, „Czarny”, który wskazał, że widział „czarnoskórego mężczyznę w dowództwie batalionu „Iwo” przy ul. Marszałkowskiej 74, być może w łączności, w centrali telefonicznej”.

Po upadku powstania „Ali” z całą pewnością nie trafił do żadnego z obozów przejściowych. Odnalazł się dopiero w 1949 roku w Warszawie, gdzie znalazł zatrudnienie w Wydziale Kultury i Sztuki Zarządu Miejskiego.

Wypełniając ankiety personalne, które w czasach stalinowskich podsuwano ludziom przy każdej nadarzającej się okazji, był zawsze dumny ze swojej wrześniowej i powstańczej przeszłości. Nic więc dziwnego, że wkrótce z powrotem grywał do kotleta w warszawskich restauracjach. Później, gdy już było można, zajmował się jazzem jak przed wojną. W 1958 roku, prawdopodobnie z powodów materialnych, opuścił jednak Polskę i wraz z rodziną wyemigrował do Wielkiej Brytanii.

Andrzej Łukasiak

źródło: www.deon.pl

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *