Wywiad z Olą i Maćkiem

           Olu i Maćku, czy moglibyście się nam przedstawić.

Ola: Nazywam się Ola Marzęda. Obecnie jestem studentką ostatniego, szóstego roku kierunku lekarskiego. Pochodzę
z Lublina i tutaj też się uczę.

Maciek: Nazywam się Maciej Kurzeja, pochodzę spod Rzeszowa, obecniestudiuję medycynę na V roku na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie.

 W lipcu  tego roku udaliście się do Tanzanii.  Jak to się stało, że wyjechaliście właśnie tam?

Ola: Będąc na czwartym roku medycyny, zobaczyłam ogłoszenie o AfricaMed. Do tamtej pory nie wiedziałam, że w moim mieście działa taka fundacja. Wtedy też marzenia o wyjeździe do Afryki nie były tak realne J postanowiłam pójść na spotkanie rekrutacyjne i… tak już zostałam. Marysia i Ewelina, członkinie AfricaMed, zachwyciły mnie i wzruszyły swoimi opowieściami. Myślałam, że wspaniale byłoby przeżyć coś takiego, poznać nowych ludzi i kulturę, pomóc
w miarę swoich możliwości, ale też wiele się nauczyć.

Maciek: Jakieś półtora roku temu zostałem wolontariuszem fundacji AfricaMed, zacząłem uczęszczać na spotkania m. in. na soboty misyjne u Sióstr Białych, brać udział w projektach, pomagać w sprawach fundacji. Po tym czasie zarząd uznał, że mogę być kandydatem do wyjazdu. Po rozmowach i przemyśleniu całej sprawy, chętnie się zgodziłem.

            Jak długo przygotowywaliście się do tego wyjazdu?

Maciek: O samym wyjeździe dowiedzieliśmy się na kilka miesięcy przed podróżą, więc sprawy organizacyjne i zbiórka pieniędzy przypadała na ten okres. Natomiast przygotowanie do wyjazdu chyba trwało przez cały okres działalności w fundacji.

Ola: Na spotkania AfricaMed zaczęliśmy chodzić ponad rok przed wyjazdem. Wtedy mogliśmy obserwować przygotowania do wyjazdu dwóch innych wolontariuszek, Ady i Iwony. Ich doświadczenia bardzo nam pomogły w organizacji naszego pobytu. Natomiast od podjęcia ostatecznej decyzji o wyjeździe (czyli od zakupu biletów lotniczych J) zaczęły się przygotowania „na poważnie” i trwały mniej więcej trzy miesiące. Wtedy to zbieraliśmy fundusze na wyjazd, opracowywaliśmy plany szkoleń i gromadziliśmy sprzęt, szczepiliśmy się oraz poznawaliśmy podstawy języka swahili.

            Był to dla Was pierwszy kontakt
z Afryką. Jakie były Wasze pierwsze wrażenia? Miłość od pierwszego wejrzenia
i poczucie spełnienia marzeń, czy też rozczarowanie?

Maciek: Pierwsze dni po przylocie były dla nas dużym szokiem kulturowym. Jednak zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez naszego hosta – pana Machumę wraz ze swoją małżonką. Po dostaniu się do Bukoby
i w drodze do Rubyi byłem naprawdę szczęśliwy, że udało mi się tu dotrzeć i czułem, że jestem tam, gdzie powinienem być.

Ola: Zdecydowanie miłość od pierwszego wejrzenia! Na początku zachwycało mnie wszystko: barwy, zapachy, nowe smaki, kolor afrykańskiej ziemi, znany do tej pory tylko z filmów i zdjęć, otwartość ludzi na nas. To, że wszyscy się uśmiechają i nawet obcy ludzie wymieniają powitania, życząc sobie miłego dnia. Dopiero później pojawiły się inne uczucia, choć nie nazwałabym tego rozczarowaniem. Po prostu zderzeniem z nową rzeczywistością: odmienną kulturą, mentalnością ludzi, wszechobecną biedą, innym podejściem do życia i śmierci. Widzieliśmy wielu pacjentów, którym w tamtejszych warunkach po prostu nie dało się pomóc, bo brakowało leków. Albo nawet sprzętu do diagnostyki, więc pacjent umierał bez postawionej diagnozy. To, że o pacjenta nie walczy się „za wszelką cenę” – bo nie ma na to środków ani potrzebnego sprzętu, np. w postaci  respiratora. To było najtrudniejsze doświadczenie.

 

            Co Wam sprawiło najwięcej radości podczas pobytu na afrykańskiej ziemi?

Ola: Najwięcej radości sprawiały mi zawsze spotkania z dziećmi. Nieśmiałość szybko została przezwyciężona i nasi mali sąsiedzi niemal każde popołudnie spędzali w naszym domku. Kiedy wracaliśmy na przerwę ze szpitala,  wybiegali nam na spotkanie, głośno wołając „Mzungu!”. Ich dzieciństwo nie przypomina „europejskiego”- potrafią bawić się dosłownie wszystkim, razem, pomimo różnicy wieku. Mają w sobie wiele radości. Kiedy idąc mijaliśmy szkołę, oczy wszystkich dzieci były zwrócone w naszą stronę. Część z nich przybiegała do nas, „przybijała piątkę”, robiła sobie z nami zdjęcia. Potem razem maszerowaliśmy przez wioskę, „odprowadzając” dzieci kolejno do domów.

Poza tym cieszyły mnie rozmowy z ludźmi – kiedy ja nie miałam odwagi podejść do kogoś, a ten ktoś sam przychodził, z uśmiechem pytał „habari” i był ciekawy naszego życia w Polsce. Mieszkańcy wiosek zaczepiali nas podczas spacerów, chcieli uścisnąć ręce i chwilę porozmawiać. Wyrażali wdzięczność za to, że przyjechaliśmy i od razu pytali, kiedy wrócimy. Niemal od wszystkich usłyszeliśmy, że miesiąc to bardzo krótko i następnym razem musimy przyjechać na dłużej.

Maciek: Ciężko powiedzieć i wybrać, co było „naj”. Chyba jednak kontakt z tamtymi ludźmi, którzy mają wiele ciepła w sobie i naprawdę troszczyli się o nas i o to, byśmy się dobrze czuli. Dodatkowo ich wdzięczność, że ktoś chce im pomóc.

 Czy fakt, że pojechaliście tam we dwójkę był pomocny?

Maciek: Myślę, że bardzo, ponieważ każde z nas wniosło coś ze swojego charakteru do wyjazdu. Myślę, że bardzo dobrze uzupełnialiśmy się podczas całej wyprawy.

Ola: Jak najbardziej. Myślę, że sama zgubiłabym się już na lotnisku w Dubaju J a poważniej
– zawsze mogliśmy skonsultować swoje pomysły, czy to w kwestii opieki nad pacjentami
w szpitalu czy obmyślaniu szczegółów podróży. Częściowo podzieliliśmy się obowiązkami
i każdy był odpowiedzialny za coś innego. To ułatwiło wiele rzeczy, kontakt z różnymi pracownikami szpitala, pracę na oddziałach. Kiedy Maciek prowadził indywidualne kursy z EKG, ja mogłam być na porodówce. Choć zdarzyło się też tak, że podczas rozmowy inaczej zrozumieliśmy naszego rozmówcę i potem musieliśmy ustalać, która wersja jest prawidłowa.

            Oboje jesteście studentami medycyny. Jak wyglądał Wasz dzień w szpitalu?

Ola: Typowy dzień w szpitalu nie różnił się bardzo od pracy w polskich szpitalach. Od poniedziałku do piątku o godzinie 7:30 była modlitwa poranna, odczytanie fragmentu Ewangelii, wspólny śpiew. Codziennie inny pracownik szpitala wychodził na środek, omawiając bieżące sprawy. Następnie przechodziliśmy do sali raportów, gdzie omawiane były trudne przypadki, jak wyglądał dyżur popołudniowy i nocny. Czasem na takich raportach pojawiali się przedstawiciele farmaceutyczni, prezentujący nowe leki dostępne dla szpitala lub specjaliści różnych dziedzin medycyny, którzy przyjechali do Rubyi na tydzień lub dwa, aby wykonać planowe operacje. Po rannym raporcie wraz z lekarzami udawaliśmy się na oddziały. Jeden lekarz zajmuje się jednym oddziałem, bez względu na liczbę pacjentów. My najczęściej chodziliśmy na pediatrię. Ponieważ był to koniec sezonu malarii, na oddziale hospitalizowanych było początkowo około 40 dzieci (w szczycie sezonu liczba ta wzrasta nawet do 90!). Obchód
– czyli wywiady z opiekunami dzieci, zbadanie i przepisanie leków – trwał zazwyczaj 3-4 godziny. Następnie mieliśmy przerwę na obiad. Po posiłku wracaliśmy do szpitala, by prowadzić kursy
z EKG i pierwszej pomocy lub na inny oddział. Ja często chodziłam na oddział położniczy i tam spędzałam czas do wieczora.

Maciek: Każdy dzień rozpoczynaliśmy modlitwą o 7.30, następnie sprawy toczyły się jak u nas w Polsce. Raport, po raporcie udanie się na oddział, praca i pomoc na oddziałach. Dodatkowo w niektóre dni przeprowadzaliśmy szkolenia z EKG
i pierwszej pomocy dla tamtejszych medyków.

            Jakie trudności napotkaliście w szpitalu?

Maciek: Brak funduszy na leczenie pacjentów (leczenie jest płatne), brak sprzętów
i odpowiednich badań. Dodatkowo nierzadko mentalność tamtejszego personelu i tempo ich pracy było barierą.

Ola: Tak jak już wspomniałam, największą trudność stanowił dla nas brak sprzętu, niemożność wykonania wielu badań. Jesteśmy przyzwyczajeni, że pacjent przyjmowany do szpitala w Polsce ma wykonany szereg badań diagnostycznych, a my badając go, możemy zlecić kolejne. Tam uczyliśmy się planować te procedury z rozmysłem, ponieważ pacjent za wszystko musi zapłacić z własnej kieszeni. Ponadto znaliśmy jedynie podstawy języka suahili. Przez to nie mogliśmy sami zebrać wywiadu z pacjentami, konieczna była pomoc pielęgniarki lub lekarza i tłumaczenie na język angielski.

            Czy macie jakieś konkretne doświadczenie, spotkanie, którym chcielibyście się
z nami podzielić?

Ola: Mieliśmy ogromne szczęście spotkać Ricka – małego pacjenta szpitala w Rubyi, którym rok temu zajmowały się Ada i Iwona. Chłopiec miał usunięty duży fragment jelita, był niedożywiony, rana pooperacyjna długo nie goiła się. Chłopiec był w ciężkim stanie, lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Dziewczyny poświęciły mu mnóstwo czasu i energii, przygotowując żywienie, karmiąc, opatrując. Dziś Rick żyje i jest ślicznym, uśmiechniętym chłopcem. Ponieważ w szpitalu spędził ponad dwa miesiące, zna go niemal cały personel i z radością wita, gdy co jakiś czas przychodzi na wizyty kontrolne. Spotkaliśmy go i jego tatę, wciąż pamiętają imiona naszych wolontariuszek, są bardzo wdzięczni za opiekę i modlą się za nie. To jeden
z największych sukcesów AfricaMed.

Maciek: Myślę, że kontakt z tamtejszymi dziećmi, które są naprawdę radosne i cieszą się
z niewielkich rzeczy, takich jak np. cukierki, które im rozdawaliśmy. Oprócz dzieci, tak jak mówiłem, chyba kontakt z ludźmi.

            Czego Was nauczył ten wyjazd?

Ola: Mnie nauczył pokory. Że jeszcze wiele nauki przede mną, aby być dobrym lekarzem. Jak wczuć się w sytuację pacjenta i tak dostosować diagnostykę i leczenie, aby po prostu było go na nie stać. I przez to realnie mu pomóc. Jak dużo czasu trzeba spędzić, aby pacjenci  i ich rodziny zrozumieli nasze zalecenia. Ponieważ brakowało wielu badań diagnostycznych lub były dostępne, ale pacjenci nie mieli pieniędzy, aby za nie zapłacić, nauczyłam się, jak ważny jest wywiad i badanie fizykalne. A z „niemedycznych” rzeczy – wyjazd pokazał mi, jak piękne są obce kultury, jak ciekawe mają tradycje i zwyczaje. Na zawsze pozostanie mi w pamięci otwartość ludzi.

Dzięki spacerom obok szkoły, gdzie dzieci wychodziły na przerwy lub w kościele, doświadczyłam, jak to jest być obserwowanym z powodu innego koloru skóry – na dłuższą metę może to być uciążliwe.

Maciek: Mnie nauczył,  żeby doceniać wszystko, co mamy tutaj w Polsce, ponieważ nasz poziom życia to jest chyba inna galaktyka w porównaniu do ich życia. Ciepły prysznic i pralka to już luksus.

            Czy na misjach można się nudzić?

Maciek: Można. Jeśli ktoś chce, to może przesiedzieć cały wyjazd. Trzeba chcieć pomagać
i rozwiązywać napotkane problemy, a nie załamywać się i nic z tym nie robić. Z takiego nastawienia na pewno wyniesie się tylko negatywne uczucia i nudę.

Ola: Można! Wszystko zależy od tego, jak samemu zorganizuje się czas. Jak jest się otwartym na ludzi. W dniu kiedy na oddziale nie było wielu pacjentów, popołudnia mieliśmy wolne – to od nas zależało, jak je spędzimy. Teoretycznie mogliśmy siedzieć w domku i się nudzić, ale  byliśmy wszystkiego ciekawi – spacerowaliśmy po okolicznych wioskach, rozmawialiśmy z napotkanymi ludźmi, robiliśmy wiele zdjęć, aby uwiecznić chwile w Tanzanii.

            Z Tanzanii wróciliście  kilka miesięcy temu. Czy macie już jakieś dalsze plany?

Ola: Pyta Siostra, czy zamierzamy wrócić do Rubyi? J O to samo pytali nas wszyscy, z którymi pracowaliśmy. Początkowo byłam sceptyczna – mówiłam, że taki wyjazd to wiele przygotowań, że kiedy będziemy pracować, nie będzie prosto zostawić wszystko tu w Polsce na miesiąc lub nawet dłużej. Teraz już wiem, że chciałabym. Ale zobaczymy, jak potoczą się nasze losy, czy będzie to Tanzania, czy może inny afrykański kraj, gdzie szpitale również potrzebują pomocy. Chciałabym wrócić, ale już jako lekarz, z większą wiedzą i doświadczeniem. A tutaj w Polsce nadal będę angażować się w działalność AfricaMed.

Maciek: Chciałbym skończyć studia, otrzymać dyplom lekarza i mam nadzieję, że kiedyś znowu powrócę do Rubyi. Oczywiście mam zamiar dalej działać w AfricaMed jako wolontariusz.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Enregistrer

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *