25 lat obecności Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki w Polsce

25-lat-jubileusz-01„Bo tak jest z tymi, którzy z Ducha narodzili się…”

Człowiek się rodzi. Wzrasta. Uczy. Dojrzewa. I nadchodzą takie dni, kiedy w jego głowie pojawiają się setki myśli, setki pytań, tylko odpowiedzi brak… O czym te myśli? U każdego zapewne inne. Jednak ich sens sprowadza się do tego samego: co będę w życiu robił? W czym się spełnię? Co jest sensem mojego życia? Z kim mam je przeżyć? I jak to zrobić, żeby przeżyć to życie dobrze?

MISJA. Odkrycie mojej misji w życiu. Niełatwe zadanie. Bo i odpowiedź nieznana (a co, jeśli jest inna, ta MISJA, niż moje o niej wyobrażenie?) Znam jednak osoby, które już odnalazły misję swojego życia (i to nawet dosłownie : ). Chciałabym o nich opowiedzieć. Zacznę jednak od początku, a więc…

Jest niedziela, 19 czerwca 2016 roku. Budzę się jak zwykle o wiele za wcześnie, upał daje się we znaki już od poranka. Ale to nic. Przyjemnie jest jeszcze chwilę poleżeć, wystawiając twarz ku słońcu i z nadzieją witać ten nowy dzień, oczekując na to, co przyniesie. Bardzo lubię te poranne promyki, są jakby uśmiechem Pana Boga, więc i ja się uśmiecham, zanim się z Nim rano przywitam.

Tego dnia czułam się podobnie. Ba! Z niecierpliwością od tygodnia wyczekiwałam tej niedzieli, jednak… Pomimo tej słonecznej porannej radości lekki niepokój wdarł się do serca. A co, jeśli będę sama? A co, jeśli nikt nie przyjdzie? (to znaczy, nikt ze znajomych). Ach, prawda, Wy przecież jeszcze nie wiecie, o co właściwie chodzi. Zatem już szybciutko wyjaśniam.

Od listopada ubiegłego roku w miarę systematycznie pojawiałam się na sobotach misyjnych organizowanych przez Siostry Białe w Lublinie. Skąd u mnie zainteresowanie misjami i jak się tam znalazłam, to dłuższa historia. Zwłaszcza, że nie „ciągnie” mnie, żeby wyjechać do Afryki, jak większość z osób, które poznałam na tych spotkaniach („Nie?! Naprawdę?… Dziwna jesteś” – kilka razy mogłam usłyszeć podobne słowa, ale to tak ze śmiechem i przymrużeniem oka. Dzięki s. Anafridzie zrozumiałam, że to wcale nie jest takie dziwne). W maju wszyscy uczestnicy sobót zostali zaproszeni na wspólne świętowanie 25-lecia obecności Sióstr Misjonarek Afryki w Polsce. W czerwcu siostry przypomniały nam o tym i jeszcze raz serdecznie zachęcały do przybycia.

No i dziwna sprawa, początkowo miało mnie tam nie być ze względu na szkolny piknik, więc nie zapisywałam się na listę. Jednak w czerwcu wiele się zmieniło, szkolnych obowiązków ubyło, toteż bardzo ucieszona potwierdziłam, że będę. Zapisywały się różne osoby, nie pamiętałam jednak, kto, bowiem wiedziałam, że będzie Gretka (którą poznałam także na sobotach misyjnych. Widzicie więc, soboty misyjne to miejsce między innymi nawiązywania nowych przyjaźni, i to jakich wartościowych!). Tylko że tuż przed dziewiętnastym czerwca znów kolejne nieprzewidywane wydarzenie. Greta chora.

I co teraz? Iść czy nie iść? Sama??… Niby siostry zapraszały, ale samej to tak głupio. I już do końca były we mnie takie rozterki. Zdecydowałam jednak, że idę. Na Mszę do Pallotynów koniecznie, a jeśli nie będzie nikogo znajomego, to potem wrócę i tyle.
Jakże się ucieszyłam, gdy już z oddali przy kościele zobaczyłam najpierw s. Gosię, a tuż obok uśmiechniętą Dominikę. Sama do mnie podbiegła! Okazało się, że miała podobne obawy, jak ja. Uff, ulga. Żadna z nas nie jest już sama. Za chwilę słyszę od Dominiki: Wiola, dobrze, że jesteś. Jest zadanie. Będziemy po Mszy rozdawać obrazki i płyty wychodzącym ludziom. Musimy się przebrać, chodź, zaraz ci wszystko pokażę. Przebrać? Ojej… a ja przecież specjalnie tego dnia ubrałam ulubioną letnią spódnicę. W co się mamy przebrać? I znów kolejna radość, gdy Dominika pokazała mi stroje: chusty, jakieś afrykańskie narzutki przypominające ni to nasze polskie tuniki, ni to sukienki. Ale fajnie!

W międzyczasie przybyły jeszcze Anetka i Gosia, i już we cztery podzieliłyśmy się zadaniami i strojami (a co do strojów, kiedy je włożyłyśmy, to stwierdziłyśmy, że już nie zdejmujemy. I wcale nie czułyśmy się w nich dziwnie, a wręcz tak pozytywnie wyjątkowo. Zaczęłyśmy się nawet zastanawiać, czy siostry nie mają do sprzedania takiej jednej chusty, bo bardzo nam się spodobała : )

Zaraz kolejna radość, i już tylko nieustanne powitania, bo pojawiały się liczne znajome twarze. Między innymi młodziutkich sióstr, tuż po ślubach, Madzi i Alicji, które znów wybywają na afrykański ląd, teraz już tak „na poważnie”. Jedna z nich podeszła do nas i z takim radosnym entuzjazmem, uśmiechnięta od ucha do ucha, patrząc na nasze stroje, zapytała: A, to wy będziecie z nami tańczyć? Tańczyć?? Spojrzałyśmy po sobie, nie, my nic o tym nie wiemy. Aha, poszła więc, pozostawiając nas nadal w niewiedzy, o co chodzi. Zaraz jednak do kościoła weszło kilka młodych osób, odzianych także w afrykańskie stroje, domyśliłyśmy się więc, że to o nich chodziło. No, ale dość tego rozgardiaszu.

Weszłyśmy i my do wnętrza, by się wyciszyć, przygotować. Rozpoczęła się Msza Św. Ach, jakże była uroczysta! Jak wielu księży, jak wiele gości. I te śpiewy, jakby wprost z afrykańskiego kontynentu! Dźwięki bębnów i innych instrumentów, których nazw nawet nie znam. Taniec podczas wniesienia darów, modlitwa w różnych językach z całego świata, i znów te śpiewy, i podniosłe Alleluja. A kiedy usłyszałam „Utukuzwe. Baba Mwumba ulimwengu…” to się nawet trochę wzruszyłam. Przecież zaledwie tydzień temu my mieliśmy swoją Mszę Św. w językach swahili, lingala, tak w dziękczynieniu za minione soboty misyjne, a tutaj to 25-lecie. Z kimkolwiek później nie rozmawiałam, to każda z tych osób wspominała tę uroczystą Mszę Św. w takim podniosłym nastroju. To się po prostu czuło, to jest nie do opisania!

A wszystko to za sprawą ich, szalonych kobiet, które od dwudziestu pięciu lat są w naszym kraju! Tak, szalonych. Bo ksiądz na kazaniu wspomniał, że trzeba być szalonym, by przyjechać do obcego kraju, bez znajomości języka, bez nikogo i tutaj, tak z niczego zakładać wspólnotę sióstr. Wszystko zaczęło się od s. Heidi, która w latach 90-tych jako pierwsza się u nas pojawiła. Już sama podróż tutaj była szalona! Podróż głównymi drogami po Polsce, a tu ot tak sobie na tych drogach konie z wozami, jakieś traktory, nierzadko i krowy. Siostra oczy szeroko otwierała ze zdziwienia. W jej państwie to było nie do pomyślenia! Ale u nas, w Polsce, po transformacji ustroju wiele się działo, zanim się wszystko unormowało.

Jakie to szczęście, że są jednak jeszcze szaleni ludzie na świecie! Do szaleństwa zakochani w Panu Bogu, szalenie Go kochający, którzy potrafią powiedzieć „Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz…”. Do tego niewątpliwie potrzeba szaleństwa i odwagi. Między innymi takie są Siostry Misjonarki NMP Królowej Afryki.

Widać u nich na co dzień to szaleństwo, tę odwagę podążania za Panem, ich mocne w Nim zakorzenienie, podejmowanie wyzwań dla Niego, kiedy niemożliwe samemu z Nim staje się możliwe. Boże szaleństwo. Ono jest całkiem inne niż ten szalony rozpędzony świat. A same siostry – są takie kochane, dobre, ciepłe, pełne życia, radości, pasji, piękna, wdzięku, mądrości i tego nieokreślonego czegoś, czego nie da się opisać. Myślę, że wiecie, co mam na myśli. Czasami spotyka się w życiu osoby, z którymi chce się po prostu być, przy których chce się przebywać. Tak jakby dzięki nim, dzięki ich dobru sami czujemy, że rośniemy w górę (nie dosłownie, rzecz jasna, ale tak w głębi duszy). Ja mam takie wrażenie, przychodząc tam do sióstr. I chłonę ich ciepło, spokój, ufność, bo na co dzień często tego wszystkiego brak…

Po Mszy wywiązałyśmy się z zadania, obrazki i płyty rozdane. I co dalej? No, skoro jesteśmy razem, to pójdziemy na Powstańców Śląskich (to nazwa ulicy oczywiście). Trzeba było niestety zdjąć te afrykańskie stroje, bo upał dawał się już nieźle we znaki.
Ogromne przyjęcie siostry urządziły w ogrodzie. Czułam się, jakbym była na weselu. I te stoły, i jedzenie, wzniosłe przemówienia, mnóstwo ludzi, gwar, śpiewy, tudzież tańce, a s. Anafrida to nawet rolę didżeja przejęła. Siedziała sobie w tym kąciku pod schodami i włączała muzykę.

Przepiękny czas. Ależ byłam wtedy szczęśliwa i cieszyłam się, że znalazłam się w tym gronie świętujących osób. Ja, która zna siostry niecały rok.
Rozmawialiśmy, radowaliśmy się tam razem, słoneczko coraz mocniej przygrzewało i było w ogóle wyjątkowo, ale cóż z tego, skoro myśli o „egzaminie stażowym” jak ja to sobie nazywałam, się pojawiały. Trzeba było więc wracać i zagłębiać się w szkolne przepisy, dokumenty.

Jednak tego, co przeżyłam na uroczystej Mszy Św., rozmów z dobrymi ludźmi, i tych chwil ze wszystkich sobót misyjnych – tego mi już nikt nie odbierze. Zapisane w sercu.
A tak a propos. Właśnie uświadomiłam sobie, że ja też w tym roku kończę dwadzieścia pięć lat (moje 25-lecie w Polsce? : ). Mam wiele pragnień, marzeń, celów, ideałów, a… moja MISJA? Te drobne, codzienne zadania wypełniane. Raz lepiej, raz gorzej, choć staram się, żeby było jak najlepiej, nie lubię byle jak, jednak różnie to bywa. Ale ta główna MISJA? Poszukiwana.

„… nikt nie wie, dokąd pójdą za wolą Twą”

Pełna wdzięczności za obecność Sióstr w moim życiu,
Wioletta Matyjasek

 

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *